Artur Grabias

Geek z sercem humanisty 🤓📖

Projekt i budowanie roweru (ostre koło / single speed)

szukasz serwisu rowerowego w Warszawie?

Nareszcie nadszedł czas urzeczywistniania projektu, który chodzi mi po głowie już od dawna: zamierzam zbudować dla siebie rower, zupełnie od podstaw, z każdym podzespołem dobranym wedle własnego gustu. Rower, który z pewnością będzie „oczkiem w głowie tatusia”.

Od kilku miesięcy kolekcjonowałem zdjęcia rowerów, ale niestety mam jedynie stopień „młodszego mechanika rowerowego” ;-), więc zbudowanie go zamierzam powierzyć specjalistom. Poszukiwałem ekipy, która w okresie kwiecień/maj miałaby siły, czas i chęci do zrealizowania ciekawego projektu rowerowego. Oprócz przeznaczonego głównie dla nich opisu projektu poniżej, zamierzam zamieszczać tu relację z budowania roweru, a także opisy problemów i dylematów, na które zapewne trafimy podczas budowania.

PLAN DZIAŁAŃ:

1. Roboczy projekt roweru
2. Znalezienie budowniczego
3. Ponowne oszacowanie możliwości
4. Znalezienie, zakup i przygotowanie ramy
5. Znalezienie i przygotowanie pozostałych części
a) koła (obręcze, piasty, szprychy, opony, zębatka i wolnobieg)
b) siodło i sztyca
c) kierownica i chwyty
d) hamulce i klamki
e) pedały i noski
f) korba
g) łańcuch
h) stery
i) pozostałe
6. Złożenie roweru i regulacje


 1. Roboczy projekt roweru

(14 kwietnia 2013)

Do rzeczy. Poniżej postarałem się możliwie dokładnie opisać to, co chciałbym złożyć. Wszystkie zdjęcia mają charakter poglądowy – pokazują raczej styl/typ/kolorystykę podzespołów, które mnie zainteresowały, a nie odwzorowują dokładnie tego, czego szukam czy tym bardziej marki poszczególnych części. Innymi słowy to projekt, który jeszcze nie jest zamknięty i jestem otwarty na propozycje zmian :-) Przyjmuję na klatę wszelkie konstruktywne uwagi. Poszczególne części nie muszą być nowe, niech jednak będą w bardzo dobrym stanie. Zdaję sobie sprawę, że z tym budżetem nie złożę Kinfolka za 6k, ale mam nadzieję być możliwie blisko ;-)

Maksymalny budżet:
3 000 PLN

RAMA:

  • rura podsiodłowa: 53 lub 54 cm (wzrost 176 cm, dł. nogi 78 cm)
  • odrestaurowanie/przemalowanie starej ramy jak najbardziej ok
  • aluminium i karbon odpada, poproszę klasyczną stal
  • brak lub usunięte przelotki na linkę w górnej części ramy (chcę czasami powozić na niej dziewczyny ;-) )
  • kolor: niejaskrawa zieleń, najchętniej zbliżony do koloru poniżej, raczej metalik, ale inne odcienie zieleni czy kolory/mat też wchodzą w grę:

3

  • srebrny widelec:

4

KIEROWNICA:

  • baranie rogi, chromowana, podobna do tej:

5

  • Owijka/chwyty również tylko w dolnej części kierownicy – jak na zdjęciu powyżej, ale kolor owijki/chwytów: miodowy lub w innym odcieniu brązu (w kolorze siodła i pasków na noskach). Np.:

6

 SIODŁO:

  • miodowy i inne odcienie brązu, w stylu sportowego Brooksa…

7

jednak raczej nie Brooks (pomijając już cenę, zbyt kuszą, a siodło i łatwo skroić na mieście :/)
srebrne nity mile widziane

SZTYCA:

  • kolor: srebrny, poniższa byłaby idealna, ale chyba nie jest łatwo ją zdobyć i nie jest to mój „must have”:

9

HAMULCE:

  • srebrne, przód i tył
  • montaż i typ najlepiej jak na zdjęciu, jednak zgodnie z uwagą w sekcji „rama”:

10

11

KOŁA 28″:

  • obręcze: wysoki stożek, srebrne
  • szprychy, piasty: srebrne, w tym stylu:

34_3

  • opony: całe czarne, 700x23c

PEDAŁY:

  • klasyczne, miejskie
  • kolor: srebrne, w tym stylu:

13

  • noski – srebrne, paski – miodowe/brązowe (w kolorze siodła):

14

KORBA:

  • jednorzędowa, srebrna
  • łańcuch: srebrny

15

 MOSTEK, STERY, ZĘBATKI:

  • srebrne

Raczej wiem, czego chcę w kwestii wyglądu roweru. Z kolei jeśli chodzi o techniczną stronę, marki i rodzaje poszczególnych komponentów to liczę na pomoc i doradztwo ekipy budującej :-)


2. Znalezienie budowniczego

(15 kwietnia 2013)

Jakie cechy powinny mieć osoby składające mój rower? Oczywiście podstawa to ogromna wiedza w temacie, znajomość rynku, cen, niuansów, doświadczenie i zaangażowanie w tworzeniu tego niecodziennego projektu. Zależy mi na kimś, kto nie tylko złoży rower „taki, jakiego chciał klient”, ale będzie też pełnił rolę doradczą i wybijał z głowy kiepskie pomysły. Ważne jest dla mnie, aby ten ktoś traktował projekt jako coś osobistego i dążył do tego, aby obie strony chciały pochwalić się efektem końcowym, choć oczywiście tylko ja zabiorę ten efekt końcowy do domu ;-)

Te wszystkie działania to także biznes. Zdaję sobie sprawę, że płacę nie tylko za poszczególne części i złożenie roweru, ale i za doradztwo, więc potrzebna jest osoba, która nie wykorzysta w negatywny sposób swojej wiedzy i podejdzie fair także do rozliczenia kosztów. Oczywiście najlepiej byłoby, aby był to ktoś zaufany i znany od dawna, jednak po przejrzeniu listy kontaktów nie udało mi się kogoś takiego znaleźć, więc musiałem poszukać inaczej. Spróbowałem m.in. postawić na rekomendacje innych wysyłając zapytania na forach tematycznych. Wyszedłem z założenia, że anonimowe polecenia innych specjalistów mogą się sprawdzić, a i możliwość wpływania na szeroko rozumianą reputację danej osoby oraz weryfikowanie i dyskutowanie propozycji na forum będą przydatne do działań kontrolnych.

Dodatkowo zapytania wysłałem także do kilku lepiej mi znanych, warszawskich firm zajmujących się składaniem rowerów na życzenie klienta – ich usługi zapewniają doświadczenie i prawidłowe formalne rozliczenie, mogą jednak nie zapewniać poszukiwanego przeze mnie zaangażowania i indywidualnego podejścia. Wygląda na to, że obsługa klienta i „customer experience” mają duże znaczenie i w tym przypadku :-)

(16 kwietnia 2013)

Zapytania do firm rowerowych nie spotkały się z oczekiwanym przeze mnie rezultatem. Schematyczne odpowiedzi i wrażenie, że zostały udzielone bez najmniejszego entuzjazmu przeciągnęły szalę na stronę niezależnych specjalistów. Po spotkaniu się z jednym z nich, którego wiedza została zweryfikowana w środowiskach ostrokołowych podjąłem wstępną decyzję o współpracy. Wstępną, bo przyjęliśmy rozliczenie krokowe: zrezygnowaliśmy z tradycyjnego modelu: zaliczka – złożenie roweru – zatwierdzenie i cała kwota, na rzecz rozliczania kosztów przy każdym zakupie części. Dzięki temu, w razie, gdybyśmy trafili na niemożliwe do ominięcia punkty sporne – nie będziemy zmuszeni do współpracy i „Bob Budowniczy” będzie mógł się uwolnić ode mnie, a ja przenieść swój projekt gdzie indziej. Póki co wygląda jednak na to, że obaj jesteśmy nastawieni pozytywnie i mamy duże szanse na wspólne ukończenie projektu.

Z przyjemnością oznajmiam, że do projektu udało mi się przekonać człowieka, który w forumowym światku ostrokołowym jest uważany za jedną z najzdolniejszych i najbardziej merytorycznych osób w zakresie technicznej budowy tego typu rowerów. Od tej pory projekt współtworzy ze mną Kams z Buacchini biciclette i mam wielkie nadzieje na inspirującą i owocną współpracę. Wkrótce pierwsze dylematy i nowe pomysły po zwalidowaniu projektu.


3. Ponowne oszacowanie możliwości

(17 kwietnia 2013)

Mając już opisane wyobrażenie roweru musiałem przedstawić je Kamsowi, którego głównym zadaniem na tym etapie było zweryfikowanie czy mój mockup da się zamienić w realny produkt i czy koszt nie przekroczy budżetu.  Okazało się, że „tragedii nie będzie” ;-)

Byłem w szoku, gdy Kamil już na pierwszy rzut oka potrafił ocenić wartość i markę upatrzonych przeze mnie części, które jedną po drugiej pokazywałem mu na przypadkowych zdjęciach, a także zaproponować alternatywy, również pod względem estetyki.

Uogólniając, jeśli założymy użycie odrestaurowanej retro ramy to powinniśmy zmieścić się w budżecie z całkiem fajnymi podzespołami. Przy okazji poznałem parę nowych kolorów z tzw. palety RAL, wykorzystywanej głównie przez lakierników, a nawet wizualnie zmienił się nieco mój pomysł na rower. Po spotkaniu z Kamilem uzgodniliśmy poniższy, wstępny koncept sprzętowy:

  • rama 53 lub 54 cm, raczej klasyczna szosowa do odmalowania, ze srebrnym widelcem i przelotkami od spodu rury lub wewnątrz niej (wybór marki i stanu technicznego pozostawiam w całości Kamsowi)
  • metaliczny kolor ramy:

RAL 5025:

ral_metal_5025

 

 

 

 

lub RAL 6036:

ral_metal_6036

 

 

 

 

  • nowe koła: wysokie piasty (Sturmey Archer), obręcze srebrne polerowane z wysokim (30 mm, Archetype) lub tradycyjnym stożkiem
  • siodło: używany, brązowy/miodowy Brooks lub w podobnej kolorystyce San Marco Regal:

smregal

  • sztyca Miche

reggisella-miche_f_1_564_1

  • srebrna kierownica Nitto, ze względu na cenę raczej będziemy szukać używanej:

nitto

  • brązowe/miodowe chwyty (w kolorze siodła)
  • klamki hamulcowe BLB – muszą być krótkie, aby zmieściły się na kierownicy Nitto

BLB_BLevers_-_Silver_1WEB

  • czarne opony Vittoria (rozważamy również jasne brzegi, ale mam bardzo złe doświadczenia z ich czyszczeniem w przeszłości, więc póki co zostajemy przy czarnych)

4. Znalezienie i przygotowanie ramy

(19 kwietnia 2013)

wymagania wobec ramy

Zadanie: wspólnie z Kamsem znaleźć odpowiedni „kręgosłup”, na którym zbudujemy rower. Przed rozpoczęciem poszukiwań należało zdefiniować wymagania:

a) wielkość ramy w rowerze

To jedna z najważniejszych, jeśli nie najważniejsza jej cecha. Od niej zależy nie tylko wygoda, ale i bezpieczeństwo jeżdżenia na rowerze, więc warto starannie ją dobrać do własnych wymiarów. Najbardziej istotne są nasz wzrost oraz długość nóg. Jako rozmiar ramy najczęściej uznaje się długość jej rury podsiodłowej mierzonej do środka sąsiadujących rurek (center-center, czyli C-C), wartość jest zwykle podawana w centymetrach:

rozmiar ramy roweru szosowego

Zwróćcie uwagę, że czasami podawane są wartości C-T (center-top), czyli mierzone od środka rury na dole ramy do szczytu rury podsiodłowej. To robi różnicę. W pomiarach posługujemy się wartością C-C.

Skąd wiedzieć jaki rozmiar ramy powinniśmy wybrać? W przypadku rowerów szosowych najczęściej wystarczy zmierzyć „długość swojej nogi” („L”) interpretowaną jako odległość od krocza do ziemi:

inseam-example

a następnie skorzystać z prostego kalkulatora, takiego jak na przykład ten, w którym wybieramy swoją płeć, następnie podajemy wzrost oraz wspomnianą powyżej „długość nóg” i klikamy w przycisk „Calculate”. Po chwili otrzymamy wynik z teoretycznie najlepszym dla nas rozmiarem ramy. Zwróćcie uwagę, że ważny jest każdy centymetr, więc warto przyłożyć się do mierzenia własnego ciała i zrobić to jak najdokładniej. Ważne, że kalkulator wskazuje długość ramy podsiodłowej dla roweru szosowego. W przypadku innych typów rowerów wyliczenia mogą być nieco inne (link).

Oczywiście jeśli to możliwe warto i tak „przymierzyć” ramę przed zakupem wybierając się na jazdę testową bo i nasze wymiary i wymiary ramy mogą być nieco nietypowe. W moim przypadku, przy wzroście 176 cm i długości nogi 78 cm kalkulator zaproponował ramę 53 cm. W tej chwili jeżdżę na co dzień na ramie 55 cm i jest tylko odrobinę za duża, co niestety zdarzyło mi się boleśnie odczuć spadając na nią ;-), więc poszukiwaliśmy ramy w rozmiarze 53 lub 54 cm.

| Update: z perspektywy czasu rama 54 cm była dla mnie jednak ciut za duża i ledwie sięgałem nogą do ziemi siedząc na siodle, więc moja kolejna będzie mniejsza. |

W sieci można znaleźć znacznie bardziej zaawansowane kalkulatory, maniaków mierzenia zapraszam na przykład tutaj.

b) typ ramy

Wykorzystuję rower niemal wyłącznie do jazdy po mieście. Warszawskie Śródmieście, po którym przemieszczam się najczęściej prawie nie ma infrastruktury rowerowej, więc zwykle włączam się do regularnego ruchu samochodowego. Czasami mam wrażenie, że to walka o przeżycie z kierowcami samochodów, ale cóż… dodatkowa dawka adrenaliny chyba mi nie zaszkodzi ;-)

Jazda po kilku-pasmowych jezdniach z samochodami wymusza dosyć dużą szybkość, ale za to problem z dziurawą nawierzchnią jest mniejszy niż na drogach rowerowych czy chodnikach. W moim przypadku idealnym wyborem wydaje się więc rower szosowy. Po ponad roku jeżdżenia właśnie takim rowerem potwierdzam tę tezę oraz dodam, że choć obecnie mam przerzutki to rzadko korzystam z więcej niż 1-2, za to ich konserwacja jest dosyć pracochłonna  a używanie nie dostarcza najlepszych wrażeń, więc rama powinna być przystosowana do napędu typu „ostre koło” czy „single speed”.

Projekt, który przedstawiłem wskazywał na klasyczną ramę rowerów szosowych z lat 70′-80′. Przez moment rozważaliśmy jeszcze ramy torowe, ale mój sentyment do retro jednak nie dał za wygraną i pozostaliśmy przy klasyce.

c) wygląd i inne

Kwestię wizualnego wyglądu ramy rozwiązaliśmy w zasadzie już podczas pierwszego omawiania projektu. Wiedzieliśmy, że będziemy szukać metalowej retro ramy „z duszą” do odrestaurowania i nałożenia nowego lakieru, więc nie musieliśmy się przejmować obecnym kolorem. Zależało mi za to, aby rama miała chromowany widelec, który będzie pasował do innych srebrnych elementów: m.in. kierownicy i korby.

Dodatkowo chciałem, aby przelotki do zamontowania tylnej linki hamulcowej znajdowały się pod spodem poziomej ramy lub aby linka mogła być przeciągnięta wewnątrz ramy. W grę wchodziło także, ale tylko w ostateczności usunięcie przelotek z górnej części ramy i zastąpienie ich linkami zaciskowymi. Chcę zbyt wiele? To się okaże :-)

poszukiwania ramy

(23 kwietnia 2013)

Gdy już wiedzieliśmy czego szukamy mogliśmy z Kamsem zacząć się rozglądać.  Dodałem ogłoszenia na forach rowerowych i w grupach tematycznych na Facebooku (największa to Velo Warsaw), zacząłem śledzić przez RSS nowe aukcje pojawiające się w kategorii „Ramy” na Allegro i wysłałem zapytania do serwisów rowerowych.

Tymczasem Kams zrobił „szybki research allegrowy” i od razu trafił na kilka ciekawych opcji. Wśród nich była wydająca się być w bardzo dobrym stanie retro rama Klamer w rozmiarze 54 cm (C-C), na rurkach Columbusa SL łączonych z użyciem mufek Bocama, z przelotkami na linki hamulcowe w dolnej części ramy poziomej i chromowanym widelcem:

084

092

088

086

Niestety rama była we Wrocławiu przez co Kams nie mógł sprawdzić jej stanu osobiście, ale jako jedyna od razu spodobała się nam obu i oczyma wyobraźni już widzieliśmy ją w naszym projekcie. Licytowaliśmy do końca aukcji i wczoraj, ku naszej radości udało się ją wygrać. Lada dzień rama powinna dotrzeć do Wawy i jeśli wszystko będzie z nią ok to teraz już powinno być z górki :))

(24 kwietnia 2013)

Rama dotarła. Szczęśliwie wszystko z nią ok. Okazało się, że oprócz przedniego widelca w chromie są też dolne rurki tylnego, na co wcześniej nie zwróciłem uwagi i takimi je zostawimy. Do tego postanowiliśmy użyć do malowania lakieru samochodowego, co będzie kosztowało nieco więcej, ale powinno dać ciekawszy efekt. Kams jara się, że rama jest zaskakująco lekka. Ja też, bo takie już uroki Wawy, że czasami trzeba rower ponosić na plecach ;-) Ze względu na natłok pracy u Kamsa wstrzymujemy się z renowacją ramy do 29 kwietnia…

ostateczny wybór koloru ramy

(30 kwietnia 2013)

Nareszcie wróciliśmy do projektu i powiadam Wam – wybranie lakieru to nie jest prosta sprawa! Zwłaszcza, gdy musimy zrobić to zdalnie ;-) Już wcześniej zdecydowaliśmy się na autolakier, a że Kams mógł zapewnić duży wybór jeśli chodzi o lakiery z samochodowej palety barw BMW to wybraliśmy ją, aby nie robić sobie dodatkowych trudności. Pierwsze propozycje:

islandgruen (273)

islandgruen

lagunengruen (266)

Lagunengruen

oxfordgruen (324)

oxfordgruen

Już po tych propozycjach wiedziałem, że będzie dobrze. Przejrzałem zdjęcia aut pomalowanych tymi lakierami i zaproponowałem pójście bardziej w niebiesko-morski:

nachtblau (040)

nachtblau

Kams mnie uświadamia, że ten kolor wyszedłby zbyt ciemny i lakier na rowerze będzie miał nieco inny odcień niż na samochodzie. Proponuję więc jaśniejszy kolor, którego nawet nazwa mi się podoba:

mysticblau (WA07)

mysticblau

Kams stwierdza, że „mystic niczego sobie” i dodaje, że na próbniku fajnie wygląda też wpadający w niebieski:

topasblau (364)

topasblau

Mimo, że barwa na pierwszy rzut oka wydawała się zdecydowanie zbyt ciemna i niezbyt wyrazista, obejrzałem samochody pomalowane tym kolorem i stwierdziłem, że ten mi również pasuje. Wieczorem na swojej rowerowej stronie Buacchini biciclette, Kams zamieścił zdjęcie BMW:

168842_511732742207378_781072911_n

Wygrywa topasblau! Jeśli uda się uzyskać podobny efekt jak na zdjęciu to będzie doskonale! Już się nie mogę doczekać zobaczenia ramy po lakierowaniu i na pewno zamieszczę zdjęcia tutaj. Tymczasem Kams bawi się w garażu tlenem i acetylenem i za ich pomocą pozbywa się niepotrzebnych elementów ramy: haków przerzutek i innych pozostałości po „szosowości” ramy.

|Update: po blisko 4 latach, gdy oddawałem ramę do malowania okazało się, że w miejscu, gdzie były zaczepy na bidon powstały spore pęknięcia i dalsze używanie ramy może być niebezpieczne. Z perspektywy czasu usuwanie zbędnych elementów nie było więc najlepszym pomysłem. Niektórzy twierdzą, że pęknięcia powstały ponieważ zostały zaspawane, zamiast zostać zalutowane, ale nie mam wystarczającej wiedzy, aby to potwierdzić i drugi raz bym się na to nie zdecydował.|



5. Znalezienie i przygotowanie pozostałych części

(27 kwietnia 2013)

Rama czeka na renowację, a w warszawskim Asphalt Bikes (R.I.P.) pojawiły się krótkie, srebrne, zapinane klamki 8bar w rozmiarze 23,8 mm – łudząco podobne do klamek BLB, które planowaliśmy kupić i równie eleganckie. Skoro były na miejscu podjęliśmy szybką decyzję i zgarnęliśmy je ze sklepu (lewą i prawą). Czekają już na pozostałe elementy:

arturgrabias.com

(30 kwietnia 2013)

Miałem wiele wątpliwości odnośnie siodła. Od początku nie chciałem nic drogiego i rzucającego się w oczy, bo siodło to jeden z tych elementów roweru, którego nie sposób zabezpieczyć przed kradzieżą. Rozglądaliśmy się więc za używanym, „przybrudzonym” Brooksem lub San Marco Regal. Byliśmy zgodni odnośnie koloru: brązowy lub jego odcień, np. miodowy. Szperając po sieci trafiliśmy m.in. na aukcję Dawida, w której można było kupić co prawda nadgryzione zębem czasu, ale przez to bardzo klimatyczne, brązowe siodło Regal. Jest ciągle na sprzedaż, a zainteresowani znajdą namiary na właściciela na stronie aukcji. Niewykluczone, że sam bym się na nie zdecydował gdyby nie to, że w sieci sklepów rowerowysklep.com znalazłem miodowego Brooksa Team Pro Classic :-) Obaj z Kamsem stwierdziliśmy, że doskonale by pasowało do naszego projektu, więc skorzystaliśmy z okazji i czeka już na mojej półce na pozostałe elementy :)

brooks

Trzymajcie kciuki, abym nie pożałował tego zakupu i wracając po rower nie zastał go kiedyś bez siodła! ;-)

|Update: w ciągu blisko 4 lat zostawiałem rower w różnych miejscach i nie przypinałem go linką, a mimo to nikt się na nie „nie połasił”, więc moje obawy chyba nie były uzasadnione.|

(7 maja 2013)

Ech… Nie spodziewałem się, że budowanie roweru będzie tak długo trwać. Kams śmieje się ze mnie i twierdzi, że to i tak bardzo krótko, ale ja już tak bardzo chcę zobaczyć efekt końcowy! :) Już nie mogę się doczekać jego ukończenia zwłaszcza, że moja retro Motobecane sprawia problemy i czym prędzej musi przejść naprawy. W najlepszym wypadku tylko wymianę łożysk w tylnej piaście, a w najgorszym całego tylnego koła :( Tymczasem zdecydowaliśmy się na obręcze, których Kams użyje do zaplecenia kół. Zależało nam na czymś bardzo klasycznym i wybór padł na srebrne Mavic Open Sport (32 otwory):

Mavic Open Sport Silver Road Rim

Nieco krzywiłem się na widok „rowka bezpieczeństwa” znajdującego się na bokach obręczy i mającego pokazywać zużycie powierzchni hamującej, ale ostatecznie to mimo wszystko był najlepszy wybór w stosunku jakość/cena, więc zamówiliśmy je i lada dzień powinny być u nas. Koła zostaną zbudowane na piastach Sturmey Archer HBT.

(9 maja 2013)

Kierownica Nitto miała zostać przez Kamsa sprowadzona z Japonii, ale niestety czas realizacji tego zamówienia potwornie się wydłużał. Buszując po Allegro, zupełnie przypadkiem trafiłem na kierownicę, która kształtem jest zbliżona do Nitto:

shapeimage_1

Modolo Pista z aukcji była tylko w wersji o szerokości 42 cm, więc to jedna z najszerszych dostępnych. Ma to wpływ na wygodę jej trzymania i najlepiej, aby szerokość kierownicy była zbliżona do szerokości naszych barków (mierzonej środek ramienia – środek ramienia).

W tym przypadku miałem szczęście, bo szerokość Modolo z aukcji rzeczywiście była zbliżona do szerokości moich barków. Minus jest taki, że rama roweru nie jest zbyt duża, więc tak szeroka kierownica może sprawiać wrażenie nieco nieproporcjonalnej. Mimo to spodobała się nam obu, może nawet bardziej niż typowy dla ostrego koła Nitto, więc zdecydowaliśmy się na jej zgarnięcie i czeka już w moim mieszkaniu na ramę. Jest tak lekka, że gdy ją odbierałem przeszło mi przez myśl, że pudełko od doręczyciela jest puste ;-)

Jako sympatyczną ciekawostkę dodam, że od anonimowego do tej pory sprzedającego po zakupie kierownicy otrzymałem taką wiadomość:

Witam. Kierownicę wysłałem o godzinie 11:00. Powinna być jutro u Pana. Nie spodziewałem się, że akurat Pan zakupi u mnie kierownicę. Cała moja przygoda z klasykami i szosą zaczęła się od Pańskiego bloga na temat Motobecane Prestige.

Sympatyczny zbieg okoliczności, prawda? :)

(12 maja 2013)

Dziś, w warszawskim klubie 1500m2 odbywały się targi rowerowo-modowe. Zachęcony ilością wystawców zajrzałem na nie na moment licząc na to, że pomiędzy dziewczyńskimi ubrankami w rowerowe wzory uda się znaleźć też coś, co nieźle będzie prezentowało się na naszym rowerze.

Szczęśliwie udało się dopaść chromowane noski i miodowe paski. Cieszę się głównie z tych drugich, bo od przynajmniej 2 tygodni buszowałem po aukcjach i sklepach internetowych w poszukiwaniu miodowych pasków do nosków i byłem już nieco zrezygnowany, bo to niby drobiazg, a w tym odcieniu dostępne były tylko paski Brooksa za ok. 120 zł, co jak za 2 wąskie kawałki skóry jest mocną przesadą, prawda? :)

Noski i paski znalazłem na stoisku bikerStudio. Przy okazji znowu spotkałem ekipę Asphalt Bikes i zgarnąłem od nich przezroczyste lampki Knog Frog Strobe. Oto niedzielne zdobycze:

photo

Kams zaplata koła, a w międzyczasie obaj poszukujemy jakiejś klasycznej, ciekawej korby. Mając już mocno ograniczony budżet to zadanie okazuje się nie należeć do najłatwiejszych, ale wierzę, że lada dzień uda się zdobyć i ją :)

(13 maja 2013)

Prace nad projektem przyśpieszają, co mnie bardzo cieszy! Niestety to, że kończy się budżet już niekoniecznie ;-) Dziś przyszły zamówione w ubiegłym tygodniu na Allegro hamulce. Wygrzebał je Kams i chyba nikogo, kto go zna nie zdziwi, że są… włoskie. Choć raczej nie należą do najporządniejszych i pewnie za jakiś czas je wymienię, to nowe, srebrne hamulce Gipiemme już z daleka pachną retro i mi także się spodobały. I ta ostro zakończona nakrętka!

gipiemme

Dodatkowo skorzystałem ze zniżki, którą w ramach świętowania swoich 2 urodzin zaoferowała ekipa Asphalt Bikes i skusiłem się w końcu na srebrne, klasyczne, torowe pedały MKS Sylvan Track. Świetnie komponują się z nabytymi wczoraj noskami i paskami!

mks

(18 maja 2013)

Mamy korbę! :D Kams wynalazł na Allegro japońskie, srebrne retro Sakae/Ringo (SR). Ponoć jest wzorowana na starym Campagnolo i Shimano 600. Najważniejsze jednak, że jest w świetnym stanie (zwłaszcza, że zapewne pochodzi z lat 70/80) i będzie pasować do naszego projektu (zdjęcie pochodzi z aukcji):

SR Sakae crankset

Długość ramion 170 mm. Kams mówi, że SR bezczelnie skopiowali korbę Campagnolo, ale za to poprawili wadę, która w oryginale mogła powodować pękanie korby. Najważniejsze, że w przyszłości nie będzie problemów z ewentualnym znalezieniem nowych blatów dla tego standardu. Obecne mają rozmiar 42/52 (który zdjąć? temat kadencji musimy jeszcze przedyskutować).

Najbardziej cieszy mnie znalezienie korby, ale listę części rowerowych uzupełniliśmy także o francuskie opony szosowe z beżowym brzegiem – Michelin Dynamic Classic. Rozmiar 622/23 C.

michelin

|Update: Z perspektywy czasu zakup budżetowych opon okazał się jednym z najgorszych pomysłów. Jeździłem sporo i po kilka razy w miesiącu łapałem w nich gumę. Nerwy, stracony czas i zakup nowych dętek czy łatek to o wiele, WIELE większe koszty niż inwestycja w lepsze opony. Zdecydowanie kupujcie od razu coś, co w charakterystyce przy wartości TPI ma więcej niż 100, bo to ta wartość w głównej mierze decyduje o łatwości przebicia opony. Michelin Dynamic Classic za 50 zł ma TPI 30, a np. Continental Grand Prix Classic za 130 zł – właśnie ponad 100. Te pierwsze łapały gumę kilka razy w miesiącu. Na CGPC pierwszą gumę złapałem po… ok. 1,5 roku używania. Muszę pisać coś jeszcze? :)|

Na liście zakupów pozostały: mostek, sztyca, linki i pancerze, dętki, suport, stery i łańcuch :)

(20 maja 2013)

Kilka dni temu widziałem się z Kamsem i przekazałem mu części, które czekały u mnie. Potwierdziłem, że na pewno chcę mieć przełożenie typu flip-flop, dzięki któremu w zależności od strony, którą założę koło rower będzie mógł być typowym ostrym kołem lub mieć napęd typu wolnobieg.

Przy okazji podjęliśmy decyzję odnośnie korby i kadencji: zostawiamy większy blat (52) i aby uzyskać odpowiednik przełożenia 46-16, na tylne koło zakładamy zębatkę 18-tkę oraz po drugiej stronie piasty wolnobieg w tym samym rozmiarze (update 10.2013: wolnobieg Dicta umarł po ok. 3 mies. intensywnej jazdy i za radą Kamsa tym razem założyłem Sturmey Archer). W ten sposób otrzymamy dosyć typowe przełożenie 2.89. W wyliczeniach pomogła ta strona: link.

kadencja

W tym momencie ustaliliśmy także, aby nie zakładać jednak żadnej owijki. To był mój pomysł, bo kierownica podoba mi się wyjątkowo, obecnie jeżdżę również z kierownicą bez owijki i nie narzekam, więc z Modolo Pistą też nie powinno być problemu. Wkrótce zmieniliśmy zdanie, ale o tym później. Końcówki kiery zatkamy korkami z wina. Będzie klasa! :D

Po burzliwych dyskusjach o tym co jest „festynem”, a co nie i „czy srebrny, karbowany pancerz wygląda jak glista” zdecydowaliśmy się na taki oto pancerz do linek hamulcowych:

pancerz 5mmDyskusja rozgorzała nawet przy wyborze dętek. Zgodziliśmy się, że do naszych obręczy chcemy krótki, srebrny wentyl, ale gdy już taki znalazłem (Kenda), Kams stwierdził, że ni chu chu na to nie pozwala i że musi być Continental.

I kto tu jest klientem, a kto wykonawcą, ja się pytam!? ;-))

Udało się: continental – jest! Srebrny wentyl – jest! Krótki – 42 mm, jest!

conti

Dobra wiadomość jest taka, że zamówiliśmy na Allegro srebrny mostek 3ttt (110 mm) i lada dzień powinien być u nas. Do tego – przede wszystkim! – Kams wyczarował gdzieś srebrne stery Campagnolo w całkiem przyzwoitym stanie:

stery

Zamówiliśmy też srebrny, pokryty niklem łańcuch: Wippermann ConneX 108 (1/2“ x 1/8“). Waga: 418g/112 ogniw.

WIPPERMANN-Connex-Chaine-1G8-BMX

W zasadzie, gdybyśmy mieli sztycę to moglibyśmy już składać części w całość. Mam nadzieję, że szybko się znajdzie, bo ogólnie to szlag już trafia moją cierpliwość i chcę skończyć ten projekt. Kams mnie dobija mówiąc, że miesiąc to króciutko, bo on już 4 lata kompletuje części do roweru z lat 60-tych… Jak żyć, Panie Premierze? Jak żyć?! ;-)

(21 maja 2013)

Stało się. I czas i budżet, który wyznaczyłem na złożenie roweru są już na wyczerpaniu. Z tych przyczyn zakup odjazdowej sztycy Miche musiałem odłożyć i zamówiliśmy nową, budżetową, aluminiową sztycę Kalloy. Średnica: 27.2 mm. Długość: 270 mm. Waga: 248 g. Cena… 20 zł. Pocieszające jest to, że ma ciekawe wygięcie, a jej połysk będzie dobrze komponował się z polerowanymi elementami Brooksa. Wygląda tak:kalloy seatpost

Ufff… To już prawie koniec. Wkrótce efekty wielu godzin myślenia tego roweru i podsumowanie. Póki co czekamy na dostarczenie części i mam nadzieję, że lada dzień Kams znajdzie czas, aby wszystko złożyć w całość. Trzymam kciuki, aby po drodze nie pojawiły się już żadne problemy i… nie mogę się doczekać pierwszej przejażdżki!

Tymczasem, niczym o nowo narodzonym dziecku mam już dość mówienia „ono” („rower”) i czas wymyślić dla niego imię. Jakieś pomysły? :)

(24 maja 2013)

Rama, na której budujemy rower była sygnowana małą, zdaje się austriacką manufakturą i podpisana „designed by Otto Klamer”. Z kolei lakier BMW użyty do pomalowania nazywa się „topas blau”. Tak oto powstało imię! Rower będzie miał na imię Otto. Otto Blau :)))

Otto lada dzień będzie mógł być pokazany światu, a tymczasem mały „sneak peak” od Kamsa:

fot. Buacchini biciclette

(27 maja 2013)

Od początku Kams namawiał mnie, aby użyć owijki na kierownicy, jednak Modolo Pista podoba mi się tak bardzo, że upierałem się, aby zostawić ją „nagą”. Ostatecznie za namową ludzi z forum ostrekola.pl dałem się przekonać do owijki, jednak tylko na dolnym chwycie.

I tu pojawiły się schody – znalezienie w Polsce owijki w kolorze miodowym jest niemal niewykonalne. Na rynku jest łatwo dostępny Brooks (koszt blisko 200 zł), a w Asphalt Bikes jest miodowa BLB – za 160 zł, ale nasz budżet by takiego wydatku nie wytrzymał. Da się też znaleźć już w znacznie lepszej cenie owijkę Deda, ta jednak ma firmowy nadruk, który nie komponowałby się dobrze z Otto. Co prawda włoski Fizik na bieżąco produkuje miodowe owijki w przystępnej cenie (ok. 40 zł), ale polski dystrybutor tej firmy „daje ciała” i od dawna nie można znaleźć jej w naszych sklepach.

[Update 10.2013: miodowy Fizik wrócił do kilku polskich sklepów, choć w prawie dwukrotnie wyższej cenie]. Na szczęście Kams znowu zabłysnął swoimi zdolnościami i zaproponował, że może samodzielnie wykonać owijkę i za pomocą szelaku nadać jej brązowy kolor, aby wyglądała mniej więcej tak:

fot. http://goo.gl/p8U4o

fot. http://goo.gl/p8U4o

Na odbiór roweru jesteśmy umówieni na 30 maja. AAAAAA!!! Niech ten czas szybciej leci! ;-))

(30 maja 2013)

Dnia 30 maja 2013 r. na świat przyszedł Otto Blau.

Waży 9460 g. Jestem najszczęśliwszym facetem na Ziemi i po pierwszych godzinach z nim nie mogę się zdecydować czy bardziej lubię na nim jeździć czy na niego patrzeć! :D (więcej zdjęć)

arturgrabias.com

O miłości do rowerów, pasjach, karmie i konkursach

„Karma” potrafi „dać z liścia”, ale (na szczęście) działa też w drugą stronę. Chyba wszyscy moi znajomi wiedzą jak bardzo pokochałem rowery, zapewne czasami mają mnie dość, gdy wrzucam kolejne zdjęcia dwuśladów na swoją facebookową ścianę :-) Mija właśnie rok, od kiedy odkryłem rowerowanie na nowo, a jazda na rowerze stała się jedną z tych moich pasji, które kocham najbardziej i która autentycznie mnie uszczęśliwia. O ile nigdy nie miałem szczęścia do losowań i zawsze wolałem solidnie zapracować na efekt, tak tym razem szczęście uśmiechnęło się i do mnie i w konkursie H&M wygrałem to oto cudo – rower ze stajni Brick Lane Bikes London z limitowanej edycji stworzonej dla H&M:

BLB X H&M LIMITED EDITION BIKE

BLB X H&M LIMITED EDITION BIKE

BLB X H&M LIMITED EDITION BIKE

BLB X H&M LIMITED EDITION BIKE

BLB X H&M LIMITED EDITION BIKE

BLB X H&M LIMITED EDITION BIKE

Chciałbym wierzyć, że jest w tym „coś więcej” i prawdziwe są „mądrości” rodem z Coelho: jeśli czegoś naprawdę mocno i szczerze się pragnie, jeśli myśli się optymistycznie i wierzy, że może się udać to wszechświat sprzymierza się, aby się udało. Naprawdę tak czułem, gdy dowiedziałem się o wygranej! ;-) Racjonalizm krzyczy jednak, że to wynik sporej ilości godzin, które poświęciłem na ten konkurs oraz przypadek wynikający z rachunku prawdopodobieństwa (w ostatnim etapie konkursu zadecydowało losowanie). Tak czy inaczej warto mieć pasje i kochać to, co się robi, bo nasze „wygrane” smakują wtedy niesamowicie dobrze.

Wracając do roweru… piękny, prawda? :-) Niestety nie mogłem sobie pozwolić na jego zatrzymanie, ale mam nadzieję, że nowy właściciel będzie z niego bardzo zadowolony. Sprzętowe szczegóły można znaleźć na stronie producenta oraz w krótkim opisie poniżej:

"Ten piękny, szmaragdowozielony rower z białymi wykończeniami to idealne połączenie klasyki z nowoczesnym, miejskim stylem. Wyposażenie: - rama Lo-Pro (stal Cro-Mo) - umożliwiająca bardziej pochyloną pozycję i lepszą kontrolę podczas jazdy po ruchliwych miejskich ulicach - karbonowe białe przednie koło tri spoke (z trzema szprychami) - tylko koło z piastą flip-flop i wysokoprofilowaną, wykonaną z lekkiego stopu białą obręczą H+Son 42mm - możliwość zmiany ostrego koła na single speed/wolnobieg - srebrne, profilowane uchwyty kierownicy BLB typu bull horn - srebrny, polerowany mostek kierownicy BLB lil Quill - biała perforowana owijka z mikrofibry - korba 46T BLB Pista Vera srebrna - zębatka BLB 17T ostre koło - białe siodełko BLB Fly X - przednie i tylne hamulce, umożliwiające zmianę z ostrego koła na single speed/wolnobieg - rozmiar ramy M (53 cm) - rozmiar koła 700c - szerokość opon 700x23c"

update 1:

Konkurs! (zakończony 5 kwietnia)

H&M w kooperacji z K MAG ogłosił właśnie kolejny konkurs, w którym można wygrać to cudo! :) Dodatkowo w puli nagród są całkiem ciekawe ubrania z kolekcji H&M Brick Lane Bikes, karty upominkowe H&M i prenumeraty magazynu K MAG. Czego potrzebujemy?

  • musimy posiadać konto na Facebooku i w serwisie Instagram (założenie obu jest bezpłatne i trwa tylko chwilę)
  • jeśli mamy już oba konta to trzeba je ze sobą połączyć i zarejestrować się w konkursie za pomocą przycisku „INSTAGRAM LOGIN”, który znajduje się na stronie konkursu: www.bikespotters.pl

Jesteśmy już gotowi od strony technicznej, czas zająć się konkretami. Aby wziąć udział w konkursie należy:

  • zrobić zdjęcie, które „pokazuje jak bardzo chcemy zdobyć ten wyjątkowy rower”
  • dodać je najpóźniej 5 kwietnia do publicznej galerii w Instagramie i konieczne oznaczyć zdjęcie tagiem #BikeSpotters.

Kto decyduje o tym, które zdjęcia wygrywają?

  • I ETAP: internauci. Do finału trafi tylko 10 zdjęć, które zdobędą najwięcej polubień na stronie konkursu (automatycznie pokazują się na niej zdjęcia oznaczone wspomnianym wcześniej tagiem)
  • II ETAP: jury H&M. Z 10 zdjęć finałowych jury wybierze i nagrodzi 3 autorów

Nagrody:

  • 1 miejsce:
    rower BLB
    – set ubrań rowerowej kolekcji H&M
    – karta upominkowa H&M na kwotę 300 zł
    – roczna prenumerata magazynu K MAG
  • 2 miejsce:
    – set ubrań rowerowej kolekcji H&M
    – karta upominkowa H&M na kwotę 300 zł
    – roczna prenumerata magazynu K MAG
  • 3 miejsce:
    – karta upominkowa H&M na kwotę 300 zł
    – roczna prenumerata magazynu K MAG

Warto zwrócić uwagę, że każdy może dodać dowolną ilość zdjęć, ale jedna osoba może zdobyć tylko jedną nagrodę. Miły gest ze strony organizatora to również opłacenie podatku od nagród. Więcej szczegółów można znaleźć na stronie www.bikespotters.pl. Jeśli ktoś z Was nie do końca ogarnia jak działa Facebook Connect z Instagramem czy samo tagowanie to dajcie znać na wspomniany powyżej mój adres e-mail – mogę podpowiedzieć jak to zrobić od strony technicznej – w działce kreatywnej pomóc nie mogę, w końcu sami musicie zapracować na nagrodę :-) Powodzenia i do zobaczenia na ulicach!

update 2 (15 kwietnia 2013 r.)

Dziś BLB trafił do nowego właściciela. Będzie mi brakowało tego ostrego, ale wygląda na to, że jego nowy właściciel jest zafiksowany na punkcie rowerów przynajmniej tak jak ja, więc cieszę się, że BLB trafił właśnie do niego. Oby służył mu długo i sprawiał mnóstwo rowerowej frajdy! Tymczasem ja pieczołowicie zabieram się za budowanie od podstaw nowego roweru dla siebie.

Czy nasze dzieci będą żyły o 5 lat krócej niż my?

Czy to możliwe, aby mimo m.in. rozwoju medycyny nasze dzieci żyły o 5 lat krócej niż my? Trafiłem dziś na ten spot:

Twórcy kampanii „Designed to Move” twierdzą, że pokolenie dzieci będących obecnie w wieku ok. 10 lat, ze względu na swój styl życia (głównie brak aktywności fizycznej i nieprawidłowe odżywianie) będzie pierwszym w historii ludzkości pokoleniem, którego średnia życia będzie niższa od średniej życia jego rodziców. Gdy lepiej to sobie uświadomimy zaczyna to być dosyć szokujące, prawda? Jeśli jesteś socjologiem to może nawet masz już szczękę na podłodze i zastanawiasz się „co to za bzdura?”. Myślisz sobie, że to niemożliwe, aby ten wiecznie ciągnący się w górę – głównie dzięki rozwojowi medycyny i stale poprawiającym się warunkom życiowym wykres zaczął zmierzać w dół. Tymczasem zdaniem autorów tej kampanii to nie jest fikcja. Średnia długość życia w USA w ciągu minionego wieku wzrosła z 47 do 77 lat. Zgodnie z danymi z bazy „Google Public Data” dane dla całego świata przedstawiają się tak:

Ta średnia długość życia miałaby w przypadku obecnych ok. 10-latków po raz pierwszy w historii obniżyć się, a linia wykresu skierować się w dół. Bazując na tych przewidywaniach autorzy kampanii nawołują do działania i powrotu do aktywnego życia, którego ze względu na rozwój techniki i wszechobecne, rozleniwiające nas udogodnienia nie mamy my, a przede wszystkim nasze dzieci.
Czy nasze dzieci będą żyły o 5 lat krócej niż my?

Trudno mi uwierzyć w tę całą historię. Po pierwsze dlatego, że dla całego społeczeństwa konsekwencje takiej zmiany byłyby znacznie bardziej poważne od tych, które wyobrażamy sobie myśląc o skróceniu czyjegoś życia o 5 lat – wydaje mi się, że gdyby dane przedstawiane przez autorów były prawdziwe to tematem już by się zajęły rządy bardziej rozwiniętych państw. Po drugie kampania jest realizowana m.in. przez producentów odzieży, sprzętu sportowego i innych firm, które na aktywności fizycznej zarabiają, a zatem mogłyby liczyć na zysk finansowy spowodowany częstszym uprawianiem sportów w wyniku tej kampanii.

Z drugiej strony autorzy zamieszczają na stronie dosyć wiarygodny raport (link), pod którym podpisuje się Bill Clinton (czytaj: jego doradcy przeanalizowali temat i się zgodzili), a skala kampanii jest na tyle duża, że Nike i inne firmy chyba nie ryzykowałyby wypuszczania nieprawdziwych danych – po wykryciu takiego zagrania wizerunek ich marek zostałby zapewne „pożarty na śniadanie”.

A jeśli te dane są prawdziwe i statystyczny czas życia naszych dzieci rzeczywiście się skróci? Czy to by oznaczało, że osiągnęliśmy już szczyt naszej cywilizacji i zaczęliśmy niszczyć siebie szybciej, niż się rozwijać? Sama koncepcja przeraża mnie i fascynuje jednocześnie. Chyba muszę to przemyśleć. To ciekawe, że myśli mi się najlepiej podczas biegania… :-)

Więcej informacji na stronie kampanii:
http://www.designedtomove.org/

 

Efektywność kampanii na Facebooku – o tym dlaczego powinniśmy mierzyć ją inaczej

Kilka dni temu w polskim światku social mediowym zagotowało się od dyskusji z Erykiem „Twitterem” Mistewiczem, który swoim artykułem „włożył kij w mrowisko” oskarżając agencje socialowe, prowadzące strony na Facebooku o sprzedawanie firmom ściemy uzasadnianej złożonym ROI. Te „kalekie” oskarżenia szybko doczekały się mniej lub bardziej merytorycznych odpowiedzi nawiązujących do efektywności kampanii na Facebooku.

O ile w moim odczuciu artykuł Eryka Mistewicza był marną i niezbyt merytoryczną prowokacją to dostrzegam inny problem, który w obliczu działania EdgeRank nabiera szerszego wymiaru i zaczynam zastanawiać się, czy aby Eryk Mistewicz nie miał częściowo (i niechcący) racji pisząc o oszukiwaniu firm przez agencje socialowe.

Przechodząc do sedna: coraz częściej niepokoi mnie i irytuje sposób liczenia skuteczności fanpage’y i efektywności akcji promocyjnych na Facebooku. Obecnie (upraszczając) podstawowym ich wyznacznikiem jest liczba fanów oraz ich aktywność. Co do gromadzenia fanów, jeśli chodzi o większe firmy nie mam znacznych zastrzeżeń. Zaczynam jednak dostrzegać spory problem w zdobywaniu ich aktywności. Mam wrażenie, że na wielu znanych mi i najbardziej docenianych (w statystykach facebookowych) fanpage’y przeważają posty ledwie ocierające się o tematykę danej strony. W celu produkowania aktywności fanów administratorzy stron uciekają się do zamieszczania postów z d… typu „jaka u was pogoda?” czy innych okropności pokroju „kto tak jak my nie lubi poniedziałków ręka do góry!”. W moim odczuciu treści tego typu nie przedstawiają żadnej wartości, a mają jedynie nabijać aktywność. Gdy pojawiają się w moim feedzie, a jest to niestety częste, czuję się autentycznie zażenowany i traktowany jak kretyn.

Z jednej strony rozumiem agencje socialowe, bo przecież muszą pokazać firmie, która im płaci, wypasione statystyki będące obecnie standardem w social media, na których aktywność fanów jest na mega wysokim poziomie i wyróżnia się na tle konkurencji, ale przecież nie o to chodzi w komunikowaniu marki przez social media, prawda? Przecież strony marek na Facebooku powinny zamieszczać treści stricte związane z marką i jej produktami, powinny rozwijać postrzeganie marki, budować świetną obsługę klienta i powodować chęć do dyskusji o tejże marce, a nie o pogodzie za oknem.

Niestety w obliczu obecnego sposobu rozliczania skuteczności działań promocyjnych na Facebooku, niczym przez kiepsko zdefiniowane wskaźniki korporacyjne dochodzi do sytuacji, w której administratorzy stron walczą nie o cel firmy, dla której pracują, a o zapewnienie niewiele wartych, wysokich statystyk, które zrobią wrażenie na niezbyt rozumiejącym social kliencie i tworzą sztuczną efektywność kampanii na Facebooku. Problem powiększa niestety sam Facebook, który wprowadzeniem EdgeRanku zmusza do budowania aktywności fanów za wszelką cenę.

Podsumowując: wydaje się, że statystyki coraz bardziej przysłaniają komunikację, która przecież powinna pełnić w social mediach najistotniejszą rolę. Gdy widzę ranking „najlepszych” stron na Facebooku (mierzony zgodnie z obecnymi socialowymi standardami) nie jestem pewny, czy agencje administrujące tymi stronami rzeczywiście zgodnie z potrzebami swoich klientów najlepiej komunikują markę, czy może jedynie są świetne w wyciskaniu mało znaczących like’ów i komentarzy. Uważam, że światek social media potrzebuje nowego standardu mierzenia efektywności kampanii na Facebooku, który poprzez jakościowe badanie doświadczeń użytkowników weryfikowałby rzeczywiste postrzeganie marki, uaktywnianą sprzedaż i zaangażowanie, a nie ilościowe statystyki będące cyferkami, których firmy wcale nie potrzebują i to nie za nie chcą płacić. Mam wrażenie, że dla wielu to nie jest oczywiste.

Lubisz na podłodze? Ja lubię duże, jędrne i krągłe…

…pomidory, oczywiście.

Dlaczego o tym piszę? Bo codziennie w wypadkach samochodowych umiera na świecie 3 000 osób. Jak to się ma do dużych i krągłych pomidorów? Nijak, ale tekst mający kojarzyć się z seksualnością zainteresuje moich znajomych, będzie szokować i wywoła w sieci tzw. buzz.

To zamysł skierowanej do kobiet, międzynarodowej kampanii viralowej zorganizowanej przez fundację Susan G. Komen for the Cure. W swoich statusach na Facebooku kobiety odnotowują „gdzie lubią” świadomie nie dodając, że… chodzi o pozostawianie torebki po powrocie do domu. Powstają zatem wypowiedzi pokroju „Lubię na podłodze”, „Lubię na komodzie”, „Lubię na stole”, a nawet „Lubię na kołku od lustra”. Organizatorzy kampanii słusznie uważają, że tego typu wypowiedzi wzbudzą zainteresowanie. Niestety brakującym ogniwem jest niepowiązanie wspomnianych opisów z problematyką raka piersi: badaniami okresowymi, finansowaniem badań nad rakiem, pomocą chorym i ich rodzinom. Pojawia się pytanie: jak ma się „to, gdzie lubię zostawiać torebkę” do raka piersi? Nie można racjonalnie odpowiedzieć na to pytanie, bo związek z kobietami, których cechą są torebki i podatność na raka piersi to zdecydowanie za mało.

Szkoda, że fundacji zabrakło pomysłu (a może budżetu?) na powiązanie prowokujących statusów np. z linkiem do błyskotliwej strony traktującej o badaniach nad rakiem piersi lub interesującej aplikacji. Choć nie posiadam torebki, to mam teczkę i włączam się do zabawy, jak należałoby traktować tę nie do końca przemyślaną kampanię i oświadczam, że lubię na fotelu, parapet też jest „mru”, a tym tekstem świadomie przyczyniam się do narastania buzzu, bo przecież idea jest dobra, a i cel słuszny.

Update 6 września 2011 r.:
Mamy kolejną edycję. Tym razem centymetry i czas, np. „37 cm 15 min.”

„Drogie Panie i Panienki,

znowu nadszedł czas aby wzbudzać świadomość o raku piersi. Pamiętamy akcje z wcześniejszych lat, kiedy pisałyśmy na tablicy kolor biustonosza, czy też o miejscu, gdzie zwykle kładziemy w domu swoje torebki. W tym roku robimy coś innego. Na tablicy podajemy w cyfrach rozmiar swoich butów i dalej piszemy „cm” po czym dodajemy czas, jaki nam zajmuje zrobienie włosów/fryzury. Pamiętajmy, że w latach ubiegłych w akcji wzięło udział tak wiele kobiet, że nawet w dziennikach telewizyjnych, radiowych i prasie o tym mówiono. Ponawiajmy wpis na tablicy, aby przypomnieć wszystkim, dlaczego to robimy. Nie tłumaczmy żadnemu mężczyźnie, co nasz wpis oznacza. Niech się sami domyślają. Skopiuj tę wiadomość i wklej do skrzynek wszystkich swoich koleżanek/przyjaciółek. Zróbmy akcję większą, niż ubiegłoroczna.
Ja zrobiłam swoje… teraz kolej na Ciebie! Do dzieła … i pozwólmy sobie wywołać ponownie ciekawość panów i ich domysły!”

Czy ten pomysł już się nam nie przejadł? Czy nie jest nudny? Mam wrażenie, że dla wielu osób jest i bynajmniej nie będzie tak efektywny, jak w poprzednich „edycjach”. Susan G. Komen for the Cure dla utrzymania popularności przydałaby się świeża i równie ekspansywna akcja viralowa, czego tej organizacji oczywiście życzę.

Update 21 lutego 2013 r.:

hello
Niech ogony mają do myślenia ahahah…
Okay moje piękne panie. To o tej porze roku jeszcze raz ….koncentrujemy się na RAKU PIERSI!
Pamiętacie, w zeszłym roku? Kiedy w polu statusu, pisałyśmy jaki mamy kolor biustonosza?. W ubiegłym roku było tak wielkie zainteresowanie uczestników, że został wywołało to niezły szum
Takie ciągłe uaktualnianie statusu przypominało wszystkim, dlaczego to robimy i skupia uwagę na ważnym temacie.
Nie wolno Wam o tym powiedzieć żadnemu mężczyźnie. Niech sami zgadują.
A teraz do działania.
Proszę skopiujcie ten tekst i wyślijcie go do wszystkich
swoich znajomych koleżanek (jako prywatna wiadomość!).
Akcja: W polu statusu wpisujesz gdzie jedziesz i ile miesięcy Cię
nie będzie. Jest to już ustalone.
To gdzie jedziesz to miesiąc, w którym się urodziłaś a dzień miesiąca, w którym się urodziłaś oznacza liczbę miesięcy jak długo Cię nie będzie. Np. jeśli urodziłaś się 21 stycznia to wpisujesz: „Jadę do Meksyku, na 21 miesięcy.”
Wyślij tę wiadomość tylko do kobiet i zobaczymy ile szumu wywoła to w tym roku.
Styczeń – Meksyk
Luty – Londyn
Marzec – Miami
Kwiecień – Dominikana
Maj – Francja
Czerwiec – Petersburg
Lipiec – Austria
Sierpnia – Niemcy
Wrzesień – Nowy Jork
Październik – Amsterdam
Listopad – Las Vegas
Grudzień – Kolumbia
Naprzód! Pokaż, że Ci zależy!!!
przeczytaj to będziesz wiedzieć

French Connection – kampania reklamowa 2009/2010

Założona w 1972 r. brytyjska firma odzieżowa French Connection swoje kampanie reklamowe rozpoczęła niezbyt elegancko – od 1997 r. zaczęła znakować swoje wyroby słowem „fcuk”, będącym akronimem od „French Connection United Kingdom” i kojarzącym się z wulgarnym „fuck”. Na tym również opierała się kontrowersyjna kampania promocyjna, podczas której na T-shirtach drukowano hasła takie jak „fcuk this”, „hot as fcuk”, „lucky fcuk”, „fcuk on the beach” czy „fcuk off”. Skargi konsumentów spowodowane skojarzeniami z akronimem spowodowały jednak, że w 2006 r. marka przestała być promowana w dotychczasowy sposób i powrócono do komunikowania pełnej nazwy firmy, czyli French Connection.

Na przełomie 2009/2010 r. pojawiła się pierwsza po latach kampania tej firmy, a wraz z nią całkowite repozycjonowanie marki i zmiana docelowego odbiorcy na bardziej zamożnego i wymagającego klienta z młodej klasy średniej. Przygotowana przez agencję Fallon London komunikacja w formie spotów wideo, a także fotografii została skierowana zarówno do kobiet jak i do mężczyzn.

Seria przygotowywanych w tym samym klimacie filmów w odcieniach szarości przedstawia „kwintesencję kobiety i mężczyzny” i podzielona jest na filmy prezentujące zawsze tego samego modela lub tę samą modelkę. Do tej pory w kampaniach na tym rynku panował schemat męskiego modela, który był albo zniewieściałym, idealnie ogolonym chłopcem albo niecodziennie przystojnym brunetem – amantem z dwudniowym zarostem. Czy nie macie wrażenia, że reklamy produktów dla mężczyzn najczęściej nie są do nich kierowane? Czy agencje poddają się stereotypowi, według którego mężczyźni nie dbają o własny wygląd i należy kierować reklamy do ich partnerek albo… matek? A może dopiero teraz, ze względu na powiększającą się grupę singli i częstsze przywiązywanie uwagi do własnego wyglądu także przez mężczyzn producenci zmuszani są do zmiany strategii i kierowania komunikacji bezpośrednio do „płci brzydkiej”? Kampania French Connection z końca 2009 r. była ogromnym zaskoczeniem, gdyż męski model tej marki jest zupełnie inny – wygląda jak „rasowy przedstawiciel paryskiej bohemy artystycznej – z obfitą brodą, długimi włosami i nieco chmurnym obliczem”.

Z kolei „the woman of all women”, czyli kobieta w kampanii reklamowej French Connection jest delikatna, piękna, zamyślona, czasami egocentryczna ale absolutnie urocza i romantyczna.

Kanałami komunikowania kampanii były telewizja, prasa, outdoor oraz oczywiście strony w portalu społecznościowym Facebook (French Connection Man oraz French Connection Woman), a także profil w portalu YouTube. Spoty były emitowane także w kinach – materiały przedstawiające kobietę pojawiały się przed typowo kobiecymi filmami, a emisja spotów przedstawiających mężczyznę odbywała się przed „męskimi seansami”. Przed filmami nie skierowanymi wyraźnie do odbiorców konkretnej płci prezentowane były oba typy spotów. Kampania wykorzystuje specyficzny, nieco archaiczny, staranny język, nieużywany na co dzień. Przedstawiając stereotypowe czy też tradycyjnie postrzegane postaci kobiety i mężczyzny copywriterzy nie starają się, jak to zwykle bywa budować przekaz na prostych komunikatach, aby dotrzeć do jak największej liczby osób. Zdecydowanie dali się ponieść zabawie słowami jednak nie przesadzili i zgrabnie operują niedopowiedzeniami brzmiącymi w połączeniu z obrazem niemal jak poezja. Prawie we wszystkich spotach pojawia się anglojęzyczny narrator, który spokojnym, niskim, dostojnym głosem z francuskim akcentem (nawiązanie do nazwy marki) całkowicie rekompensuje brak dominującej muzyki w tle i opisuje przedstawianą scenę, np.:

„The woman and the nature. Do they rearrange such things? How else to explain the blue of the coat with the brown of the leaves. Wind playing with hair and hem. Stars shining sequin, shadow shaping skirt. Trees in attendance with wind, the sun, and the woman amongst them. Forever waiting. Conspiring.”

„The woman and the coat spend the winter together. The coat enduring the cold. The woman enduring the men.”

„Where does the woman take us? The ballet? The disco-tech? It matters not.”

„The man. He feels like wolf. Sometimes pig. Mostly wolf. But what wolf can kung fu? Or foresee things… like the cold. See the man equips himself. Shirt. Trousers. Dog. Now the man can stride were he likes. And raise fist to the cold.”

“The man thinks that Calorie is the name of a woman he once… met.”

French Connection

Przekaz kampanii jest jasny: pojawiające się w narracji lub przedstawiane na zdjęciach i filmach detale odzieży kierują uwagę odbiorcy na ubiór modeli, a skoro „This is the woman” czy „This is the man” – rozpoczynający większość filmów przedstawia „prawdziwą kobietę” i „prawdziwego mężczyznę”, a spoty kończy logo marki to z pewnością mają oni na sobie ubrania French Connection. Grupa docelowa ma identyfikować się z tymi „prawdziwymi przedstawicielami płci”, a zatem i ubierać tak jak oni. Przywiązanie do szczegółów, niesamowicie magnetyczna atmosfera filmów, głębokie nawiązanie do legendarnego świata kultury, do którego aspiruje wiele osób z grupy docelowej, błyskotliwy, dowcipny język, operowanie niedopowiedzeniami i trafienie w czuły punkt odbiorców przesądziły o sukcesie kampanii. W pół roku po jej powstaniu nastąpiła jej kontynuacja. Nie było trudno operować na tak dobrym copy. Zmiany w nowych spotach to pojawienie się filmów w kolorze oraz bardziej dowcipny, choć ciągle błyskotliwy język narracji.

Oryginalność kampanii reklamowej French Connection dosłownie urzeka i gdyby marka ta była bardziej dostępna w Polsce, to po poznaniu tej kampanii, przy pierwszej potrzebie zaopatrzenia się w „okrycie wierzchnie” zapewne wielu młodych mężczyzn skierowałoby swoje kroki do sklepów sygnowanych tą marką, choćby z ciekawości.

W przeciwieństwie do sytuacji jeszcze sprzed kilkunastu lat, niedbający o siebie mężczyźni już nie są postrzegani jako „męscy”, choć oczywiście grunt to odpowiednie wyczucie. Kampania French Connection z końca 2009 r. niech będzie dowodem na to, że można wyglądać jak mężczyzna jednocześnie wyglądając dobrze.

Powrót


disclaimer: powyższy tekst napisałem będąc na pierwszym roku studiów. Wszelkie błędy nie były zamierzone ;-)
Źródła oraz fotografie:
Torin Douglas: Times called on FCUK posters; BBC News, 2001-04-04
http://www.frenchconnection.com
http://zapiskibrandmanagera.bloog.pl
http://www.youtube.com/user/frenchconnection
http://www.facebook.com/pages/French-Connection-Man/288762241251
http://www.facebook.com/pages/French-Connection/36004768305

Książki do słuchania, czyli magiczny posmak audiobooków (wywiad)

audiobooki

rozmawia Magdalena Chojnacka:

Poszerzając horyzonty coraz częściej sięgamy po książki do słuchania, czyli tzw. audiobooki. W ostatnim czasie stały się one najbardziej esencjonalną formą książki i czymś na kształt kulturowego przeboju. Ruszyła seria wznowień klasycznych dzieł, które można posmakować na płytach CD. Wygląda na to, że każda linijka zagrana na strunie ludzkiego głosu bardziej angażuje emocje i utrzymuje wyobraźnię w świeżości.

W tej estetyce coraz sprawniej porusza się Artur Grabias (Grakaj), który na swojej stronie posluchaj.grakaj.com czyta dzieciom i dorosłym. Z unikalną charyzmą i inwencją Grakaj przenosi nas w magiczny świat książek. Kto rozsmakuje się w tym artystycznym słuchowisku, z pewnością będzie chciał tam wracać częściej. Kolekcja stale się powiększa i można tam posłuchać teksty m.in. Antoine de Saint-Exupery’ego, Grzegorza Ciechowskiego, Marcina Świetlickiego czy Rafała Wojaczka.

Grafiki zasypiania

– „Grakaj czyta dzieciom” narodził się jak większość rzeczy „z potrzeby” – mówi Artur. Bliskie mi osoby stwierdziły kiedyś, że lubią słuchać mojego głosu i „chciałyby, abym czytał im bajki na dobranoc”. Bardzo lubię czytać, jeszcze bardziej sprawiać komuś przyjemność, zatem czasami czytałem im przez telefon, zdarzało się nawet, że ktoś zasypiał.

Ze względu na różne „grafiki zasypiania” często czytanie nie było możliwe, zatem pożyczyłem od jednej z tamtych osób mikrofon, nagrałem pierwszy fragment opowiadania i wysłałem e-mailem. Jedna z osób, które otrzymały nagranie, bez mojej wiedzy przesłała je dalej z moim adresem. Pojawiło się kilka przychylnych głosów i gdy minęło już moje zawstydzenie, zacząłem budować w myślach projekt, który pozwoliłby nie tylko udostępnić książki do słuchania szerszemu gronu, ale także w którym mógłbym wyrazić siebie, między innymi przez wybór tekstów. Gdy już się przełamałem, opublikowałem Grakaj Czyta Dzieciom dla wszystkich.

Atak melodramatycznie – bajecznych tekstów – książki do słuchania

– W osobowości każdego z nas jest dorosły, rodzic i dziecko. Pamiętam, że gdy byłem małym chłopcem, mama bardzo często czytała mi lub opowiadała bajki na dobranoc. Do tej pory potrafię przywołać w sobie pamięć o uczuciach, o światach, o tych wszystkich baśniowych rzeczywistościach, które się we mnie rodziły. Nie wszystko jednak co jest lub będzie na stronie może być dla dzieci przeznaczone. Strona jest utrzymana w konwencji dzieciństwa, bo kieruję ją do „wiecznych dziewczynek” i do „wiecznych chłopców”. Tak nazywam tych, którzy tak jak ja tęsknią za magią dzieciństwa, za rozterkami młodości, za zakochiwaniem się i wyprawami w niezbadane tereny. Za rodzeniem się wszystkich pierwszych emocji i za czasami, gdy nie mogąc zrozumieć tak wielu rzeczy nie tłumaczyliśmy wszystkiego racjonalnie, a tworzyliśmy niezwykłe, magiczne światy. „Grakaj czyta dzieciom” posiada tylko mały pierwiastek z takiego świata, jest przecież tworzony przez dorosłą osobę.

Artur zajmuje się również fotografią, więc te działania wokół których kręci się jego codzienność wypełniają szczelnie wolne chwile.

– Nie mam trudności z wygospodarowaniem wolnej chwili. Rzekłbym raczej, że to odpowiedni czas znajduje mnie. Gdy pojawia się wewnątrz mnie potrzeba zrobienia czegoś, na przykład nagrania fragmentu konkretnej książki do słuchania, rzucam wszystko co mogę i nagrywam. Nie mógłbym wyznaczać sobie na to czasu, bo potrzebuję do tego odpowiedniego uczucia, emocji w sobie, a one niestety nie przychodzą na zawołanie. – kontynuuje Artur. Punktem wyjścia w tym spontanicznym akcie twórczym zawsze jest improwizacja, wyczucie, balansowanie między skrajnościami, ale i szczerość. Czy jest w tym również spora dawka kreacji?

Według Ervinga Goffmana cały nasz świat to teatr, w którym każdy gra główną rolę. Zdajemy sobie sprawę jak nasze działania, zachowanie mogą wpłynąć na innych i zwykle organizujemy je myśląc o tych następstwach. Choć kreacja postrzegana bywa negatywnie, nie chciałbym i nie zamierzam ukrywać, że zarówno nagrania jak i zdjęcia znajdujące się na stronie popatrz.grakaj.com, są przemyślane pod tym względem. Części fotografii i nagrań nie ma na stronie, są dla mnie zbyt intymne, zbyt osobiste bym odważył się podzielić nimi z całym światem, a chyba również i reakcji „świata” nieco się obawiam.

Cała strona jest pod kontrolą autora, to on decyduje o jej zawartości i o tym co inni będą mogli na niej znaleźć, zatem niewątpliwie jest to kreacja. – Niemniej materiały na stronie zamieszczane są nieprzypadkowo. Tak jak dla jednych formą wyrazu są na przykład słowa wpisywane do pamiętnika czy internetowego blogu, tak dla mnie jest to wybór i nagranie konkretnych tekstów, które są przynajmniej częściowo odzwierciedleniem moich uczuć w danej chwili. Nie mógłbym nagrać niczego, z czym nie byłbym w zgodzie, co nie stanowiłoby dla mnie wartości. To, co pojawia się na stronie, swoją genezę ma w emocjach, musi być zatem szczere, choć wraz z upływem czasu może tracić na aktualności.

Forma audiobooków na „Grakaj czyta dzieciom” bardzo Arturowi odpowiada i nie sądzi on, aby kiedykolwiek zamienił głos na coś innego. – Niemniej „ciągła niemożność i wieczne niespełnienie” towarzyszy mi od zawsze, nieustannie poszukuję nowych form i boję się stagnacji. Z pewnością grakaj.com będzie ewoluować, choć jeszcze nie wiem, w którym kierunku.

Dziecko szczęścia?

– Nie zdarza mi się narzekać na brak ogólnie pojętego szczęścia. Należę raczej do tych, którzy jak dzieci cieszą się codziennością i mają swoje małe – wielkie radości. Zwłaszcza w ostatnim czasie, gdy przyglądam się mozaice tych moich małych szczęść wplecionych w barwy jesieni, odczuwam autentyczną, głęboką radość istnienia. Skutecznie eliminuje ona wszelkie złe myśli. Jest mi dobrze i nie proszę o więcej, ale liczę po cichu na jeszcze trochę.

– Fascynują mnie ludzie, choć zdecydowanie nie jestem duszą towarzystwa – wolę herbatę w cztery oczy, podczas której mogę skupić się na osobie, z którą rozmawiam, niż grupowe spotkania. Fascynują mnie ludzie realni z wszystkimi swoimi zaletami i wadami. I dlatego to o nich najbardziej lubię czytać, o ich codzienności, rozterkach, emocjach i ich światach, wśród których każdy z nich jest inny.

Plany, marzenia

W najbliższych dniach powstaną kolejne książki do słuchania i Grakaj rozpocznie czytanie „dzieciom” słów zmarłego we wrześniu, duńskiego pisarza Willy’ego Breinholsta. Książkę „Jak cało i zdrowo przyszedłem na świat” czytałem po raz pierwszy w wieku 5 lat i zapewne sporą część mojego pokolenia wprowadzała ona w tajniki poczęcia. Jest dziennikiem dziecka rozwijającego się w łonie matki, począwszy od chwili poczęcia aż do dnia narodzin. Jest absolutnie zabawna i mam nadzieję, że spowoduje uśmiech jeszcze u wielu osób.

– Moje plany nie sięgają zbyt daleko. Marzenia z kolei aż za horyzont, ale nie chciałbym głośno mówić o szczegółach. Mogę jedynie pół żartem, pół serio zdradzić, że będąc dzieckiem marzyłem o podkładaniu głosów do kreskówek. W swoich dążeniach do spełniania marzeń nie spieszę się jednak nigdzie. Raczej spaceruję przyglądając się okolicy i zastanawiając, na której ławce usiąść.

Odpoczywam w samotności. Gdy jestem już mocno zmęczony budzi się we mnie introwertyzm. Jeśli odpoczynek ma przynosić ukojenie duszy, oczyszczenie myśli, to dla mnie jednoznacznie kojarzy się z wyjazdem do rodzinnego domu, z przebywaniem w miejscach, w których się wychowałem, gdzie są jeszcze takie zakamarki, w których trudno o spotkanie jakichkolwiek innych, ludzkich istnień. Odpoczywam z myślami otulonymi szalikiem z nut, bo tylko muzykę zabieram ze sobą wszędzie. Żadnego pośpiechu i spraw niecierpiących zwłoki.

Żeby określić „moją filozofię” życia, musiałbym wybrać to, co najważniejsze, a ja nie lubię i nie chcę wartościować.

Inspirujące przestrzenie

Nie poznałem jeszcze miejsca, w którym chciałbym zostać na stałe. Lubię zmiany i nie przywiązuję się do miejsc w taki sposób, abym nie mógł ich opuścić. Często odwiedzam Kraków, który pozwala mi nawdychać się anonimowości i dostać przyjemnej zadyszki od szeroko rozumianej, wszędobylskiej w tym mieście kultury. Niedawno odkryłem niezwykły pierwiastek Lublina, w którym mieszkam na co dzień. Pierwiastek ten sprawił, że miasto nabrało dla mnie barw i chciałbym jeszcze przez chwilę tu zostać.

A co wzrusza i bawi Artura Grakaja? – Takich rzeczy jest mnóstwo! Nie chcę i nie potrafię bronić się przed pozytywnymi emocjami. Bywają nawet takie dni, gdy jak w „Delikatnieniu” Świetlickiego „byle reklama zmusza mnie do płaczu”.

Rozmawiała Magda Chojnacka.

Fragmenty rozmowy ukazały się 28 listopada 2009 r. w Dzienniku Wschodnim.

Projekt „Grakaj czyta dzieciom” w lipcu 2011 r. został zakończony, zastąpiły go Nagrania Lektora, a sam autor przeprowadził się do Warszawy, w której się z miejsca zauroczył.