Artur Grabias

– Enthusiastic Explorer –

Otto Black, czyli „umarł król, niech żyje król!”

Co wiesz o miłości do rowerów?

Minęło prawie 4 lata, od kiedy zbudowaliśmy z Kamsem mojego Otto Blau. Jeździłem tym rowerem niemal codziennie i absolutnie go uwielbiałem. Deszcz? Grad? Pierwsze opady śniegu? Nie szkodzi. Z Otto zawsze było najlepiej, bez względu na to czy z naciągniętą głęboko czapką walczyłem o życie, pedałując przez centrum Warszawy, poznawałem Trójmiejskie plaże na Open’erze czy po prostu cieszyłem się wolnym czasem poznając okolicę.

Nigdy nie czułem takiej wolności, niezależności i szczęścia jak podczas jazdy na rowerze, którego sami wymyśliliśmy.

Czasami miałem ochotę wręcz wyć ze szczęścia. O niektórych przeżyciach podczas jazdy mógłbym śmiało powiedzieć, że były mistyczne, ale i tak wiele osób uważa, że nie jestem tak do końca normalny, więc zostawię szczegóły dla siebie ;-)

Na co dzień czuję się szczęśliwym człowiekiem i jestem przekonany, że w dużym stopniu to właśnie dzięki jeździe na rowerze. Serio :)

you can't buy happiness

„- Panie doktorze, ile czasu mi zostało?”

Intensywne korzystanie z roweru w niemal każdych warunkach sprawiło, że lakier mocno ucierpiał, pojawiły się pierwsze ogniska rdzy i był już  najwyższy czas, aby oddać ramę w dobre ręce do malowania.

O renowację Otto poprosiłem Michała „Dreta” z serwisu BikerStudio, któremu dotychczas powierzałem mój rower na wszelkie naprawy i zawsze byłem z nich zadowolony. Po odebraniu ode mnie Otto i dokładnych oględzinach, Dret musiał jednak, jak lekarz po rutynowym badaniu, przekazać mi złą nowinę:

Na ramie, na skośnej rurce, gdzie blisko 4 lata temu zaspawane zostały ubytki po zaczepach na bidon, po zdjęciu lakieru ukazały się spore pęknięcia:

broken

Jazda na tak uszkodzonej ramie mogła źle się skończyć.

Smutek jak zwykle ogarnął mnie tylko na chwilę i od razu zabrałem się do działania. Miałem do wyboru – wymienić całą rurę (koszt ok. 400 zł, dużo czasu i pracy), albo pożegnać się z ramą i przenieść duszę Otto do nowego szkieletu.

Nie chciałem czekać zbyt długo i miesiącami polować na dobrą ramę do renowacji, miałem też na uwadze, że Otto był jednak odrobinę za duży na moje krótkie nogi, więc wybór padł na inną ramę. Rama Otto Blau zawiśnie na ścianie w mieszkaniu,  a teraz mogę przedstawić Wam nowe wcielenie mojego towarzysza codziennych podróży.

Proszę Państwa, oto reinkarnacja Otto Blau – minimalistyczny, klasyczny rower  Otto Black (sic!):

Otto Black by arturgrabias.com

Otto Black by arturgrabias.com

Otto Black by arturgrabias.com

Otto Black by arturgrabias.com

Otto Black by arturgrabias.com

Otto Black by arturgrabias.com

Inspiracją do jego budowy był Kinfolk Autumn Johna Buellena, który już 4 lata temu sprawił, że serce zabiło mi mocniej oraz custom na ramie Cinelli Gazzetta zbudowany przez Japończyków z Blue Lug.

Bazą do zbudowania Otto Black została sprowadzona z Londynu, zbudowana na rurkach Reynoldsa, nowa, wzorowana na torowych, stalowa rama BLB Classic-R 4130 Chromoly.

Ciekawostka nr 1: właścicielami londyńskiej firmy Brick Lane Bikes, w której zamówiłem ramę i niektóre części są Polacy – Maciej Wrotek i Janusz
Milewski.

Ciekawostka nr 2: ok. czterech lat temu wygrałem rower stworzony i zbudowany właśnie przez BLB w kooperacji z H&M.

Szukając ramy rozważałem również Włoszkę na rurkach Columbusa – Cinelli Gazzetta Black Friars, ale mimo klasy i kultu, jakim darzona jest marka Cinelli, w tym przypadku musiała ona ustąpić pierwszego miejsca Brytyjce z BLB, która mimo podobnej geometrii ma znacznie ładniejszy, zbudowany na mufach, chromowany widelec, bardziej klasyczne malowanie i klasyczne 1″ stery.

Otto Black by arturgrabias.com

Otto Black by arturgrabias.com

Otto Black by arturgrabias.com

Otto Black by arturgrabias.com

Otto Black by arturgrabias.com

„Umarł król, niech żyje król!”

Niebieskie („blau”) malowanie poprzedniego wcielenia Otto, choć było piękne i eleganckie to dosyć rzucało się w oczy, co nie do końca mi pasowało. Chyba też, po blisko 4 latach po prostu mi się… znudziło. Wolałem coś bardziej stonowanego i „surowego”. Ponieważ w swoim otoczeniu najbardziej lubię czerń, biel i odcienie szarości tym razem wybór padł na nieśmiertelną czerń, która zwłaszcza na rowerach zawsze prezentuje się z klasą.

Otto Black by arturgrabias.com

Otto Black by arturgrabias.com

Otto Black by arturgrabias.com

Otto Black by arturgrabias.com

Otto Black by arturgrabias.com

Otto Black by arturgrabias.com

Otto Black został złożony przez Dreta z BikerStudio na nowej ramie, ale z wieloma używanymi częściami z mojego poprzedniego roweru, co dodaje mu charakteru. Bardzo lubię przetarcia na siodle i obszyciu kierownicy i nie mogę się doczekać podobnych na nowych paskach do nosków.

Otto Black by arturgrabias.com

Otto Black by arturgrabias.com

Otto Black by arturgrabias.com

Otto Black by arturgrabias.com

Otto Black by arturgrabias.com

Otto Black by arturgrabias.com

Otto Black by arturgrabias.com

Jeśli chodzi zaś o praktyczne doznania z jazdy, to już po jeździe próbnej wiedziałem, że od strony technicznej to był strzał w dziesiątkę. Otto Black jest o wiele bardziej zwrotny i to robi ogromną różnicę podczas jazdy. Dret mówi, że to dlatego, że ma inny, torowy kąt ustawienia widelca. Ja się na tym nie znam, ale jeżdżąc na nowym Otto zaczynam wierzyć, że jazda jak w „Premium Rush” jest rzeczywiście możliwa ;-)

A czy Wasze rowery już są gotowe do letniego sezonu?
Do zobaczenia na ulicach! :)

Otto Black by arturgrabias.com

Otto Black by arturgrabias.com

Otto Black by arturgrabias.com

O uśmiechaniu się do nieznajomych i „rogalu” na twarzy Gąski

Często bez powodu uśmiecham się do nieznajomych. Może robię to dlatego, bo całkiem nieźle wychodzi mi bycie szczęśliwym człowiekiem, albo po prostu… mam trochę nie po kolei w głowie. Tak czy inaczej jest to przypadłość na tyle rzadko spotykana, że mogę tylko domyślać się, co chodzi po głowach osób, które mijam:

– Co ten gość brał? – Jakiś stuknięty typ. – Czy ja go w ogóle znam? – Z czego on się tak cieszy? – Zrobiłam coś zabawnego? – Chyba mu się podobam.

Ludzie, do których się uśmiecham czasami mnie ignorują, ale częściej odpowiadają uśmiechem. Najbardziej przechlapane mają rowerzystki, które mijam na Otto Blau, bo gdy jeżdżę rowerem, zwykle aż kipi ze mnie radość, energia i dobre samopoczucie, ale to już temat na inny monolog.

Gdy po raz pierwszy spotkałem Martę zwaną Gąską wręcz uderzyła mnie jej pozytywna energia. Od razu wiedziałem, że to nie jest nasze ostatnie spotkanie, jednak dopiero rok później udało nam się wybrać na wycieczkę rowerową, podczas której w kilka minut powstała spontaniczna, jesienna seria zdjęć. Poznajcie Gąskę i jej zaraźliwy, czarujący uśmiech:

Processed with VSCOcam with e8 preset

Processed with VSCOcam with e8 preset

Processed with VSCOcam with e8 preset

Processed with VSCOcam with e8 preset

Processed with VSCOcam with e8 preset

Processed with VSCOcam with e8 preset

Processed with VSCOcam with e8 preset

Processed with VSCOcam with e8 preset

Processed with VSCOcam with e8 preset

Processed with VSCOcam with e8 preset

Processed with VSCOcam with e8 preset

Processed with VSCOcam with e8 preset

Processed with VSCOcam with e8 preset

Processed with VSCOcam with e8 preset
Processed with VSCOcam with e8 preset

Processed with VSCOcam with e8 preset

Oprócz tego, że ta naturalna dziewczyna ma w sobie mnóstwo pozytywnej energii, słucha też niezłej muzyki, jeździ na rowerze i robi to z niesamowitą radością! Zobaczcie sami:

Może powiecie, że jestem naiwny, ale jestem przekonany, że gdybyśmy spotykali na co dzień więcej tak pozytywnych i serdecznie nastawionych ludzi to wszyscy czulibyśmy się szczęśliwsi i tego nam – zupełnie bez okazji – życzę :-)

Mój pierwszy raz w Tatrach

Do Zakopanego po raz pierwszy trafiłem 5 lat temu. Wtedy pogoda nam nie dopisała i spontanicznie wyruszyliśmy do Pragi. W sobotę 26 września 2014 r. historia miała się powtórzyć, bo już w Kuźnicach przywitał nas deszcz.

kolejka na Kasprowy Wierch

Gdy wjeżdżaliśmy kolejką na Kasprowy Wierch było tylko gorzej – zamiast pięknych widoków, za szybą roztaczała się biała, gęsta mgła.

kolejka na Kasprowy Wierch

fot. Zbyszek Łokaj

Koniec trasy przywitał nas śnieżycą. Nieco zniechęceni usiedliśmy w lokalu, podładowywaliśmy baterie i zastanawialiśmy się co dalej.

Kasprowy Wierch - tabliczka 1987 m n.p.m.

Postanowiliśmy głosować. Miałem twarde, racjonalne argumenty za tym, aby zostać i czekać na lepszą pogodę:

  • moje zerowe doświadczenie w górach (umówmy się – Bieszczady to nie góry ;-) )
  • moje niewyleczone do końca zwichnięcie stopy
  • brak jakiegokolwiek profesjonalnego ekwipunku (nie licząc plecaka, ale o tym później)
  • „perspektywa zera zachwytów” – widoczność ok. 50 m pozwalała oglądać tylko kamienie pod nogami

Zbyszek i Paweł byli znacznie bardziej wyluzowani:

  • „- Damy radę!”
  • „- Kto, jak nie my?!”
  • „- Nie pękaj, bro!”

Przegrałem w głosach 2:1. „Fuck it! Idziemy!”

Wychodząc z punktu turystycznego na Kasprowym Wierchu, napiliśmy się z przypadkowo spotkanymi turystkami Zbyszkowej wiśniówki domowej roboty i ruszyliśmy w drogę na Świnicę. Miałem dopiero się przekonać co to dla nas oznacza.

Po 30-minutowym, monotonnym marszu w śniegu, ciągle w dobrych humorach podążaliśmy czerwonym szlakiem wzdłuż granicy polsko-słowackiej.

fot. Zbyszek Łokaj

fot. Zbyszek Łokaj

Nasze buty bardzo szybko przemokły. Po minięciu przełęczy Liliowe teren stawał się coraz bardziej wymagający. Nie widziałem kamieni pod śniegiem, więc co jakiś czas ześlizgiwałem się z nich, a lewa stopa przypominała mi, że jeszcze powinienem ją oszczędzać. Paweł i Zbyszek nadali marszowi szybkie tempo. Gdy straciłem ich z oczu, pierwszy raz pomyślałem, aby zawrócić. Wiedziałem jednak, że samotny powrót w taką pogodę to jeszcze większe ryzyko. Przynajmniej tak mi się wydawało.

Co jakiś czas zatrzymywaliśmy się na chwilę. Oczywiście nie po to, aby podziwiać widoki. Przed wyjazdem chłopaki roztaczali przede mną wizję leżenia na górskiej polanie i picia wina w słońcu. Jak bardzo mnie oszukali! W praktyce, gdy choć na chwilę przestawał padać śnieg, wyglądało to tak (możecie kliknąć w „Zobacz w Mapach Google”, a potem obracać zdjęcie o 360 stopni za pomocą strzałek na klawiaturze):

Byłem już bardzo mocno zniechęcony, a teren sprawiał wrażenie coraz trudniejszego. Gdy do pójścia dalej zaczęło być konieczne podpieranie się rękami lub trzymanie łańcucha w marznących dłoniach, a wędrówka coraz bardziej przypominała wspinaczkę, zacząłem martwić się o nasze zdrowie i zastanawiać jakie mamy szanse na powrót w jednym kawałku.

Świnica

fot. Zbyszek Łokaj

Świnica

fot. Zbyszek Łokaj

To był istny koszmar i byłem trochę przestraszony, ale bardziej zły, że moja asertywność zawiodła i przystałem na bardzo nierozsądny pomysł pójścia w góry w taką pogodę. Zaciskałem zęby i myślałem o sposobach, na jakie będę mógł „zamordować” moich towarzyszy podróży, gdy uda nam się dotrzeć do schroniska ;-)

I wtedy stał się pierwszy cud.

Świnica

fot. Zbyszek Łokaj

Na trasie dogoniliśmy Martę i Tadka – niesamowicie pozytywnych podróżników, którzy wędrując w tak okrutnych warunkach, śmiali się, żartowali i widać było, że to nie jest ich pierwszy raz, są dobrze przygotowani i mają z tego mnóstwo radości. Czyli nie tylko my jesteśmy na tyle szaleni, aby w taką pogodę wychodzić w góry! Podróżnicy zatrzymali się z nami na wymianę trunków, powygłupialiśmy się, zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcia i to mi dodało otuchy. Dziękuję Wam!

Razem weszliśmy na Świnicę – jak się później dowiedziałem – jeden z bardziej wymagających szczytów w Tatrach (sic!).

http://marta-ulanska.blogspot.com/

fot. Marta Ulańska

fot. Marta Ulańska

fot. Marta Ulańska

fot. Marta Ulańska (http://marta-ulanska.blogspot.com/)

fot. Marta Ulańska

fot. Marta Ulańska (http://marta-ulanska.blogspot.com/)

fot. Marta Ulańska

 

Niech ten uśmiech Was nie zmyli. Choć w znacznie lepszym nastroju, to ciągle byłem wykończony, przemoknięty, obolały i martwiłem się o to, czy dotrzemy do schroniska w jednym kawałku.

Wtedy stał się drugi cud.

Schodząc ze Świnicy spotkaliśmy na jednym ze stromych przejść przerażoną parę turystów. Ona – drżąca i zapłakana, sparaliżowana strachem, nie mogła ruszyć się ani do przodu, ani do tyłu. On – również nieźle przestraszony, ale stara się z marnym skutkiem jakoś ją uspokoić. Czekają, aż dotrą do nich ratownicy TOPR, po których wcześniej zadzwonili. Widząc beznadziejność sytuacji, wszyscy zaczęli z serdecznością uspokajać i pocieszać biedaków. Nawet ja – do tej pory – delikatnie mówiąc – mocno zaniepokojony sytuacją, rozluźniłem się i jakby automatycznie poczułem, że nie mogę pokazać, że widzę dla nas zagrożenie – zacząłem pewnym siebie głosem żartować razem z resztą i z uśmiechem na ustach zgrywać doświadczonego taternika.

Marta założyła dziewczynie swoją uprząż, którą była połączona z Tadkiem i zaczęliśmy powoli schodzić w dół. Niedługo później dotarli do nas ratownicy TOPR i przejęli nierozsądną parę. Wkrótce z żalem rozstaliśmy się także z Martą i Tadkiem – uścisnęliśmy się na pożegnanie i nasze drogi się rozdzieliły.

Tatry dolina

fot. Zbyszek Łokaj

Ze Zbyszkiem i Pawłem, wykończeni i przemoknięci od stóp do głów, ale cali i zdrowi dotarliśmy do schroniska w Dolinie Pięciu Stawów. I to był trzeci cud.

Na miejscu okazało się, że tylko mój rowerowy plecak przetrwał test na wodoodporność (Ortlieb Velocity – polecam!). Zbyszka zapasowe spodnie były przemoczone prawie jak te, które miał na sobie. Niestety, mimo że wszystko w moim plecaku było suche, to swoje zapasowe spodnie zostawiłem… w samochodzie w Zakopanem. I tak oto pośród brodatych turystów górskich i twardych turystek, których spotkaliśmy w schronisku, Zbyszek paradował w rajstopo-getrach, a ja w bluzie przewiązanej wokół pasa, która wyglądała jak spódnica. Gender pełną gębą!

Byłem wykończony i wstydziłem się wstać z miejsca, bo – co tu dużo mówić – nóg nie mam najlepszych ;-) Jakiś gitarowy maestro przygrywał stare hity, a rezydenci śpiewali razem z nim i bawili się w najlepsze. Zbyszek jak zawsze super wyluzowany – spał z głową na stole, co jakiś czas budził się i nie otwierając oczu brał łyka stojącego przed nim piwa, po czym dalej szedł spać, a ja i Paweł kończyliśmy wiśniówkę marząc już tylko o tym, aby zasnąć na brudnej podłodze.

schronisko w Dolinie Pięciu Stawów

Gdy obudziłem się rano, ubrałem się (jak bardzo można tęsknić za spodniami!), zszedłem po śniadanie i kubek kawy i postanowiłem zjeść na zewnątrz. Wyszedłem przed schronisko i zobaczyłem to:

Dolina Pięciu Stawów

Dolina Pięciu Stawów

Usiadłem i nie mogąc uwierzyć w ten zapierający dech w piersiach widok, siedziałem w błogiej ciszy bardzo długo. Koszmar poprzedniego dnia zniknął jak ręką odjął, śniadanie i kawa smakowały jak najlepsze na świecie i czułem się absolutnie szczęśliwy. Wiecie co? Życie jest piękne! :-)

Tatry

fot. Zbyszek Łokaj

Ten i następny dzień były już tylko (aż!) niesamowicie przyjemnym wędrowaniem pełnym zachwytu polskimi górami.

szlak przy PTTK Muranowiec

Małe podsumowanie:

  • nigdy nie wychodź w góry w kiepską pogodę, jeśli nie jesteś absolutnie pewny że wiesz, co robisz
  • zapasowe ubranie, naprawdę wodoodporny plecak i porządne buty to „must have” w górach, przynajmniej, gdy jest jakakolwiek szansa na opady
  • nie taszcz ze sobą lustrzanki, zamiast tego weź telefon z porządnym aparatem (wszystkie zdjęcia i film zrobiłem iPhonem 5, Nikona D90 praktycznie nie używałem)
  • jeśli chcesz oszczędzić baterię w telefonie, używaj  „trybu samolotowego” – pozwolił mi cały dzień robić zdjęcia i kręcić filmy na jednym ładowaniu
  • zajrzyjcie na stronę podróżniczki Marty, którą spotkaliśmy na szlaku (piękne zdjęcia z wypraw!)
  • Tatry są absolutnie urzekające. Dla mnie to była miłość od pierwszego drugiego wejrzenia. W przyszłym roku wracam na dłużej!

Na koniec jeszcze jedno zdjęcie sferyczne, które jest już w Mapach Google i choć odrobinę oddaje to, co w Tatrach zastałem. Tak jak wcześniej możecie kliknąć w „Zobacz w Mapach Google”, a potem obracać zdjęcie o 360 stopni za pomocą strzałek na klawiaturze:

Więcej zdjęć sferycznych, nie tylko z tego wyjazdu, znajdziecie na mojej stronie w Google.

Otto Blau, czyli spełnienie rowerowego marzenia

Więcej niż 100 maili, ponad 700 wiadomości czatu na Facebooku, kilkadziesiąt wiadomości SMS i kilka MMS, tylko 2 spotkania, wiele godzin spędzonych na Allegro i grupach dyskusyjnych, mnóstwo dylematów, przez które po nocach śnił mi się rower i kilka burzliwych dyskusji. Po 44 dniach od rozpoczęcia współpracy z Buacchini biciclette, nieziemsko szczęśliwy mogę pokazać Wam efekty naszej pracy – spełnienie mojego rowerowego marzenia, czyli retro złożone od podstaw z wyjątkową dbałością o każdy element. Poznajcie Otto. Otto Blau:

arturgrabias.com

arturgrabias.com

arturgrabias.com

arturgrabias.com

arturgrabias.com

arturgrabias.com

arturgrabias.com

arturgrabias.com

arturgrabias.com

arturgrabias.com

arturgrabias.com

arturgrabias.com

arturgrabias.com

arturgrabias.com

arturgrabias.com

arturgrabias.com

arturgrabias.com

arturgrabias.com

arturgrabias.com

arturgrabias.com

arturgrabias.com

arturgrabias.com

arturgrabias.com

arturgrabias.com

arturgrabias.com

Moim nieskromnym zdaniem to obecnie jeden z najładniejszych rowerów w stolicy :-)

  • szczegóły techniczne roweru można znaleźć tutaj,
  • opis procesu budowy – tutaj,
  • jeszcze więcej zdjęć tutaj,
  • a najbardziej aktualne pod tagiem #OttoBlau na Instagramie

Jestem szalenie zadowolony z efektów i naprawdę nie mogę się zdecydować czy bardziej lubię nim jeździć, czy na niego patrzeć ;-)

update 1 lipca 2013:

W konkursie zorganizowanym przez Natalię Hatalską, w którym zadaniem było „przedstawienie jednego dowolnego designerskiego przedmiotu (produktu) związanego z latem”, Otto Blau zdobył nagrodę w postaci karnetu na Heineken Open’er Festival. Cieszę się ogromnie!

fot. holstee.com

fot. holstee.com

Tymczasem w tempie ekspresowym zabieram się za przygotowania do wyjazdu i sprawdzam jak działają w praktyce obietnice PKP odnośnie przewożenia rowerów. Do zobaczenia na Open’erze!

Update 12 marca 2017 r.:

Po blisko czterech, fenomenalnych latach okazało się, że rama Otto Blau jest pęknięta i nadaje się już tylko do powieszenia na ścianie. Szczegóły tutaj.

Marchewkowa Mia, ostre koło, Grakaj i przedwiosenna Warszawa

W pierwszych dniach kwietnia po warszawskich chodnikach przemykali jeszcze ludzie owinięci szalikami, a na facebookowych ścianach mnożyły się złorzeczenia względem personifikowanej zimy, która rzeczywiście nieznośnie się już wydłużała. 7 kwietnia nastąpił jednak długo oczekiwany przełom – temperatura przeskoczyła zaklęte „0”, a chmury nareszcie odsłoniły błękitne niebo i optymistycznie nastrajające słońce. Warszawiacy docenili tę zmianę i gromko wyszli na niedzielne spacery, a ja razem z Mią, która miała już „swoje 5 minut” na mojej stronie zabraliśmy zdobyte niedawno ostre koło na Most Świętokrzyski i wykorzystaliśmy je jako rekwizyt do przedwiosennych zdjęć. Fotografii powstało sporo, ale ostatecznie, z pomocą tymczasowego jury (Mia, Agni, Zoś, Pavel, dzięki!) wybór padł na poniższe zdjęcia. Oto marchewkowa Mia, warszawski Most Świętokrzyski oraz londyńskie ostre koło:

www.arturgrabias.com

www.arturgrabias.com

www.arturgrabias.com

www.arturgrabias.com

www.arturgrabias.com

www.arturgrabias.com

www.arturgrabias.com

www.arturgrabias.com

www.arturgrabias.com

www.arturgrabias.com

www.arturgrabias.com

www.arturgrabias.com

www.arturgrabias.com

www.arturgrabias.com

Piękni, prawda? Czasami wydaje mi się, że nie ma nic bardziej fotogenicznego niż rowery i kobiety ;-) Nie wiem dlaczego tak jest, ale dodają one uroku niemal każdemu zdjęciu, a ich fotografowanie to prawdziwa przyjemność :-)

www.arturgrabias.com

 Na (przed)wiosennym, stołecznym niebie nie mogło zabraknąć ukrywającego się do tej pory balonu Orange :-))

www.arturgrabias.com

A pod balonem… także ja. Choć nie znoszę być po tej drugiej stronie obiektywu, to jakimś cudem Mii udało się pstryknąć mi kilka zdjęć:

www.arturgrabias.com

www.arturgrabias.com

www.arturgrabias.com

www.arturgrabias.com

Czy są już obsadzone role do kolejnej części „Batmana”? Chętnie zagrałbym Jokera… ;-))

www.arturgrabias.com

Kończąc dodam, że widoczne na zdjęciach ostre koło BLB jest obecnie na sprzedaż. Gdyby ktoś był zainteresowany to szczegóły znajdzie w aukcji na Allegro, a jeśli będzie potrzebować więcej informacji to może skontaktować się ze mną bezpośrednio. Tymczasem dużo słońca nam wszystkim!

Ana’s Fall

Na początku listopada 2011 r. jesień zagościła w Warszawie na dobre. Byłem tuż po przeprowadzce do tego miasta, a jedną z osób, które pokazywały mi jego wyjątkowe zakątki była Ana. Zdjęcia poniżej to efekt całodziennego biegania za nią z aparatem, m.in. po Parku Łazienkowskim. Mimo, że – jak to określił Paweł – Ana to „zjawiskowa modelka z magnetyzującym spojrzeniem”, na początku nie pozwalała robić sobie zdjęć. Na szczęście okazało się, że wystarczy porządnie ją nakarmić ;-)

fot. arturgrabias.com

 

fot. arturgrabias.com

 

fot. arturgrabias.com

 

fot. arturgrabias.com

 

fot. arturgrabias.com

 

fot. arturgrabias.com

 

fot. arturgrabias.com

 

fot. arturgrabias.com

 

fot. arturgrabias.com

 

fot. arturgrabias.com

 

fot. arturgrabias.com

 

fot. arturgrabias.com

 

fot. arturgrabias.com

 

fot. arturgrabias.com

 

fot. arturgrabias.com

Podczas pstrykania przypomniałem sobie, że mój D90 ma funkcję nagrywania filmów. Jeśli dobrze pamiętam to był pierwszy model Nikona (a może w ogóle lustrzanki?), który miał taką możliwość i producent niestety nie wyposażył go ani w autofocus, ani w system stabilizacji obrazu, co widać na spontanicznym, zrealizowanym dla zabawy mini-backstage video z Łazienek Królewskich. Zobaczcie jaka jest sympatyczna! :-)

Mały niedźwiadek przestaje być noworodkiem

Niedawno opublikowałem zdjęcia Tiny będącej w ostatnim etapie ciąży oraz krótkie wideo przedstawiające światu nowo narodzonego Alka. Tymczasem właśnie mija miesiąc od pojawienia się na świecie mojego siostrzeńca, co oznacza, że w jego życiu oficjalnie kończy się tzw. okres noworodkowy. Świąteczne odwiedziny domu rodzinnego były świetną okazją do uwiecznienia tego symbolicznego momentu na zdjęciach. Proszę Państwa, oto z pozdrowieniami od dumnego wujka i rodziców – Alek vel Mały Niedźwiadek i kilka z jego rozbrajających min :)

by arturgrabias.com

by arturgrabias.com

by arturgrabias.com

by arturgrabias.com

by arturgrabias.com

by arturgrabias.com

by arturgrabias.com

by arturgrabias.com

by arturgrabias.com

by arturgrabias.com

by arturgrabias.com

by arturgrabias.com

by arturgrabias.com

Wesołych Świąt! :))

Wielkie, niebieskie oczy Agni

Możliwe, że Agnieszka jest największą znaną mi fanką Krzysztofa Kamila Baczyńskiego oraz największą miłośniczką twórczości Marcina Świetlickiego i Oscara Wilde’a. Gdyby żył Nietzsche, to niewątpliwie jarałby się faktem, że ma tak zdolną i piękną uczennicę.

fot. arturgrabias.com

fot. arturgrabias.com

fot. arturgrabias.com

fot. arturgrabias.com

fot. arturgrabias.com

Bohaterka dzisiejszych zdjęć jest jedną z najbardziej racjonalnych i inteligentnych osób jakie znam. To chyba jedyna znana mi na co dzień osoba, która godzinami potrafi prowadzić inspirujące dyskusje o filozofii, społeczeństwie, literaturze, kulturze… i przy której trzeba mieć się na baczności, bo jeden błąd logiczny w dyskusji niechybnie wykorzysta by powalić nas na łopatki ;-) Przy tym Agnieszka nie straciła ani grama z wrażliwości i słowo pisane, muzykę, obraz – potrafi odbierać całą sobą, choć to drobniutka kobietka jest ;-)

fot. arturgrabias.com

fot. arturgrabias.com

fot. arturgrabias.com

fot. arturgrabias.com

Agni ma fioła na punkcie nauki, a literki pochłania w mgnieniu oka. Właśnie kończy ostatni etap studiów przed doktoratem i jestem przekonany, że mimo, iż jest bardzo sympatyczną kobietą to będzie kiedyś z absolutną surowością maltretować kochających się w niej studentów ;-)

fot. arturgrabias.com

fot. arturgrabias.com

Poznaliśmy się, gdy mieszkałem jeszcze w Lublinie. Z całą pewnością mogę powiedzieć, że znamy się dobrze i długo i chyba właśnie dzięki masie wspólnych doświadczeń Agnieszka rozumie mnie tak dobrze, że jest niemal idealnym przyjacielem „do kieliszka”. „Niemal” tylko dlatego, że lubi gadać o polityce, której ja nie znoszę ;-)

fot. arturgrabias.com

Zosiowe lato

Choć jesień to chyba moja ulubiona pora roku, dzisiejszy chłód na zewnątrz sprawił, że zatęskniłem za latem i dniami, gdy wylegiwanie się na trawie było o wiele przyjemniejsze, a wiejący wiatr mile chłodził i nie powodował zimnych dreszczy. W jednym z takich ciepłych dni, pod koniec lipca odwiedziła mnie urocza, młoda dama. Poniżej kilka kadrów z tego letniego dnia spędzonego z przyszywaną młodszą siostrą – Zosią. Zdjęcia powstały m.in. w jednej z najfajniejszych i najbardziej przyjaznych kawiarni w Wawie – Kafce.

Ta delikatna, młoda kobieta absolutnie nie pasuje do stereotypów o jej pokoleniu, inspiruje i zaskakuje dojrzałością. Zaraża doskonałą muzyką i choć zaprzecza to należy do ukrytej opcji hipsterskiej ;-) Dla zabawy Zosia używa śląskich zwrotów i… ma sentyment do Warszawy. W wolnych chwilach własnoręcznie robi cuda pod szyldem „karmnik” (klik! klik!), np. takie jak widoczna na jednym ze zdjęć koszulka „Young and Awesome”.

Część lata 2012 Zosia spędziła w Wawie i mam nadzieję, że szybko do nas wróci, a za jakiś czas może nawet tutaj zostanie. Tymczasem lada moment może się spełnić jedno z jej marzeń – może zostać redaktorem i fotografem jednego z magazynów muzycznych, czego po cichu jej bardzo zazdroszczę i trzymam kciuki, aby się udało!

Czekając na Alka, czyli Tina w ostatnim miesiącu ciąży

Pod koniec marca w swoim profilu na Facebooku zamieściłem zdjęcie maleńkiej, jasnej kropki:

Od badania USG, podczas którego zostało zrobione to zdjęcie minęło wiele tygodni i ten maleńki pływak ma już nawet wybrane najlepsze imię. Mój ulubiony i póki co jedyny i nienarodzony jeszcze siostrzeniec Alek (Aleksander) jest już wielokrotnie większy od tej małej kropki. Jego mama – Tina, planuje urodzić go lada moment – na początku listopada, jednak jak wiadomo ostateczna decyzja i tak należy do Alka :-) Kilka dni temu odwiedziłem ich obydwoje i korzystając z okazji, mimo niesprzyjających warunków (kiepskie oświetlenie, zastane nienajlepsze tło) zrobiłem im kilka spontanicznych zdjęć. Oto przyszła mama!

Prawda, że przyszła mama jest prześliczna, a brzusio ogromny? Osobiście nie mogę się na nich napatrzeć i zachodzę w głowę jak to możliwe, że z tak wielkim… hm… „utrudnieniem” przed nosem Tina porusza się niemal zupełnie normalnie i ma znacznie więcej energii niż śpiący obok podczas tej mini sesji tata Alka – Grześ. Trzymajcie ze mną kciuki, aby wszystko poszło dobrze i aby debiut porodowy poszedł Tinie możliwie gładko. To już za chwilę!
dumny wujek Art

 

update:

„Alkowi się nie śpieszy, on ma czas. tak ostatnio stwierdził Grześ. W sumie ma to po tatusiu, bo Grześkowi też się nigdy nie śpieszy. ja jestem typową kobietą chcę mieć coś już tu i teraz ;)”

No i ma. No i wszyscy mamy. 24 listopada Tina aka Najdzielniejsza Z Ludzi urodziła Alka. Najfajniejszy z facetów jest cały i zdrowy. Witaj, Młody Człowieku! Wkrótce Mama i Tata pokażą Ci świat. Niech będzie Ci na nim dobrze!