Artur Grabias

Geek z sercem humanisty 🤓📖

AirPods dla Androida, czyli recenzja słuchawek Jabra Elite 65t

 

Największe plusy:
+ bardzo dobra jakość muzyki
+ tłumienie dźwięków otoczenia i możliwość „wyłączenia” tłumienia
+ kompatybilność z Asystentem Google, Siri i Alexą
+ doskonale trzymają się w uszach
+ bardzo długi czas pracy na jednym ładowaniu (5h + 10h)
+ odporność na zachlapania (IP55)

Największe minusy:
– cena (aktualnie od 650 zł)
– fizyczne przyciski (sic!)
– gubienie sygnału, zakłócenia dźwięku oraz mikrofonu podczas szybkiego ruchu
– nie działają dobrze z (niektórymi?) komputerami

 


Chyba nie trzeba nikogo przekonywać, że mniej kabli oznacza więcej przyjemności korzystania ze sprzętu. Zwłaszcza w przypadku słuchawek, których używamy na co dzień i w ruchu ma to ogromne znaczenie.


Czy jednak technologia dostępnych na rynku „prawdziwie bezprzewodowych” słuchawek dousznych jest już na tyle zaawansowana, aby ich używanie było przyjemnością? Sprawdzam to na przykładzie bezprzewodowych słuchawek dokanałowych Jabra Elite 65t, które testowałem głównie ze smartfonem Google Pixel 2.

To NIE jest wpis sponsorowany. Słuchawek nie otrzymałem do testów od żadnej firmy, po prostu je kupiłem, a recenzję napisałem, aby pomóc w podjęciu decyzji osobom, które szukają najlepszych słuchawek dousznych dla siebie.

Dlaczego nie chciałem AirPodsów?

Zwykle to pierwsze pytanie, które słyszę od znajomych gadżeciarzy. I rzeczywiście bezprzewodowe słuchawki od Apple, czyli AirPods jako pierwsze chodziły mi po głowie. Mają jednak trzy cechy, które skutecznie zniechęciły mnie do ich kupienia:

  1. Nie tłumią dźwięków otoczenia.
    W praktyce oznacza to, że oprócz muzyki do naszych uszu docierają wszystkie pozostałe dźwięki, np. ruch uliczny czy rozmawiający obok ludzie.
  2. Wyglądają jak końcówki elektrycznej szczoteczki do zębów.
    A przynajmniej to pierwsza rzecz, o której pomyślałem, gdy zobaczyłem je po raz pierwszy i to skojarzenie już we mnie zostało. Moim zdaniem wyglądają po prostu dziwacznie.
  3. Nie współpracują z Asystentem Google.
    Lubię rozmawiać z Asystentem Google, a AirPodsy działają tylko z Siri. Istnieją aplikacje, które umożliwiają połączenie Elite 65t z Asystentem Google, jednak to nieoficjalne appki, więc w każdej chwili mogą przestać działać. 

Gdy trafiłem na Jabra Elite 65t wydawało mi się, że to słuchawki idealne. Dość szybko okazało się jednak, że takie nie są i o tym piszę poniżej.

Dźwięk i zakłócenia

Jakość dźwięku to w przypadku słuchawek niemal zawsze najważniejsza cecha. Nie jestem melomanem, ale potrafię zauważyć, gdy słuchawki zniekształcają dźwięk. Niestety dokanałowe słuchawki bezprzewodowe zwykle brzmią źle ze względu na niewielkie rozmiary i ograniczenia technologii. Trudno im konkurować nawet ze średniej jakości słuchawkami przewodowymi.

W przypadku Jabra Elite 65t nie ma mowy o kiepskiej jakości dźwięku.


Wcześniej używałem słuchawek Bluetooth Samsung Level U Pro, z których dźwięk jest znośny, ale daleko mu do nawet średniej jakości słuchawek przewodowych. Dźwięk ze słuchawek Jabry odbieram jako zaskakująco czysty i jestem z niego bardzo zadowolony.


Tak jest jednak tylko do momentu, gdy pojawiają się zakłócenia. Gdy nie przemieszczam się i na przykład siedzę przy biurku – nie ma żadnych problemów. Niestety, gdy jestem w dynamicznym ruchu i na przykład jadę na rowerze – co jakiś czas słuchawki gubią sygnał, dźwięk przerywa. Wydaje mi się, że to zależy raczej od miejsca i urządzeń w pobliżu, ale problem występuje u mnie co ok. 20 minut. Nie jest to bardzo irytujące, po kilku-kilkunastu sekundach zakłócenia ustępują, jednak zmniejsza to moje zadowolenie z używania słuchawek.

Problemy pojawiają się także, gdy próbuję rozmawiać za pomocą słuchawek jadąc na rowerze, albo szybko biegnąc. Ich natura jest jednak w tym przypadku inna:

Powietrze uderza prosto w mikrofony i niestety rozmówcy słyszą to znacznie wyraźniej niż mój głos.


Jedyne, co pomaga to zatrzymanie się, albo obrócenie głowy o 45 stopni w prawo lub w lewo. Jeśli jednak spróbujecie sobie to wyobrazić, to na pewno zgodzicie się, że podczas biegania czy na rowerze nie jest to rozwiązanie.

Wyciszenie otoczenia i „patent” dla rowerzystów

Słuchawek używam nie tylko do słuchania muzyki, ale także, aby odciąć się od otoczenia. Na przykład, gdy potrzebuję skupić się na pracy, a koleżanki i koledzy obok rozmawiają o wrażeniach z weekendu.

Możliwość wyciszenia otoczenia to jedna z głównych funkcji, których wymagam od słuchawek i główny powód, przez który nie zdecydowałem się na AirPodsy. Co prawda, w każdych słuchawkach można znacznie zwiększyć głośność, aby zagłuszyć dźwięki z zewnątrz, jednak tak głośna muzyka nie pomaga w koncentracji, więc nie ma to większego sensu.

Jabra Elite 65t
Dwa szybkie wciśnięcia przycisku na słuchawce „wyłączają” tłumienie dźwięków otoczenia


Wyciszanie dźwięków otoczenia może być niebezpieczne, ale twórcy tych słuchawek znaleźli na to rozwiązanie.


Na co dzień poruszam się po mieście na rowerze i wtedy też używam słuchawek, słuchając podcastów czy nawet (niezbyt głośno) muzyki. Wyciszanie otoczenia w takim przypadku jest niezbyt mądre, bo jeśli nie usłyszymy nadjeżdżającego pojazdu lub nie zareagujemy na ostrzeżenie w postaci sygnału dźwiękowego – może to skończyć się tragicznie.

Inżynierowie Jabry Elite 65t wymyślili na to ciekawy i działający „patent” – dwukrotne wciśnięcie przycisku na prawej słuchawce powoduje, że dźwięk otoczenia jest zbierany przez mikrofony słuchawek i miksowany z muzyką. Przetworzony dźwięk brzmi nieco inaczej niż w rzeczywistości, ale szybko się do tego przyzwyczaiłem i z tą funkcją czuję się znacznie bezpieczniej.

Przyciski fizyczne i korzystanie z funkcji słuchawek


Choć dosyć często rozmawiam z Asystentem Google, to raczej unikam robienia tego publicznie, bo czuję się wtedy niezręcznie. Z tego powodu na początku cieszyłem się, że słuchawki Jabry mają klasyczne przyciski.

Wciskanie przycisków fizycznych to jednak najgorsze doświadczenie związane z korzystaniem z tych słuchawek.


To, co wydawało mi się przewagą nad AirPodsami okazało się ogromnym minusem. Przyciski są dość sztywne i trzeba włożyć nieco siły, aby ich użyć. W praktyce jest to wciskanie plastikowego przedmiotu w ucho i tak jak można się domyślać – nie jest to nic przyjemnego. Zapewne sprawiłoby to, że już bym się przełamał i korzystał z asystenta głosowego także w miejscach publicznych, ale uruchomienie asystenta wymaga… wciśnięcia i przytrzymania przycisku na prawej słuchawce. Szach i mat.

Jabra Elite 65t
Na lewej słuchawce znajdują się dwa przyciski fizyczne. Na prawej – jeden.


Kolejna wersja słuchawek zdecydowanie powinna mieć przyciski, których nie trzeba wciskać, a wystarczy ich dotknąć jak w AirPodsach.

Wygoda używania


Jeśli korzystaliśmy już wcześniej ze słuchawek bezprzewodowych i nie mamy problemu z używaniem silikonowych wkładek, to i z tych słuchawek będziemy zadowoleni.

Jabra Elite 65t
W zestawie jest kilka silikonowych wkładek w różnych rozmiarach


Słuchawki są dokanałowe i mają specjalne, silikonowe gumki, więc jeśli odpowiednio dopasowaliśmy je do naszych uszu (w zestawie jest kilka rozmiarów), to trzymają się naprawdę dobrze.

Podczas ich używania stawałem na głowie, biegałem, jeździłem na rowerze, a nawet upadałem. W bardziej bezpiecznych warunkach próbowałem szybko kręcić głową i podskakiwać, aby wypadły. Nic z tego.

Słuchawki są w stanie opuścić moje uszy tylko jeśli wyjmę je palcami. 


Pod tym względem są znacznie bardziej praktyczne od AirPodsów, które choć również trzymają się dość dobrze (przynajmniej w moich uszach) to np. podczas energicznych ćwiczeń zdarzało im się wypaść.

Wygląd


To bardzo subiektywna sprawa, ale nie znaczy to, że należy ją przemilczeć.

Jabra Elite 65
Jabra Elite 65t są dość duże, ale bez problemu mieszczą się nawet jeśli nasze uszy nie należą do największych


Jednym z powodów, dla których nie zdecydowałem się na AirPodsy był ich wygląd. Te wystające, rzucające się w oczy białe patyczki… Nie, po prostu nie.

Nie twierdzę, że Jabra Elite 65t wyglądają świetnie. Przeciwnie, w moim odczuciu są dość zwyczajne i w porównaniu do AirPodsów mniej ciekawe, jednak ich stonowany, ciemny design znacznie bardziej przypadł mi do gustu.


Zdecydowanie za to nie podoba mi się napis „Jabra” na słuchawkach. Nie lubię być chodzącą reklamą jakiejkolwiek marki. Jakieś pomysły czym go zmyć nie uszkadzając słuchawek?

Jabra Elite 65t
Każda ze słuchawek ma wbudowane dwa mikrofony

Etui do ładowania


Przeglądając recenzje Elite 65t, kilka razy spotkałem się ze stwierdzeniem, że etui, które służy także do ładowania słuchawek jest „najsłabszym elementem zestawu” i „słuchawki same z niego wypadają”.


Co prawda etui Jabry nie wydaje tak miłego dla ucha kliknięcia, jakie pojawia się, gdy odkładamy AirPodsy, samo odkładanie słuchawek też nie jest tak wygodne, a etui nie ma magnetycznego zamknięcia jak to od Apple, ale w moim odczuciu nie są to bardzo istotne funkcje. To tylko miłe dodatki.

Niewątpliwie etui AirPodsów jest lepsze, ale używanie etui Jabry też nie jest kłopotliwe, jak niektórzy twierdzą.


Etui zamyka się na zatrzask i nie ma szans, aby słuchawki same z niego wypadły, jeśli nie zwolnimy zatrzasku, ściskając etui po bokach. Jest na tyle małe, że przechowuję je zwykle w kieszeni jeansów i zupełnie mi tam nie przeszkadza.


Słuchawki wytrzymują ok. 5h pracy, a odłożenie ich do etui uruchamia doładowywanie. Etui ma tyle energii, że potrafi doładować kolejne 10h pracy i dla mnie to zdecydowanie zadowalający wynik. Zupełnie przestałem już martwić się o to czy bateria w słuchawkach wystarczy tak długo, jak ich potrzebuję. Słuchawek używam codziennie i doładowuję etui 1-2 razy w tygodniu.

Chętnie przyznaję, że funkcja doładowywania w poręcznym etui to jedna z najlepszych funkcji, jakie przydarzyły się bezprzewodowym słuchawkom.

Warto wiedzieć


Producent przyznaje, że słuchawki zostały zaprojektowane do pracy z urządzeniami mobilnymi. Gdy testowałem je z dość leciwym już MacBookiem Pro z 2011 r. – z łącznością rzeczywiście było różnie, a zakłócenia pojawiały się nawet kilkadziesiąt centymetrów od komputera. Ponieważ w 99% przypadków używam słuchawek ze smartfonem nie jest to dla mnie problem, ale na pewno dla niektórych może być.

Słuchawki są odporne na zachlapania (IP55). Używałem ich w deszczu, wielokrotnie miały także kontakt z potem i nic im się nie stało. Wpadnięcia do wody raczej by nie przeżyły.

Zestaw występuje także w znacząco droższej wersji Jabra Elite Sport, która różni się m.in. tym, że ma lepszą odporność na wodę oraz… wbudowany pulsometr (tak! Mierzy puls w uchu! :) ).

Jeśli zgubimy którąś ze słuchawek to wystarczy dokupić nową, włożyć razem ze starą do etui i automatycznie zostaną ze sobą sparowane.

Podsumowanie


Jabra Elite 65t
to bardzo porządne słuchawki dające dużo przyjemności ze słuchania muzyki. Dzięki całkowicie bezprzewodowej budowie uwolnicie się zupełnie od kabli i od razu ostrzegam, że gdy raz posmakujecie tej wolności to już nigdy nie będziecie chcieli korzystać ze słuchawek przewodowych.

Czy uważam, że te słuchawki są lepsze od Apple AirPods? Tak, ale tylko jeśli bardzo zależy Wam na funkcji wyciszania dźwięków otoczenia. Na pewno nie, jeśli korzystacie z kilku urządzeń Apple i chcecie móc wygodnie przełączać się pomiędzy nimi.

Czy moim zdaniem są warte swojej ceny? Niekoniecznie. Ponad 600 zł za dokanałowe słuchawki to jednak dość wygórowana cena za produkt, który nie spełnia wszystkich moich oczekiwań.

Czy kupiłbym te słuchawki ponownie? Tak, bo jeśli zależy nam na jakości dźwięku i całkowitym braku przewodów to w tej cenie, w tej chwili raczej nie znajdziecie nic lepszego od Apple AirPods oraz Jabra Elite 65t.

Pierwszy telefon z Androidem, który może konkurować z iPhonem. Recenzja smartfona Google Pixel 2

Niespełna pół roku temu testowałem ponoć najlepszego wówczas na rynku smartfona z Androidem – Samsunga Galaxy S8. Przez „10 małych grzechów Samsunga” szybko wróciłem do iPhone’a, o czym pisałem tutaj, a systemu z robotem w logo miałem serdecznie dość.

Już wtedy Remi Franek prorokował, że zmieniłbym zdanie o Androidzie, gdybym wypróbował jego „czystą” wersję. Taka okazja nadarzyła się teraz i na kilka tygodni zamieniłem iPhone’a 7 na oficjalnie niedostępnego jeszcze w Polsce – smartfona Google Pixel 2 w wersji XL.

Oto lista 10 rzeczy, na które jako zadowolony użytkownik iPhonów zwróciłem uwagę podczas korzystania z Pixela 2 XL:

  1. Po pierwsze – aparat jest naprawdę imponujący.
  2. Czytnik linii papilarnych z tyłu obudowy jest dopracowany i to całkiem niezłe rozwiązanie.
  3. Google Pay (wcześniej „Android Pay) jest super i pokochałem płatności zbliżeniowe telefonem.
  4. „Czysty” Android 8.1 Oreo to bardzo ładny, stabilny i funkcjonalny system.
  5. Spersonalizowany czytnik informacji zastąpił mi wszystkie serwisy informacyjne.
  6. Rozpoznawanie rzeczy na zdjęciach, czyli Google Lens działa zaskakująco dobrze.
  7. Asystentka głosowa Google jest sympatyczna i pomocna.
  8. Bateria Pixela wcale nie ładuje się super-szybko, ale wystarcza na długo.
  9. AR Stickers są zabawne i pozwalają wstawić „żywego” stormtroopera do swojego życia.
  10. Aplikacje na iOS są nieco bardziej dopracowane, ale Google bardziej dba o aplikacje na Androida.

Czytaj dalej, aby poznać rozwinięcie każdego z powyższych punktów lub od razu przejdź do podsumowania :)


(więcej…)

10 grzechów Samsunga, przez które po tygodniu z Galaxy S8 z przyjemnością wróciłem do iPhone’a

Co rusz trafiały do mnie hiper-pozytywne opinie o Samsungu Galaxy S8. Ponoć to obecnie najlepszy dostępny na polskim rynku smartfon z Androidem, jego aparat przebija nawet iPhone’a 7, a Android 7.0 jest znacznie lepszy od Androida 4.3, na którym zakończyłem swoją przygodę z tym systemem.

Prawie nowy Samsung Galaxy S8, ideał + etui MUJJO

Nieco podekscytowany zamówiłem Galaxy S8 Midnight Black i pierwsze wrażenia miałem bardzo dobre. Design telefonu jest naprawdę ładny. Przekonany, że zostanie ze mną dłużej kupiłem do niego równie eleganckie etui Mujjo i uruchomiłem system.

Następne wrażenie – płynność działania systemu jest super! Trudno się dziwić, bo iPhone 6, którego do tej pory używałem ma ponad 3 lata, tylko 1 GB RAMu i procesor 1,4 GHz, a S8 to aż 4 GB oraz taktowanie 2,3 GHz. Świadomość, że jeśli telefon wpadnie do wanny czy że bez obaw będę mógł korzystać z niego w deszczu – też wzmacniały moje poczucie „dobrego wyboru”.

Od pierwszych wrażeń minął ponad tydzień i odetchnąłem z ulgą wracając do przestarzałego już iPhone’a 6.

 

Oto 10 małych grzechów głównych Galaxy S8, przez które z ulgą wróciłem do przestarzałego iPhone’a 6.

1. Czytnik linii papilarnych umiejscowiony zaraz obok aparatu

Totalne nieporozumienie. Dużo już zostało powiedziane w tym temacie, więc nie będę wtórował i napiszę jedynie, że dawno nic mnie tak bardzo nie poirytowało, jak systemowy komunikat Samsunga przypominający, abym „dbał o czystość aparatu”, który brudził się właśnie przez to, że próbując użyć czytnika linii papilarnych dotykałem soczewki.

2. Zbędny przycisk fizyczny Bigsby

Mogę sobie tylko próbować wyobrazić jak bardzo ktoś w Samsungu naciskał na dodanie tego przycisku. Bez instalacji dodatkowego softu nie można go programować, a mi często zdarzało się przypadkowo wciskać. Tymczasem funkcja jest po prostu zbędna i przez swoje wyeksponowanie – irytująca.

3. Domyślnie włączone przekłamanie kolorów zdjęć i filmów

Pierwsza myśl podczas przeglądania zdjęć czy filmów to „- Wow! Jakie żywe kolory ma wyświetlacz! Jaki kontrast!”.

– Nope.

Wszystkie zdjęcia i filmy, które odtwarzamy mają „podbite” kolory i kontrast, co znaczy, że gdy oglądacie zdjęcia znajomych na Instagramie to widzicie je nie tak, jak chcieli autorzy, ale z nałożonym dodatkowym filtrem. Każdy, kogo interesuje fotografia uzna, że to słabo, bardzo słabo. Na szczęście można to wyłączyć.

fot. http://www.androidauthority.com/samsung-galaxy-s8-red-tint-fix-768219/

 

4. Śmieci od producenta

Już pierwszego dnia usunąłem oprogramowanie operatora i wgrałem oryginalne Samsunga, aby pozbyć się „śmieci”, czyli zbędnego softu i wizualizacji operatora. Niestety, nawet po tej operacji pozostał soft Samsunga – podobnie, jak w przypadku softu od operatora – w większości zbędny i robiący bałagan. Jest kilka fajnych funkcji, np. odblokowywanie smartfona skanerem tęczówek czy korekta dźwięku dostosowana do naszego słuchu i jakości słuchawek, ale większość jest zbędna.

5. Dublowanie funkcji Androida

Niektóre domyślnie zainstalowane aplikacje dublowały się funkcjami. Chyba. Nawet po paru dniach nie udało mi się tego do końca rozgryźć. Zmiany wyglądu systemu mogłem dokonywać z androidowego menu ustawień oraz przez aplikację od Samsunga. I to nie było to samo. Użycie obu sprawiało, że niektóre wizualizacje były z jednej aplikacji, a inne z ustawień.

6. Mnogość i nieintuicyjność ustawień

Czy wiecie jak w Androidzie w S8 włącza się bardzo przydatną funkcję rozmów przez WiFi? – Nie, nie wchodzi się w ustawienia systemu i nie szuka się ustawień połączeń. W ustawieniach WiFi też nie ma. Trzeba wejść w aplikację do wykonywania połączeń i tam zmienić ustawienia.
Wydawać by się mogło, że ogromne możliwości konfiguracji to duży plus w stosunku do dość zamkniętego iOSa, ale z drugiej strony to przekleństwo, bo aby dostosować system do swoich potrzeb trzeba naprawdę dużo się nagimnastykować. Ustawienia domyślne pozostawiają wiele do życzenia.

7. Brak „swipe” w nawigacji

Możliwe, że to przez jakieś patenty Apple, ale w Androidzie nie można nawigować po funkcjach przesuwając ekran w lewo lub w prawo. Tak, jest przycisk Wstecz, ale jest dla mnie znacznie mniej wygodny i intuicyjny niż „swipe left”. No i przycisku „do przodu” już nie ma.

8. Kilka aplikacji o takiej samej nazwie

Niektóre aplikacje w systemie miały te same nazwy. True story, nie wiem dlaczego Android w S8 na to pozwala. Miałem np. dwie aplikacje o nazwie Kalendarz. Jedna, z której korzystam na co dzień – zainstalowana samodzielnie z Google Play i druga, która była chyba zainstalowana w systemie. Problem łatwy do rozwiązania, wystarczy skasować nieużywaną appkę, ale tego problemu w ogólnie nie powinno być.

9. Niezbyt ładny design niektórych funkcji systemowych

Jasne, ktoś powie, że to kwestia gustu, ale porównajcie klawiaturę Androida i iOS. Dla mnie – bez wątpienia ta druga jest ładniejsza i bardziej czytelna. Podobnie, jeśli porównamy ich animacje. Takiego nie do końca ładnego designu jest więcej.


fot. https://www.androidcentral.com/what-keyboard-are-you-using-your-galaxy-s8

 

10. Niedoskonała kopia zapasowa i przenoszenie zawartości

Android w S8 domyślnie pozwala zrobić kopię zapasową zawartości telefonu, aby odtworzyć ją z chmury – w razie utraty telefonu lub wymiany na inny. Niestety, działa to wybiórczo i o ile podstawowe informacje, kontakty, pliki oraz aplikacje są przenoszone to już ustawienia aplikacji nie i konieczne było ich ponowne konfigurowanie. To w Androidzie naprawdę sporo pracy.

W tym miejscu przypomina mi się grzech nr. 5 – w telefonie można znaleźć dwie kopie zapasowe – jedna Androida i jedna Samsunga. Czym się różnią? Nie jestem pewny.

Tymczasem w iOS – WSZYSTKO odtwarza się 1:1. Apple robi to od lat tak doskonale, że po odtworzeniu kopii zapasowej moglibyśmy nawet nie zauważyć, że zmieniliśmy telefon.

 

Inne

Problemy z Android Pay
To jedna z najbardziej irytujących rzeczy, choć celowo umieszczam ją poza listą grzechów Samsunga, bo możliwe, że przyczyna leżała gdzie indziej, np. po stronie banku.

Otóż dość często, bo w ok. 10-20% przypadków – przy próbie płatności przez Android Pay (mBank) – aplikacja nie pozwalała mi dokonać płatności i wyświetlała ekran nakazujący skorzystanie z czytnika linii papilarnych lub podanie kodu odblokowania systemu:

 

 

Oczywiście działo się to przy odblokowanym ekranie.

Po przyłożeniu palca / wpisaniu kodu – nic się nie zmieniało – podobnie płatność była odrzucana i wyskakiwał ten sam komunikat. Następnego dnia, w tym samym czytniku kart – problemu nie było.

Nawet jeśli to problem z bankiem to uważam, że aplikacja powinna poinformować mnie, że coś jest nie tak po jego stronie.

 

Podsumowanie

Z wszystkimi wymienionymi grzechami można byłoby żyć na co dzień po prostu się do nich przyzwyczajając. Nie twierdzę, że iOS jest lepszy niż Android. Przeciwnie: w ciągu kilku lat Android zrobił ogromny skok jakościowy i brawa mu za to.  Wydaje mi się, że oba systemy mają obecnie porównywalną liczbę „małych grzechów”, za to modyfikacje Samsunga odczuwalnie psują „czystego robota” i w wyścigu smartfonów przechylają szalę zwycięstwa na stronę Apple.

 

Gdy po tygodniu z Galaxy S8 przełożyłem kartę SIM z powrotem do leciwego iPhone’a – odetchnąłem z ulgą i uśmiechnąłem się zadowolony, że mogę wrócić do iOS. Całkowicie minęła mi ochota na migrację do Androida, choć niewykluczone, że wróci, gdy pojawi się Pixel 2.

Otto Black, czyli „umarł król, niech żyje król!”

Co wiesz o miłości do rowerów?

Minęło prawie 4 lata, od kiedy zbudowaliśmy z Kamsem mojego Otto Blau. Jeździłem tym rowerem niemal codziennie i absolutnie go uwielbiałem. Deszcz? Grad? Pierwsze opady śniegu? Nie szkodzi. Z Otto zawsze było najlepiej, bez względu na to czy z naciągniętą głęboko czapką walczyłem o życie, pedałując przez centrum Warszawy, poznawałem Trójmiejskie plaże na Open’erze czy po prostu cieszyłem się wolnym czasem poznając okolicę.

Nigdy nie czułem takiej wolności, niezależności i szczęścia jak podczas jazdy na rowerze, którego sami wymyśliliśmy.

Czasami miałem ochotę wręcz wyć ze szczęścia. O niektórych przeżyciach podczas jazdy mógłbym śmiało powiedzieć, że były mistyczne, ale i tak wiele osób uważa, że nie jestem tak do końca normalny, więc zostawię szczegóły dla siebie ;-)

Na co dzień czuję się szczęśliwym człowiekiem i jestem przekonany, że w dużym stopniu to właśnie dzięki jeździe na rowerze. Serio :)

you can't buy happiness

„- Panie doktorze, ile czasu mi zostało?”

Intensywne korzystanie z roweru w niemal każdych warunkach sprawiło, że lakier mocno ucierpiał, pojawiły się pierwsze ogniska rdzy i był już  najwyższy czas, aby oddać ramę w dobre ręce do malowania.

O renowację Otto poprosiłem Michała „Dreta”, któremu dotychczas powierzałem mój rower na wszelkie naprawy i zawsze byłem z nich zadowolony. Po odebraniu ode mnie Otto i dokładnych oględzinach, Dret musiał jednak, jak lekarz po rutynowym badaniu, przekazać mi złą nowinę:

Na ramie, na skośnej rurce, gdzie blisko 4 lata temu zaspawane zostały ubytki po zaczepach na bidon, po zdjęciu lakieru ukazały się spore pęknięcia:

broken

Jazda na tak uszkodzonej ramie mogła źle się skończyć.

Smutek jak zwykle ogarnął mnie tylko na chwilę i od razu zabrałem się do działania. Miałem do wyboru – wymienić całą rurę (koszt ok. 400 zł, dużo czasu i pracy), albo pożegnać się z ramą i przenieść duszę Otto do nowego szkieletu.

Nie chciałem czekać zbyt długo i miesiącami polować na dobrą ramę do renowacji, miałem też na uwadze, że Otto był jednak odrobinę za duży na moje krótkie nogi, więc wybór padł na inną ramę. Rama Otto Blau zawiśnie na ścianie w mieszkaniu,  a teraz mogę przedstawić Wam nowe wcielenie mojego towarzysza codziennych podróży.

Proszę Państwa, oto reinkarnacja Otto Blau – minimalistyczny, klasyczny rower  Otto Black (sic!):

Otto Black by arturgrabias.com

Otto Black by arturgrabias.com

Otto Black by arturgrabias.com

Otto Black by arturgrabias.com

Otto Black by arturgrabias.com

Otto Black by arturgrabias.com

Inspiracją do jego budowy był Kinfolk Autumn Johna Buellena, który już 4 lata temu sprawił, że serce zabiło mi mocniej oraz custom na ramie Cinelli Gazzetta zbudowany przez Japończyków z Blue Lug.

Bazą do zbudowania Otto Black została sprowadzona z Londynu, zbudowana na rurkach Reynoldsa, nowa, wzorowana na torowych, stalowa rama BLB Classic-R 4130 Chromoly.

Ciekawostka nr 1: właścicielami londyńskiej firmy Brick Lane Bikes, w której zamówiłem ramę i niektóre części są Polacy – Maciej Wrotek i Janusz
Milewski.

Ciekawostka nr 2: ok. czterech lat temu wygrałem rower stworzony i zbudowany właśnie przez BLB w kooperacji z H&M.

Szukając ramy rozważałem również Włoszkę na rurkach Columbusa – Cinelli Gazzetta Black Friars, ale mimo klasy i kultu, jakim darzona jest marka Cinelli, w tym przypadku musiała ona ustąpić pierwszego miejsca Brytyjce z BLB, która mimo podobnej geometrii ma znacznie ładniejszy, zbudowany na mufach, chromowany widelec, bardziej klasyczne malowanie i klasyczne 1″ stery.

Otto Black by arturgrabias.com

Otto Black by arturgrabias.com

Otto Black by arturgrabias.com

Otto Black by arturgrabias.com

Otto Black by arturgrabias.com

„Umarł król, niech żyje król!”

Niebieskie („blau”) malowanie poprzedniego wcielenia Otto, choć było piękne i eleganckie to dosyć rzucało się w oczy, co nie do końca mi pasowało. Chyba też, po blisko 4 latach po prostu mi się… znudziło. Wolałem coś bardziej stonowanego i „surowego”. Ponieważ w swoim otoczeniu najbardziej lubię czerń, biel i odcienie szarości tym razem wybór padł na nieśmiertelną czerń, która zwłaszcza na rowerach zawsze prezentuje się z klasą.

Otto Black by arturgrabias.com

Otto Black by arturgrabias.com

Otto Black by arturgrabias.com

Otto Black by arturgrabias.com

Otto Black by arturgrabias.com

Otto Black by arturgrabias.com

Otto Black został złożony przez Dreta na nowej ramie, ale z wieloma używanymi częściami z mojego poprzedniego roweru, co dodaje mu charakteru. Bardzo lubię przetarcia na siodle i obszyciu kierownicy i nie mogę się doczekać podobnych na nowych paskach do nosków.

Otto Black by arturgrabias.com

Otto Black by arturgrabias.com

Otto Black by arturgrabias.com

Otto Black by arturgrabias.com

Otto Black by arturgrabias.com

Otto Black by arturgrabias.com

Otto Black by arturgrabias.com

Jeśli chodzi zaś o praktyczne doznania z jazdy, to już po jeździe próbnej wiedziałem, że od strony technicznej to był strzał w dziesiątkę. Otto Black jest o wiele bardziej zwrotny i to robi ogromną różnicę podczas jazdy. Dret mówi, że to dlatego, że ma inny, torowy kąt ustawienia widelca. Ja się na tym nie znam, ale jeżdżąc na nowym Otto zaczynam wierzyć, że jazda jak w „Premium Rush” jest rzeczywiście możliwa ;-)

A czy Wasze rowery już są gotowe do letniego sezonu?
Do zobaczenia na ulicach! :)

Otto Black by arturgrabias.com

Otto Black by arturgrabias.com

Otto Black by arturgrabias.com

Wyprawa do zasnutego mgłą lasu

Pojechaliśmy z Karoliną na jakieś totalne, nikomu nie znane odludzie, aby powłóczyć się po górach i oczyścić myśli. Takie Tatry, ale jak Bieszczady i to w marcu. Samochodem dało się dojechać tylko do lasu, więc wysiedliśmy na jego skraju i poszliśmy leśną ścieżką w kierunku, który wskazywał GPS. Wokół była gęsta, ciemna, jakby zanieczyszczona mgła. Oddychając mieliśmy wrażenie, że czujemy w ustach jej mleczno-gorzki smak. Choć na zegarku było około południa to wysokie jak bambusy drzewa zasłaniały skutecznie dostęp światła i dookoła panował półmrok. Atmosfera przyprawiała o dreszcze. Szliśmy w milczeniu. Z każdym krokiem roślinność zdawała się stawać coraz wyższa, a ścieżka węższa. Nie mówiliśmy o tym głośno, ale czuliśmy, że tylko kwestią czasu jest, gdy coś nas zaatakuje.

Odgłos szybkiego, równego biegu ciężkiego zwierzęcia słyszeliśmy już z daleka. Dudnienie było coraz głośniejsze. Zatrzymaliśmy marsz. Choć czułem, że serce bije we mnie coraz mocniej, bez słowa, spokojnie zdjąłem plecak i wyjąłem z niego nóż, odwróciłem się w kierunku odgłosów, a Karolina stanęła zaraz za mną. Wielki wilk wybiegł przed nas i w ułamku sekundy wyskoczył w górę na wysokość mojej głowy. Chwyciłem go za szyję i wbiłem szeroki nóż w jego brzuch tak mocno i bez wyczucia, że rękojeść, razem z moją dłonią weszła w jego ciało. Docisnąłem go do ziemi, dla pewności przekręcając ostrze jeszcze kilka razy. Położyłem na nim nogę i szybkim ruchem wyciągnąłem dłoń z jeszcze ciepłego truchła. Za ręką, niespodziewanie pociągnęły się wnętrzności zwierza wydając przy tym obrzydliwy odgłos bulgotania i odór trawionych resztek jedzenia. Zrobiłem kilka kroków w tył wstrzymując powietrze. Po chwili je wypuściłem i spod nosa wycedziłem ciche, soczyste „kurrrrwa”.

Popatrzyłem na Karolinę, która stała bez ruchu z obojętną miną, jakby nic się nie stało. Na jasnej bluzie, która zawsze kojarzyła mi się z amerykańskimi cheerleaderkami były poprzeczne plamy krwi, układem podobne do jednego z wcieleń Bowiego. Dopiero, gdy odwróciła głowę w moją stronę dostrzegłem, że krew zwierzęcia jest także na jej twarzy. Chyba ją poczuła, bo wyjęła z kieszeni jakiś skrawek materiału i starła ją. Była przy tym zupełnie niewzruszona, jak Rosamund Pike w jednej z ostatnich scen „Gone Girl”. Popatrzyła na mnie zimno, a jej wzrok pytał z wyrzutem „- Dlaczego nie idziemy dalej?”.

Wrzuciłem na siebie z powrotem plecak. Przebiegł po mnie dreszcz, gdy odchodząc spojrzałem jeszcze raz na poharatane zwierzę. Przyśpieszyłem kroku, aby dogonić Karolinę. Nie schowałem noża, a jedynie obróciłem jego rękojeść w drugą stronę, bo tak uczył mnie ojciec, gdy chodziliśmy razem na grzyby. Mówił, że dzięki temu, gdy się potknę to nie nadzieję się na niego. Wkrótce miałem mieć okazję przekonać się, że miał rację.

(…)

Według GPS, od wejścia do lasu do teraz pokonaliśmy idąc przez las, cały czas pod górę, już prawie 3 000 m. wysokości. Minęło wiele godzin, byliśmy wykończeni, ale wiedzieliśmy, że już prawie jesteśmy na miejscu. Zostawiliśmy za sobą trzy trupy, z których tylko pierwszy był stworzeniem, którego gatunek potrafiliśmy nazwać. Karolina, choć ciągle milcząca, wydawała się już bardziej pogodna, słyszałem jak nuci coś pod nosem, ale nie mogłem rozpoznać melodii. Nie wiedziała jeszcze, że wspiąłem się tutaj nie tylko po to, aby odpoczywać i oczyścić myśli. Miałem też spotkać tu kobietę znaną jako Zielarka, aby pomogła mi “nawrócić się”, cokolwiek to znaczy. Mówili, że jest starsza od wszystkich znanych im ludzi, ale w jakiś magiczny sposób wygląda na zaledwie pełnoletnią. Ponoć tylko jej mądre, niebieskie oczy zdradzają, że to złudzenie.

Doszliśmy do końca lasu. Stanęliśmy na szczycie pod kamienną, symboliczną bramą, a przed nami rozpościerał się widok na zupełnie inne miejsce – na wielką, jasną, zieloną polanę w dolinie, za którą znajdowały się rozsiane jak rozsypany mak zabudowania okolicznych domów, a nad nimi na całym horyzoncie – błękitne niebo. Zaproponowałem, abyśmy chwilę odpoczęli, nim pójdziemy dalej. Karolina uśmiechnęła się i skinęła głową. Wyjąłem wodę, podałem jej i zaczekałem, aż skończy pić. Potem sam wziąłem kilka tak głębokich łyków, że pewnie słychać mnie było nawet w lesie. Odrzuciłem plecak i nóż, położyłem się na plecach na trawie i wykończony, zadowolony zamknąłem oczy.

Zdaje się, że na chwilę przysnąłem, bo zdezorientowany usłyszałem nad sobą agresywne mruczenie jakiegoś wielkiego kota, zapewne czegoś podobnego do pumy lub równie groźnego i szybkiego. Siłą zostałem przywrócony do świadomości. Nie otwierałem oczu, tkwiłem bez ruchu, aby go nie sprowokować. Miałem wrażenie, że na podstawie wydawanych dźwięków już go zlokalizowałem i siedzi tuż nad nami, na kamiennej bramie, pod którą wcześniej przeszliśmy. Wydawało mi się, że serce bije mi już tak mocno, że dzikie zwierzę za chwilę je usłyszy i rzuci się na nas. Nie pamiętałem, w którą stronę odrzuciłem plecak i nóż. Jakby tego było mało, ziemia zaczęła pode mną drżeć. „- Czy tak zaczyna się trzęsienie ziemi?” – pomyślałem. Nie mając wyjścia i czasu do stracenia błyskawicznie otworzyłem oczy i pozostając bez ruchu – niespokojnie, z zaciśniętymi zębami rozejrzałem się.

Byłem w swoim mieszkaniu. Pokój spowijał mrok, a za moją głową, na oparciu łóżka leżała nie dzika, czarna puma, która chce rozszarpać mi gardło, a kot Harry, mruczący hipnotycznie w najlepsze. Drgania, które powodował były wyczuwalne na całym łóżku.
„- Trzęsienie ziemi. Pffff…!”. Przekręciłem się na brzuch, pogłaskałem kota, westchnąłem i pomyślałem „- Nigdy-więcej-Sapkowskiego przed snem”.

Xiaomi Mi Band Plus (1S) na iPhonie – recenzja

Osobom zainteresowanym gadżetami nie trzeba przedstawiać firmy Xiaomi, która jakiś czas temu wypuściła na rynek urządzenie z kategorii „smart band” – opaskę Mi Band. To urządzenie bez wyświetlacza „jedynie” mierzyło ilość zrobionych kroków oraz „jakość” naszego snu (na podstawie ruchów) i wibracjami powiadamiało nas o przychodzących połączeniach. Opaska szybko zdobyła popularność głównie za sprawą świetnej ceny – w polskich sklepach internetowych kosztuje ok. 80-100 zł.

W ostatnim czasie pojawiła się druga generacja tych urządzeń – Mi Band Pulse znana również jako Mi Band 1S, która poza znanymi do tej pory funkcjami posiada wbudowany pulsometr. Zachowana została niska cena – w polskich sklepach internetowych można ją dostać za ok. 150 zł.

Mi Band Pulse

Mi Band Pulse

Wbrew pozorom nie jest łatwo znaleźć oficjalne informacje na jej temat jeśli nie znacie chińskiego. Anglojęzyczny opis produktu i specyfikację znajdziecie na stronach xiaomi-mi.com. Nie będę powielał tych informacji, a jedynie po krótce opiszę jak mają się do rzeczywistości, bo nie wszystko jest tak piękne jak opisuje to Xiaomi :-)

Opaski używałem z iPhonem 5:

+ pulsometr działa i to chyba przyzwoicie

Po założeniu Mi Band Pulse i Apple Watcha na jedną rękę wyniki prowadzonych przez kilka minut pomiarów były zbliżone.

pomiaru pulsu można dokonywać tylko „na życzenie”

Nie ma możliwości ustawienia, aby pomiar był dokonywany co jakiś określony czas. Musimy uruchomić aplikację i przejść do odpowiedniej funkcji. Co prawda jednej z nocy po przebudzeniu zauważyłem, że pomiar uruchomił się sam (sygnalizują to migające diody po wewnętrznej stronie opaski), ale nie znalazłem wyników na liście pomiarów, więc pewnie aplikacja wykorzystuje je jedynie do określania „jakości” snu.

+ opaska jest wygodna i odporna na przemoczenie

Mi Band nie jest tak lekki, aby nie było go czuć na ręku, ale też zupełnie nie przeszkadza. Według producenta jest „odporna na zachlapania” i choć nie miałem okazji przetestować jej na basenie to nie zdejmowałem jej idąc pod prysznic i ciągle działa bez zarzutu.

+ wizualnie Mi Band daje radę

Choć ogólnie to nie mój styl to czarna, gumowa, hipoalergiczna opaska wraz ze srebrnym urządzeniem na środku nie wyglądają źle i nie rzucają się w oczy. We wszystkich sklepach, w których widziałem nową Mi Band była sprzedawana z czarną opaską, ale można osobno dokupić oryginalne opaski w innych kolorach oraz dedykowane opaski w przeróżnych stylach. Jeśli będziecie szukać opaski dla siebie to póki co jesteśmy skazani na zagraniczne sklepy czy serwisy typu AliExpress. Co ważne – Mi Band Plus ma odrobinę inne wymiary od swojego poprzednika, więc opaski z pierwszej generacji nie pasują do drugiej.

Mi Band Pulse

Mi Band Pulse

– nie działa na rowerze

Niby oczywiste, w końcu to tylko działający w oparciu o ruchy ręki krokomierz, ale na swojej stronie Xiaomi informuje: „Evening biking? All the better! Do not forget to wear Mi Band, and all the information about your mileage will be displayed on the smartphone screen.”. Może ta opcja jest dostępna tylko na Androidzie, albo czegoś nie ogarnąłem? W iPhonie w żaden sposób nie udało mi się przekonać Mi Fit (oficjalnej aplikacji dla opaski) do zliczania odległości pokonanej na rowerze.

+ bateria to mistrz

Po dwóch dniach BARDZO intensywnego używania – stan baterii wynosił ok. 90%. Pewnie za kilka dni, gdy przestanę bawić się opaską i będę „tylko” jej używać zużycie baterii znacznie się zmniejszy i opaska wytrwa obiecane przez producenta – 3-4 tygodnie i to jest super!

pasek jest zbyt długi dla drobnych kobiet

Pasek, wg. zapewnień producenta powinien być uniwersalny. Na moim ręku zapina się mniej więcej w połowie i jest bardzo ok. Niestety na ręku mojej dziewczyny nawet po maksymalnym skróceniu (ok. 15 cm) jest zbyt luźny i jeśli będzie chciała mieć podobną to bez mechanicznego skrócenia czy poszukania zamiennika się nie obędzie:

Mi Band Pulse

w iOS powiadamianie wibracją tylko o przychodzącym połączeniu

Niestety oryginalne oprogramowanie na iOS pozwala, aby opaska wibrowała powiadamiając nas tylko o przychodzącej rozmowie. Żadne inne notyfikacje na iPhone’ach, np. nowe wiadomości czy inne powiadomienia – nie są obsługiwane. Zdaje się, że aplikacja na Androida ma większe możliwości,  ale akurat nie miałem pod ręką żadnego „robota”, więc nie mogę tego potwierdzić.

+ budzenie wibracją jest bardzo miłe

Oprogramowanie opaski pozwala na ustawienie budzika poprzez wibrowanie opaski o określonej porze i to z kontrolą fazy snu. To działa i nie spodziewałem się, że budzenie przez wibrację na ręku jest o tyle przyjemniejsze od budzenia dźwiękiem :)

automatyczne odblokowywanie ekranu telefonu nie działa w iOS

Nie jest zaskoczeniem, że ta funkcja działa tylko z Androidami (minimum 5.0), ale dodaję tę informację na wypadek, gdyby ktoś po lekturze materiałów reklamowych Xiaomi miał wątpliwości.

ładowanie tylko przez specjalny kabel

Jeśli chcemy naładować Mi Band to wsuwamy go w specjalny kabel. Nie ma możliwości naładowania go typową ładowarką do smartfonów. Zdecydowanie więc lepiej nie zgubić tej ładowarki, przynajmniej dopóki nie są łatwo dostępne w Polsce.

– nie współpracuje z popularnymi aplikacjami, jednak wysyła dane do Apple Health

Niestety, przynajmniej na razie Mi Band współpracuje na iOS tylko z oficjalną aplikacją Mi Fit. Endomondo, RunKepper czy inne popularne na iOS aplikacje do mierzenia aktywności fizycznych nie znajdują opaski i nie pozwalają wykorzystywać jej do liczenia kroków czy pomiarów pulsu. Małym plusem jest wysyłanie danych (kroków, snu, energii i wagi) do aplikacji Zdrowie, czyli oficjalnego Apple Health.

Podsumowując:

Opaska działa i to zdecydowanie najlepsze co możemy dostać w tej, a nawet nieco wyższej kategorii cenowej. To bardzo udany sprzęt, ale póki co mocno kuleje oprogramowanie do niej (zwłaszcza na iOS), które nie wykorzystuje wystarczająco jej możliwości.

Mi Band Pulse pojawił się na rynku niedawno, więc mam nadzieję, że oprogramowanie wkrótce stanie się znacznie bardziej funkcjonalne, zacznie lepiej obsługiwać powiadomienia, a i zewnętrzni twórcy będą mogli dodać obsługę opaski do swoich aplikacji. Gdy tak się stanie będę mógł powiedzieć, że Mi Band Pulse to najlepszy dostępny na rynku monitor aktywności dla niewymagających użytkowników.

Pierwszy raz na rowerze towarowym

Jakiś czas temu na stronie Pełnomocnika Prezydenta m.st. Warszawy ds. komunikacji rowerowej​ przeczytałem, że w Warszawie można za darmo wypożyczać rowery towarowe (tzw. cargo bikes). W tej chwili jest ich 9 i są rozmieszczone w różnych częściach miasta, aby każdy miał do nich możliwie blisko.

Tak się złożyło, że Aga musiała odebrać większe gabarytowo zakupy, więc to była świetna okazja, aby przetestować to rozwiązanie. Upewniliśmy się, że rower jest dostępny w interesującym nas terminie i wybraliśmy się do klubokawiarni Państwomiasto, bo tam mieliśmy najbliżej. Na miejscu wypełniliśmy formularz, otrzymaliśmy kluczyki do zamka​ i ruszyliśmy w drogę.

Okazało się, że na rowerze towarowym jeździ się zaskakująco łatwo. Można nim z powodzeniem przewozić nie tylko zakupy, ale także np. dzieci. Skrzynia w rowerach Urzędu Miasta jest ogromna i wytrzyma nawet do 100 kg, a rower jest tak sprytnie skonstruowany, że nie odczuwa się wiezionego ciężaru, więc jest świetną alternatywą dla kosztownego w utrzymaniu samochodu.

Kto w ogóle chciałby jeździć samochodem, gdy na rowerze jest tyle frajdy?? :-))

My, w drodze po zakupy bawiliśmy się świetnie.

Zdecydowanie polecam! Jeśli ktoś z Was chciałby wypożyczyć rower towarowy w Warszawie to wszystkie potrzebne informacje znajdzie na stronach rowerowych Urzędu Miasta.

Z kolei osoby chcące spotkać ludzi poruszających się na takich rowerach na co dzień i poznać praktyczne zastosowania „cargo bikes” – powinny wybrać się 3 października 2015 r. na CargoWawaFest – I zjazd rowerów towarowych​.

O rowerach towarowych można też poczytać na blogu Jeden samochód mniej.

fot. © Urząd m.st. Warszawy

Serwisy rowerowe w Warszawie

Przez prawie 2 lata od zbudowania Otto Blau jeździłem nim niemal codziennie i miałem okazję odwiedzić kilka serwisów rowerowych. Niestety, przekonałem się na własnej skórze, że tak jak w przypadku serwisów samochodowych, wśród tych dla rowerów także dosyć często zdarzają się niewykwalifikowani mechanicy oraz naciągacze, którzy potrafią doszukać się nieprawidłowego działania sprawnych części lub liczyć sobie absurdalne pieniądze za 5-minutowe przyglądanie się rowerowi nazywając to „przeglądem”.

Z litości dla tych marnych biznesów nie będę wymieniał ich adresów, za to z przyjemnością napiszę, że w stolicy, na szczęście, są także solidne serwisy rowerowe. Na podstawie własnych doświadczeń mogę polecić  dwa z nich, ale nie wątpię, że jest ich więcej, tylko nie miałem okazji do nich trafić.


Pierwsze na mojej liście jest znajdujące się w okolicy metra Słodowiec (ul. Klaudyny 32) – bikerStudio. Jego pracownicy niejednokrotnie udowodnili mi, że serwisowanie roweru nawet na retro częściach nie jest dla nich żadnym problemem, nie trzeba zostawiać u nich całego portfela, a i nigdy nie musiałem szybko do nich wracać.

biker studio

Zdarzało się, że Rafał wybijał mi z głowy pomysły głupich modyfikacji roweru, nawet takie, na których jako firma mogliby zarobić, a Michał ratował mojego Otto, gdy wydawało się, że czekają mnie duże wydatki – na przykład, gdy wpadłem w nocy w tak solidną dziurę, że nie tylko złapałem gumę i lekko skrzywiłem koło, ale w obręczy powstało całkiem spore wgniecenie. Poradzili sobie i z tym!

Są zdecydowanie godni zaufania i polecenia. Choć bliżej mam przynajmniej kilka innych serwisów – bez wahania nadkładam drogi i jadę do nich. Dodatkowo mają super fajną usługę – wypożyczanie rowerów na doby. Zamiast tłuc się Veturilo czy przesiadać do metalowych puszek możecie na czas serwisowania Waszego roweru zgarnąć jeden z ich rowerów testowych. Fajnie, prawda? :)


Drugi serwis to Buacchini biciclette. Bliżej do niego mogą mieć Warszawiacy mieszkający w południowej części miasta, bo umiejscowiony jest na Wawrze. Czasami możliwy jest odbiór roweru wprost spod Waszych drzwi – warto zadzwonić i zapytać. Za tym serwisem stoi nie kto inny jak budowniczy mojego roweru – Kamil „Kams” Błachnio, więc bez wahania mogę go polecić jako porządnego mechanika, który nie zrobi Was „w jajo” i profesjonalnie ogarnie Wasze rowery. Korzystajcie!

Kams


P.S. Zanim wybierzecie się do serwisu koniecznie sprawdźcie czego nie mówić mechanikowi ;-)

fot. tytułowa – Piotr Zięba

O tej, której nie ma

Poniższy wpis to literacka fikcja. Ot wynik zbyt dużej ilości alkoholu i wolnego czasu ;) Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń jest przypadkowe.

Leżałem na podłodze w małym, wynajętym mieszkaniu w Warszawie. Na ostatnim piętrze, z widokiem na wieżowce w Centrum. W środku panował niemal mrok, a jedyne światło dochodziło z latarni za oknem. Przebijając się między żaluzjami tworzyło na suficie długie prostokąty, na które patrzyłem, gdy otwierałem oczy. Na głowie miałem słuchawki wypełnione fortepianem Nilsa Frahma, a w moich myślach płynęły twarze, piersi i dłonie kobiet, z którymi dane mi było kiedyś być. Zastanawiałem się co we mnie zmieniły, co obudziły i jak wiele błędów z nimi popełniłem. Czy któraś z nich była idealna? – Na pewno nie. Czy żałuję, że z którąś z nich już nie jestem? Jakie cechy powinna mieć idealna dla mnie kobieta? Które cechy moich partnerek lubiłem najbardziej?

Powinna być wrażliwa. Może nawet nieco nadwrażliwa – pomyślałem. Chyba powinna też czuć sztukę w każdym wydaniu, choć ja sam potrafię poczuć tylko muzykę, słowa, filmy i zdjęcia. Niech lubi zwierzęta i najlepiej jak ja niech ich nie je, ale nie chciałbym, aby wytaczała wojny tym, którzy to robią. Niech będzie raczej introwertyczna, ale nie niemożliwa do otwarcia się przede mną. Niech dzieli się ze mną tym, co budzi w niej emocje. Niech inspiruje. I niech mówi poprawną polszczyzną, nie używa niepotrzebnie zdrobnień i niech nie robi błędów ortograficznych. Niech dostrzega i cieszy się z małych przyjemności. I niech obejmuje mnie „tak rozpaczliwie przez sen”.  I niech będzie empatyczna, szanuje innych ludzi i niech będzie dla nich dobra. Niech lubi celebrować winem i papierosami, albo oduczy mnie palić i pić w ogóle. Niech wpada czasami w melancholię i w pasję, gdy przypomni sobie czegoś fragment i szuka jego źródła. Niech nie wstydzi się przy mnie swej nagości i niech będzie głośno, gdy się ze mną kocha. Niech nie obawia się mówić mi, czego potrzebuje i niech pamięta, że choć czasami nie będę się z nią zgadzał, to zawsze będę po jej stronie. Niech będzie zazdrosna i niech to pokazuje. Niech jeździ na rowerze i kocha swój rower i wolność, którą daje. Gdyby czasami ze mną biegała byłoby mi miło bardzo. Niech łatwo, ale niepretensjonalnie się wzrusza.

Kiedyś wydawało mi się, że żaden z moich związków nie przetrwał dłużej niż 2-3 lata, bo spotykałem się z trudnymi kobietami – takimi, które mają dużo nie tylko egzystencjalnych problemów. Dla których mogę być wsparciem i czuć się im potrzebny. W których emocje – także te złe – często szaleją. I choć z niektórymi z nich byłem krótszymi i dłuższymi chwilami byłem szczęśliwy kompletnie to postanowiłem (tak, byłem już na tyle „dorosły”, że mogłem to postanowić) zacząć spotykać się z kimś, kto będzie znacznie prostszy, bezproblemowy i tak zwyczajnie – radosny życiowo, jak wiele osób myśli o mnie.

Gdy jednak spotkałem taką kobietę okazało się, że ona nie potrafi „tak rozpaczliwie obejmować przez sen”. Że brakuje mi w niej emocji, które mógłbym przyjmować od

niej, dodawać swoje i oddawać w zabójczej mieszance, która

 jak kilka kolejek Long Island Ice Tea powalałaby ich oboje na ziemię. Najwyraźniej ich siła, dojrzałość i intensywność, biorą się w jakiejś mierze z egzystencjalnych problemów, z ich roztrząsania w sobie. Ich brak, brak myślenia siebie, także krytycznie, może sprawiać, że ludzie nie znają i nie potrafią tworzyć tych emocji. I, choć próbowałem obudzić je w tej radosnej kobiecie, którą poznałem, na nic się to zdało i czułem się przy niej, jakbyśmy rozmawiali tylko o pogodzie. Zacząłem mieć wyrzuty sumienia, że zbyt wiele od niej oczekuję i zbyt intensywnie analizuję każde jej słowo i gest doszukując się w nich drugiego dna, inteligentnie przekazanych emocji, których… jednak nie było.

Postanowiłem oddalić się. Nie tylko od niej, ale w ogóle od damsko-męskich relacji. Nie pierwszy raz zresztą. Zacząłem rozumieć, że to nie z tymi kobietami było coś nie tak, tylko stworzyłem potrzeby niemożliwe do spełnienia, bo wykluczające się nawzajem. Jaki wpływ na to miała kultura? Które wzorce skierowały mnie na drogę człowieka niepotrafiącego zbudować trwałej relacji? Może to dlatego, że dorastałem na przegadanym i wyidealizowanym „Dawson’s Creek”, a jednocześnie wielbiłem twórczość Nicka Cave’a i Toola?

Choć czasami czuję się samotny, to potrafię zapanować nad tym uczuciem i na co dzień czuję się dobrze, bardzo dobrze. Może jest to możliwe i wystarczy odciąć się od „myślenia siebie”, po prostu żyć zamiast myśleć o tym jak żyję?

Jak większość z nas chciałbym zakochać się, tak bardzo intensywnie jak mi się już zdarzało, ale nie muszę. Zwłaszcza, że kończenie z nieracjonalnych przyczyn każdego związku, w którym byłem, zawsze odbierało mi część poczucia, że jestem dobrym człowiekiem. Bardzo chcę nim pozostać.

O uśmiechaniu się do nieznajomych i „rogalu” na twarzy Gąski

Często bez powodu uśmiecham się do nieznajomych. Może robię to dlatego, bo całkiem nieźle wychodzi mi bycie szczęśliwym człowiekiem, albo po prostu… mam trochę nie po kolei w głowie. Tak czy inaczej jest to przypadłość na tyle rzadko spotykana, że mogę tylko domyślać się, co chodzi po głowach osób, które mijam:

– Co ten gość brał? – Jakiś stuknięty typ. – Czy ja go w ogóle znam? – Z czego on się tak cieszy? – Zrobiłam coś zabawnego? – Chyba mu się podobam.

Ludzie, do których się uśmiecham czasami mnie ignorują, ale częściej odpowiadają uśmiechem. Najbardziej przechlapane mają rowerzystki, które mijam na Otto Blau, bo gdy jeżdżę rowerem, zwykle aż kipi ze mnie radość, energia i dobre samopoczucie, ale to już temat na inny monolog.

Gdy po raz pierwszy spotkałem Martę zwaną Gąską wręcz uderzyła mnie jej pozytywna energia. Od razu wiedziałem, że to nie jest nasze ostatnie spotkanie, jednak dopiero rok później udało nam się wybrać na wycieczkę rowerową, podczas której w kilka minut powstała spontaniczna, jesienna seria zdjęć. Poznajcie Gąskę i jej zaraźliwy, czarujący uśmiech:

Processed with VSCOcam with e8 preset

Processed with VSCOcam with e8 preset

Processed with VSCOcam with e8 preset

Processed with VSCOcam with e8 preset

Processed with VSCOcam with e8 preset

Processed with VSCOcam with e8 preset

Processed with VSCOcam with e8 preset

Processed with VSCOcam with e8 preset

Processed with VSCOcam with e8 preset

Processed with VSCOcam with e8 preset

Processed with VSCOcam with e8 preset

Processed with VSCOcam with e8 preset

Processed with VSCOcam with e8 preset

Processed with VSCOcam with e8 preset
Processed with VSCOcam with e8 preset

Processed with VSCOcam with e8 preset

Oprócz tego, że ta naturalna dziewczyna ma w sobie mnóstwo pozytywnej energii, słucha też niezłej muzyki, jeździ na rowerze i robi to z niesamowitą radością! Zobaczcie sami:

Może powiecie, że jestem naiwny, ale jestem przekonany, że gdybyśmy spotykali na co dzień więcej tak pozytywnych i serdecznie nastawionych ludzi to wszyscy czulibyśmy się szczęśliwsi i tego nam – zupełnie bez okazji – życzę :-)