Artur Grabias

Geek z sercem humanisty 🤓📖

Wyprawa do zasnutego mgłą lasu

Pojechaliśmy z Karoliną na jakieś totalne, nikomu nie znane odludzie, aby powłóczyć się po górach i oczyścić myśli. Takie Tatry, ale jak Bieszczady i to w marcu. Samochodem dało się dojechać tylko do lasu, więc wysiedliśmy na jego skraju i poszliśmy leśną ścieżką w kierunku, który wskazywał GPS. Wokół była gęsta, ciemna, jakby zanieczyszczona mgła. Oddychając mieliśmy wrażenie, że czujemy w ustach jej mleczno-gorzki smak. Choć na zegarku było około południa to wysokie jak bambusy drzewa zasłaniały skutecznie dostęp światła i dookoła panował półmrok. Atmosfera przyprawiała o dreszcze. Szliśmy w milczeniu. Z każdym krokiem roślinność zdawała się stawać coraz wyższa, a ścieżka węższa. Nie mówiliśmy o tym głośno, ale czuliśmy, że tylko kwestią czasu jest, gdy coś nas zaatakuje.

Odgłos szybkiego, równego biegu ciężkiego zwierzęcia słyszeliśmy już z daleka. Dudnienie było coraz głośniejsze. Zatrzymaliśmy marsz. Choć czułem, że serce bije we mnie coraz mocniej, bez słowa, spokojnie zdjąłem plecak i wyjąłem z niego nóż, odwróciłem się w kierunku odgłosów, a Karolina stanęła zaraz za mną. Wielki wilk wybiegł przed nas i w ułamku sekundy wyskoczył w górę na wysokość mojej głowy. Chwyciłem go za szyję i wbiłem szeroki nóż w jego brzuch tak mocno i bez wyczucia, że rękojeść, razem z moją dłonią weszła w jego ciało. Docisnąłem go do ziemi, dla pewności przekręcając ostrze jeszcze kilka razy. Położyłem na nim nogę i szybkim ruchem wyciągnąłem dłoń z jeszcze ciepłego truchła. Za ręką, niespodziewanie pociągnęły się wnętrzności zwierza wydając przy tym obrzydliwy odgłos bulgotania i odór trawionych resztek jedzenia. Zrobiłem kilka kroków w tył wstrzymując powietrze. Po chwili je wypuściłem i spod nosa wycedziłem ciche, soczyste „kurrrrwa”.

Popatrzyłem na Karolinę, która stała bez ruchu z obojętną miną, jakby nic się nie stało. Na jasnej bluzie, która zawsze kojarzyła mi się z amerykańskimi cheerleaderkami były poprzeczne plamy krwi, układem podobne do jednego z wcieleń Bowiego. Dopiero, gdy odwróciła głowę w moją stronę dostrzegłem, że krew zwierzęcia jest także na jej twarzy. Chyba ją poczuła, bo wyjęła z kieszeni jakiś skrawek materiału i starła ją. Była przy tym zupełnie niewzruszona, jak Rosamund Pike w jednej z ostatnich scen „Gone Girl”. Popatrzyła na mnie zimno, a jej wzrok pytał z wyrzutem „- Dlaczego nie idziemy dalej?”.

Wrzuciłem na siebie z powrotem plecak. Przebiegł po mnie dreszcz, gdy odchodząc spojrzałem jeszcze raz na poharatane zwierzę. Przyśpieszyłem kroku, aby dogonić Karolinę. Nie schowałem noża, a jedynie obróciłem jego rękojeść w drugą stronę, bo tak uczył mnie ojciec, gdy chodziliśmy razem na grzyby. Mówił, że dzięki temu, gdy się potknę to nie nadzieję się na niego. Wkrótce miałem mieć okazję przekonać się, że miał rację.

(…)

Według GPS, od wejścia do lasu do teraz pokonaliśmy idąc przez las, cały czas pod górę, już prawie 3 000 m. wysokości. Minęło wiele godzin, byliśmy wykończeni, ale wiedzieliśmy, że już prawie jesteśmy na miejscu. Zostawiliśmy za sobą trzy trupy, z których tylko pierwszy był stworzeniem, którego gatunek potrafiliśmy nazwać. Karolina, choć ciągle milcząca, wydawała się już bardziej pogodna, słyszałem jak nuci coś pod nosem, ale nie mogłem rozpoznać melodii. Nie wiedziała jeszcze, że wspiąłem się tutaj nie tylko po to, aby odpoczywać i oczyścić myśli. Miałem też spotkać tu kobietę znaną jako Zielarka, aby pomogła mi “nawrócić się”, cokolwiek to znaczy. Mówili, że jest starsza od wszystkich znanych im ludzi, ale w jakiś magiczny sposób wygląda na zaledwie pełnoletnią. Ponoć tylko jej mądre, niebieskie oczy zdradzają, że to złudzenie.

Doszliśmy do końca lasu. Stanęliśmy na szczycie pod kamienną, symboliczną bramą, a przed nami rozpościerał się widok na zupełnie inne miejsce – na wielką, jasną, zieloną polanę w dolinie, za którą znajdowały się rozsiane jak rozsypany mak zabudowania okolicznych domów, a nad nimi na całym horyzoncie – błękitne niebo. Zaproponowałem, abyśmy chwilę odpoczęli, nim pójdziemy dalej. Karolina uśmiechnęła się i skinęła głową. Wyjąłem wodę, podałem jej i zaczekałem, aż skończy pić. Potem sam wziąłem kilka tak głębokich łyków, że pewnie słychać mnie było nawet w lesie. Odrzuciłem plecak i nóż, położyłem się na plecach na trawie i wykończony, zadowolony zamknąłem oczy.

Zdaje się, że na chwilę przysnąłem, bo zdezorientowany usłyszałem nad sobą agresywne mruczenie jakiegoś wielkiego kota, zapewne czegoś podobnego do pumy lub równie groźnego i szybkiego. Siłą zostałem przywrócony do świadomości. Nie otwierałem oczu, tkwiłem bez ruchu, aby go nie sprowokować. Miałem wrażenie, że na podstawie wydawanych dźwięków już go zlokalizowałem i siedzi tuż nad nami, na kamiennej bramie, pod którą wcześniej przeszliśmy. Wydawało mi się, że serce bije mi już tak mocno, że dzikie zwierzę za chwilę je usłyszy i rzuci się na nas. Nie pamiętałem, w którą stronę odrzuciłem plecak i nóż. Jakby tego było mało, ziemia zaczęła pode mną drżeć. „- Czy tak zaczyna się trzęsienie ziemi?” – pomyślałem. Nie mając wyjścia i czasu do stracenia błyskawicznie otworzyłem oczy i pozostając bez ruchu – niespokojnie, z zaciśniętymi zębami rozejrzałem się.

Byłem w swoim mieszkaniu. Pokój spowijał mrok, a za moją głową, na oparciu łóżka leżała nie dzika, czarna puma, która chce rozszarpać mi gardło, a kot Harry, mruczący hipnotycznie w najlepsze. Drgania, które powodował były wyczuwalne na całym łóżku.
„- Trzęsienie ziemi. Pffff…!”. Przekręciłem się na brzuch, pogłaskałem kota, westchnąłem i pomyślałem „- Nigdy-więcej-Sapkowskiego przed snem”.

Serwisy rowerowe w Warszawie

Przez prawie 2 lata od zbudowania Otto Blau jeździłem nim niemal codziennie i miałem okazję odwiedzić kilka serwisów rowerowych. Niestety, przekonałem się na własnej skórze, że tak jak w przypadku serwisów samochodowych, wśród tych dla rowerów także dosyć często zdarzają się niewykwalifikowani mechanicy oraz naciągacze, którzy potrafią doszukać się nieprawidłowego działania sprawnych części lub liczyć sobie absurdalne pieniądze za 5-minutowe przyglądanie się rowerowi nazywając to „przeglądem”.

Z litości dla tych marnych biznesów nie będę wymieniał ich adresów, za to z przyjemnością napiszę, że w stolicy, na szczęście, są także solidne serwisy rowerowe. Na podstawie własnych doświadczeń mogę polecić  dwa z nich, ale nie wątpię, że jest ich więcej, tylko nie miałem okazji do nich trafić.


Pierwsze na mojej liście jest znajdujące się w okolicy metra Słodowiec (ul. Klaudyny 32) – bikerStudio. Jego pracownicy niejednokrotnie udowodnili mi, że serwisowanie roweru nawet na retro częściach nie jest dla nich żadnym problemem, nie trzeba zostawiać u nich całego portfela, a i nigdy nie musiałem szybko do nich wracać.

biker studio

Zdarzało się, że Rafał wybijał mi z głowy pomysły głupich modyfikacji roweru, nawet takie, na których jako firma mogliby zarobić, a Michał ratował mojego Otto, gdy wydawało się, że czekają mnie duże wydatki – na przykład, gdy wpadłem w nocy w tak solidną dziurę, że nie tylko złapałem gumę i lekko skrzywiłem koło, ale w obręczy powstało całkiem spore wgniecenie. Poradzili sobie i z tym!

Są zdecydowanie godni zaufania i polecenia. Choć bliżej mam przynajmniej kilka innych serwisów – bez wahania nadkładam drogi i jadę do nich. Dodatkowo mają super fajną usługę – wypożyczanie rowerów na doby. Zamiast tłuc się Veturilo czy przesiadać do metalowych puszek możecie na czas serwisowania Waszego roweru zgarnąć jeden z ich rowerów testowych. Fajnie, prawda? :)


Drugi serwis to Buacchini biciclette. Bliżej do niego mogą mieć Warszawiacy mieszkający w południowej części miasta, bo umiejscowiony jest na Wawrze. Czasami możliwy jest odbiór roweru wprost spod Waszych drzwi – warto zadzwonić i zapytać. Za tym serwisem stoi nie kto inny jak budowniczy mojego roweru – Kamil „Kams” Błachnio, więc bez wahania mogę go polecić jako porządnego mechanika, który nie zrobi Was „w jajo” i profesjonalnie ogarnie Wasze rowery. Korzystajcie!

Kams


P.S. Zanim wybierzecie się do serwisu koniecznie sprawdźcie czego nie mówić mechanikowi ;-)

fot. tytułowa – Piotr Zięba

O tej, której nie ma

Poniższy wpis to literacka fikcja. Ot wynik zbyt dużej ilości alkoholu i wolnego czasu ;) Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń jest przypadkowe.

Leżałem na podłodze w małym, wynajętym mieszkaniu w Warszawie. Na ostatnim piętrze, z widokiem na wieżowce w Centrum. W środku panował niemal mrok, a jedyne światło dochodziło z latarni za oknem. Przebijając się między żaluzjami tworzyło na suficie długie prostokąty, na które patrzyłem, gdy otwierałem oczy. Na głowie miałem słuchawki wypełnione fortepianem Nilsa Frahma, a w moich myślach płynęły twarze, piersi i dłonie kobiet, z którymi dane mi było kiedyś być. Zastanawiałem się co we mnie zmieniły, co obudziły i jak wiele błędów z nimi popełniłem. Czy któraś z nich była idealna? – Na pewno nie. Czy żałuję, że z którąś z nich już nie jestem? Jakie cechy powinna mieć idealna dla mnie kobieta? Które cechy moich partnerek lubiłem najbardziej?

Powinna być wrażliwa. Może nawet nieco nadwrażliwa – pomyślałem. Chyba powinna też czuć sztukę w każdym wydaniu, choć ja sam potrafię poczuć tylko muzykę, słowa, filmy i zdjęcia. Niech lubi zwierzęta i najlepiej jak ja niech ich nie je, ale nie chciałbym, aby wytaczała wojny tym, którzy to robią. Niech będzie raczej introwertyczna, ale nie niemożliwa do otwarcia się przede mną. Niech dzieli się ze mną tym, co budzi w niej emocje. Niech inspiruje. I niech mówi poprawną polszczyzną, nie używa niepotrzebnie zdrobnień i niech nie robi błędów ortograficznych. Niech dostrzega i cieszy się z małych przyjemności. I niech obejmuje mnie „tak rozpaczliwie przez sen”.  I niech będzie empatyczna, szanuje innych ludzi i niech będzie dla nich dobra. Niech lubi celebrować winem i papierosami, albo oduczy mnie palić i pić w ogóle. Niech wpada czasami w melancholię i w pasję, gdy przypomni sobie czegoś fragment i szuka jego źródła. Niech nie wstydzi się przy mnie swej nagości i niech będzie głośno, gdy się ze mną kocha. Niech nie obawia się mówić mi, czego potrzebuje i niech pamięta, że choć czasami nie będę się z nią zgadzał, to zawsze będę po jej stronie. Niech będzie zazdrosna i niech to pokazuje. Niech jeździ na rowerze i kocha swój rower i wolność, którą daje. Gdyby czasami ze mną biegała byłoby mi miło bardzo. Niech łatwo, ale niepretensjonalnie się wzrusza.

Kiedyś wydawało mi się, że żaden z moich związków nie przetrwał dłużej niż 2-3 lata, bo spotykałem się z trudnymi kobietami – takimi, które mają dużo nie tylko egzystencjalnych problemów. Dla których mogę być wsparciem i czuć się im potrzebny. W których emocje – także te złe – często szaleją. I choć z niektórymi z nich byłem krótszymi i dłuższymi chwilami byłem szczęśliwy kompletnie to postanowiłem (tak, byłem już na tyle „dorosły”, że mogłem to postanowić) zacząć spotykać się z kimś, kto będzie znacznie prostszy, bezproblemowy i tak zwyczajnie – radosny życiowo, jak wiele osób myśli o mnie.

Gdy jednak spotkałem taką kobietę okazało się, że ona nie potrafi „tak rozpaczliwie obejmować przez sen”. Że brakuje mi w niej emocji, które mógłbym przyjmować od

niej, dodawać swoje i oddawać w zabójczej mieszance, która

 jak kilka kolejek Long Island Ice Tea powalałaby ich oboje na ziemię. Najwyraźniej ich siła, dojrzałość i intensywność, biorą się w jakiejś mierze z egzystencjalnych problemów, z ich roztrząsania w sobie. Ich brak, brak myślenia siebie, także krytycznie, może sprawiać, że ludzie nie znają i nie potrafią tworzyć tych emocji. I, choć próbowałem obudzić je w tej radosnej kobiecie, którą poznałem, na nic się to zdało i czułem się przy niej, jakbyśmy rozmawiali tylko o pogodzie. Zacząłem mieć wyrzuty sumienia, że zbyt wiele od niej oczekuję i zbyt intensywnie analizuję każde jej słowo i gest doszukując się w nich drugiego dna, inteligentnie przekazanych emocji, których… jednak nie było.

Postanowiłem oddalić się. Nie tylko od niej, ale w ogóle od damsko-męskich relacji. Nie pierwszy raz zresztą. Zacząłem rozumieć, że to nie z tymi kobietami było coś nie tak, tylko stworzyłem potrzeby niemożliwe do spełnienia, bo wykluczające się nawzajem. Jaki wpływ na to miała kultura? Które wzorce skierowały mnie na drogę człowieka niepotrafiącego zbudować trwałej relacji? Może to dlatego, że dorastałem na przegadanym i wyidealizowanym „Dawson’s Creek”, a jednocześnie wielbiłem twórczość Nicka Cave’a i Toola?

Choć czasami czuję się samotny, to potrafię zapanować nad tym uczuciem i na co dzień czuję się dobrze, bardzo dobrze. Może jest to możliwe i wystarczy odciąć się od „myślenia siebie”, po prostu żyć zamiast myśleć o tym jak żyję?

Jak większość z nas chciałbym zakochać się, tak bardzo intensywnie jak mi się już zdarzało, ale nie muszę. Zwłaszcza, że kończenie z nieracjonalnych przyczyn każdego związku, w którym byłem, zawsze odbierało mi część poczucia, że jestem dobrym człowiekiem. Bardzo chcę nim pozostać.

Mój pierwszy raz w Tatrach

Do Zakopanego po raz pierwszy trafiłem 5 lat temu. Wtedy pogoda nam nie dopisała i spontanicznie wyruszyliśmy do Pragi. W sobotę 26 września 2014 r. historia miała się powtórzyć, bo już w Kuźnicach przywitał nas deszcz.

kolejka na Kasprowy Wierch

Gdy wjeżdżaliśmy kolejką na Kasprowy Wierch było tylko gorzej – zamiast pięknych widoków, za szybą roztaczała się biała, gęsta mgła.

kolejka na Kasprowy Wierch

fot. Zbyszek Łokaj

Koniec trasy przywitał nas śnieżycą. Nieco zniechęceni usiedliśmy w lokalu, podładowywaliśmy baterie i zastanawialiśmy się co dalej.

Kasprowy Wierch - tabliczka 1987 m n.p.m.

Postanowiliśmy głosować. Miałem twarde, racjonalne argumenty za tym, aby zostać i czekać na lepszą pogodę:

  • moje zerowe doświadczenie w górach (umówmy się – Bieszczady to nie góry ;-) )
  • moje niewyleczone do końca zwichnięcie stopy
  • brak jakiegokolwiek profesjonalnego ekwipunku (nie licząc plecaka, ale o tym później)
  • „perspektywa zera zachwytów” – widoczność ok. 50 m pozwalała oglądać tylko kamienie pod nogami

Zbyszek i Paweł byli znacznie bardziej wyluzowani:

  • „- Damy radę!”
  • „- Kto, jak nie my?!”
  • „- Nie pękaj, bro!”

Przegrałem w głosach 2:1. „Fuck it! Idziemy!”

Wychodząc z punktu turystycznego na Kasprowym Wierchu, napiliśmy się z przypadkowo spotkanymi turystkami Zbyszkowej wiśniówki domowej roboty i ruszyliśmy w drogę na Świnicę. Miałem dopiero się przekonać co to dla nas oznacza.

Po 30-minutowym, monotonnym marszu w śniegu, ciągle w dobrych humorach podążaliśmy czerwonym szlakiem wzdłuż granicy polsko-słowackiej.

fot. Zbyszek Łokaj

fot. Zbyszek Łokaj

Nasze buty bardzo szybko przemokły. Po minięciu przełęczy Liliowe teren stawał się coraz bardziej wymagający. Nie widziałem kamieni pod śniegiem, więc co jakiś czas ześlizgiwałem się z nich, a lewa stopa przypominała mi, że jeszcze powinienem ją oszczędzać. Paweł i Zbyszek nadali marszowi szybkie tempo. Gdy straciłem ich z oczu, pierwszy raz pomyślałem, aby zawrócić. Wiedziałem jednak, że samotny powrót w taką pogodę to jeszcze większe ryzyko. Przynajmniej tak mi się wydawało.

Co jakiś czas zatrzymywaliśmy się na chwilę. Oczywiście nie po to, aby podziwiać widoki. Przed wyjazdem chłopaki roztaczali przede mną wizję leżenia na górskiej polanie i picia wina w słońcu. Jak bardzo mnie oszukali! W praktyce, gdy choć na chwilę przestawał padać śnieg, wyglądało to tak (możecie kliknąć w „Zobacz w Mapach Google”, a potem obracać zdjęcie o 360 stopni za pomocą strzałek na klawiaturze):

Byłem już bardzo mocno zniechęcony, a teren sprawiał wrażenie coraz trudniejszego. Gdy do pójścia dalej zaczęło być konieczne podpieranie się rękami lub trzymanie łańcucha w marznących dłoniach, a wędrówka coraz bardziej przypominała wspinaczkę, zacząłem martwić się o nasze zdrowie i zastanawiać jakie mamy szanse na powrót w jednym kawałku.

Świnica

fot. Zbyszek Łokaj

Świnica

fot. Zbyszek Łokaj

To był istny koszmar i byłem trochę przestraszony, ale bardziej zły, że moja asertywność zawiodła i przystałem na bardzo nierozsądny pomysł pójścia w góry w taką pogodę. Zaciskałem zęby i myślałem o sposobach, na jakie będę mógł „zamordować” moich towarzyszy podróży, gdy uda nam się dotrzeć do schroniska ;-)

I wtedy stał się pierwszy cud.

Świnica

fot. Zbyszek Łokaj

Na trasie dogoniliśmy Martę i Tadka – niesamowicie pozytywnych podróżników, którzy wędrując w tak okrutnych warunkach, śmiali się, żartowali i widać było, że to nie jest ich pierwszy raz, są dobrze przygotowani i mają z tego mnóstwo radości. Czyli nie tylko my jesteśmy na tyle szaleni, aby w taką pogodę wychodzić w góry! Podróżnicy zatrzymali się z nami na wymianę trunków, powygłupialiśmy się, zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcia i to mi dodało otuchy. Dziękuję Wam!

Razem weszliśmy na Świnicę – jak się później dowiedziałem – jeden z bardziej wymagających szczytów w Tatrach (sic!).

http://marta-ulanska.blogspot.com/

fot. Marta Ulańska

fot. Marta Ulańska

fot. Marta Ulańska

fot. Marta Ulańska (http://marta-ulanska.blogspot.com/)

fot. Marta Ulańska

fot. Marta Ulańska (http://marta-ulanska.blogspot.com/)

fot. Marta Ulańska

 

Niech ten uśmiech Was nie zmyli. Choć w znacznie lepszym nastroju, to ciągle byłem wykończony, przemoknięty, obolały i martwiłem się o to, czy dotrzemy do schroniska w jednym kawałku.

Wtedy stał się drugi cud.

Schodząc ze Świnicy spotkaliśmy na jednym ze stromych przejść przerażoną parę turystów. Ona – drżąca i zapłakana, sparaliżowana strachem, nie mogła ruszyć się ani do przodu, ani do tyłu. On – również nieźle przestraszony, ale stara się z marnym skutkiem jakoś ją uspokoić. Czekają, aż dotrą do nich ratownicy TOPR, po których wcześniej zadzwonili. Widząc beznadziejność sytuacji, wszyscy zaczęli z serdecznością uspokajać i pocieszać biedaków. Nawet ja – do tej pory – delikatnie mówiąc – mocno zaniepokojony sytuacją, rozluźniłem się i jakby automatycznie poczułem, że nie mogę pokazać, że widzę dla nas zagrożenie – zacząłem pewnym siebie głosem żartować razem z resztą i z uśmiechem na ustach zgrywać doświadczonego taternika.

Marta założyła dziewczynie swoją uprząż, którą była połączona z Tadkiem i zaczęliśmy powoli schodzić w dół. Niedługo później dotarli do nas ratownicy TOPR i przejęli nierozsądną parę. Wkrótce z żalem rozstaliśmy się także z Martą i Tadkiem – uścisnęliśmy się na pożegnanie i nasze drogi się rozdzieliły.

Tatry dolina

fot. Zbyszek Łokaj

Ze Zbyszkiem i Pawłem, wykończeni i przemoknięci od stóp do głów, ale cali i zdrowi dotarliśmy do schroniska w Dolinie Pięciu Stawów. I to był trzeci cud.

Na miejscu okazało się, że tylko mój rowerowy plecak przetrwał test na wodoodporność (Ortlieb Velocity – polecam!). Zbyszka zapasowe spodnie były przemoczone prawie jak te, które miał na sobie. Niestety, mimo że wszystko w moim plecaku było suche, to swoje zapasowe spodnie zostawiłem… w samochodzie w Zakopanem. I tak oto pośród brodatych turystów górskich i twardych turystek, których spotkaliśmy w schronisku, Zbyszek paradował w rajstopo-getrach, a ja w bluzie przewiązanej wokół pasa, która wyglądała jak spódnica. Gender pełną gębą!

Byłem wykończony i wstydziłem się wstać z miejsca, bo – co tu dużo mówić – nóg nie mam najlepszych ;-) Jakiś gitarowy maestro przygrywał stare hity, a rezydenci śpiewali razem z nim i bawili się w najlepsze. Zbyszek jak zawsze super wyluzowany – spał z głową na stole, co jakiś czas budził się i nie otwierając oczu brał łyka stojącego przed nim piwa, po czym dalej szedł spać, a ja i Paweł kończyliśmy wiśniówkę marząc już tylko o tym, aby zasnąć na brudnej podłodze.

schronisko w Dolinie Pięciu Stawów

Gdy obudziłem się rano, ubrałem się (jak bardzo można tęsknić za spodniami!), zszedłem po śniadanie i kubek kawy i postanowiłem zjeść na zewnątrz. Wyszedłem przed schronisko i zobaczyłem to:

Dolina Pięciu Stawów

Dolina Pięciu Stawów

Usiadłem i nie mogąc uwierzyć w ten zapierający dech w piersiach widok, siedziałem w błogiej ciszy bardzo długo. Koszmar poprzedniego dnia zniknął jak ręką odjął, śniadanie i kawa smakowały jak najlepsze na świecie i czułem się absolutnie szczęśliwy. Wiecie co? Życie jest piękne! :-)

Tatry

fot. Zbyszek Łokaj

Ten i następny dzień były już tylko (aż!) niesamowicie przyjemnym wędrowaniem pełnym zachwytu polskimi górami.

szlak przy PTTK Muranowiec

Małe podsumowanie:

  • nigdy nie wychodź w góry w kiepską pogodę, jeśli nie jesteś absolutnie pewny że wiesz, co robisz
  • zapasowe ubranie, naprawdę wodoodporny plecak i porządne buty to „must have” w górach, przynajmniej, gdy jest jakakolwiek szansa na opady
  • nie taszcz ze sobą lustrzanki, zamiast tego weź telefon z porządnym aparatem (wszystkie zdjęcia i film zrobiłem iPhonem 5, Nikona D90 praktycznie nie używałem)
  • jeśli chcesz oszczędzić baterię w telefonie, używaj  „trybu samolotowego” – pozwolił mi cały dzień robić zdjęcia i kręcić filmy na jednym ładowaniu
  • zajrzyjcie na stronę podróżniczki Marty, którą spotkaliśmy na szlaku (piękne zdjęcia z wypraw!)
  • Tatry są absolutnie urzekające. Dla mnie to była miłość od pierwszego drugiego wejrzenia. W przyszłym roku wracam na dłużej!

Na koniec jeszcze jedno zdjęcie sferyczne, które jest już w Mapach Google i choć odrobinę oddaje to, co w Tatrach zastałem. Tak jak wcześniej możecie kliknąć w „Zobacz w Mapach Google”, a potem obracać zdjęcie o 360 stopni za pomocą strzałek na klawiaturze:

Więcej zdjęć sferycznych, nie tylko z tego wyjazdu, znajdziecie na mojej stronie w Google.

„Polaroid”

audiobooki

Polaroid – Artur Grabias

Ostatni tydzień lata. Lał deszcz tak silny, jakby ktoś wylewał go setkami wiader z nieba. To już nawet nie były krople, a strumienie wody tak gęste, że miałem wrażenie, jakby przygniatały powietrze do ziemi. Jechałem bardzo szybko, tak szybko, jak tylko rowerem było to możliwe. Dookoła nie było nikogo, bo kto przy zdrowych zmysłach wychodziłby teraz na zewnątrz? A może po prostu nikogo nie widziałem, bo strugi deszczu wylewając się na gorący asfalt od razu odparowywały i tworzyły gęstą, mleczną mgłę. Słyszałem szum opon przebijających się przez powietrze. Było już prawie ciemno, jechałem na pamięć pomiędzy ciemnoszarymi konturami kamienic, widząc tylko tyle, na ile pozwalały rozświetlające niebo co kilka-kilkanaście sekund błyskawice. Gdy się pojawiały, niemal w tym samym momencie następował głośny grzmot. Choć wiedziałem, iż to oznacza, że jestem w epicentrum tej burzy nie budziło to we mnie obaw, najważniejsze było to, abym zdążył.

Woda spływała po mnie ciurkiem z czubka głowy, przez twarz, klatkę piersiową, nogi i mokre buty, do ziemi. Czułem w rozchylonych ustach jej słony, wymieszany z potem smak. Jezdnia zamieniła się w płytki strumyk. Rytmicznie, mocno naciskałem na pedały utrzymując maksymalną prędkość. Ręce kurczowo zaciskałem na kierownicy wiedząc, że jeden błąd może sprawić, że stracę panowanie nad Otto i wyląduję na ziemi, a na to nie mogę sobie pozwolić. Wtedy z pewnością bym nie zdążył.

Skręciłem w Tamkę i wykorzystując stromy zjazd przyśpieszyłem jeszcze bardziej. Minąłem naziemne przejście dla pieszych i wtem, w ułamku sekundy zrobiło się biało, jakby ktoś flashem aparatu wystrzelił mi prosto w twarz. Niemal natychmiast nastąpił ogłuszający huk i poczułem, że leżę na jezdni, a woda przepływa wzdłuż mojego prawego boku w stronę stóp i głowy omijając mnie jak zbyt krótką tamę. Całe otoczenie natychmiast ucichło, słyszałem w głowie jedynie dziwny, stłumiony, jednostajny świst dobiegający gdzieś z daleka. Straciłem przytomność.

Gdy obudziłem się, poczułem w powietrzu poburzowy ozon wymieszany z egzotycznym zapachem tytoniu. Otworzyłem oczy. Świtało. Na zachodnim niebie jeszcze skrzyły się gwiazdy, ale niebo po przeciwnej stronie było już waniliowe. Przy mnie, na krawężniku jezdni siedziała dziewczyna. Miała pochyloną głowę, rude włosy i pomalowane różową szminką usta. Nie widziałem jej oczu. W dłoni trzymała wypalonego do połowy djaruma. Wziąłem głęboki, słyszalny wdech, a ona nie odwracając się podała mi swojego papierosa.
– Witaj, Art. Czekałam na ciebie. – powiedziała. Wahając się wyciągnąłem dłoń po papierosa. Gdy go chwytałem poczułem opuszki jej palców. Nie podnosząc się z ziemi popatrzyłem w górę i zaciągnąłem się dymem. Nade mną było miejsce, gdzie kolor nocnego nieba stapiał się z waniliowym świtem. Wypuściłem dym, który w przejrzystym powietrzu wydawał się tak gęsty, że przez chwilę miałem wrażenie, jakbym wypuszczał z siebie coś jeszcze. Zaniepokojony oddałem jej papierosa. Intuicja podpowiadała mi, że widzimy się nie po raz pierwszy, próbowałem więc dojrzeć jej twarz, aby ją rozpoznać. Uniosła głowę patrząc gdzieś w dal, ale jej oczy ciągle były ukryte w cieniu włosów. Przyłożyła djaruma do różowych ust i powoli się zaciągnęła. Po kilku sekundach wypuściła z ust dym, a ja wyraźniej poczułem zapach goździków.

Pierwsze promienie słońca pospacerowały po jej nie wiadomo dlaczego bosych stopach, po dłoni trzymającej papierosa, po odkrytym ramieniu. Zatrzymały się na jej twarzy. Gdy zdecydowałem się podnieść, odwróciła do mnie głowę. Zamiast wstać usiadłem po turecku. Teraz widziałem wyraźnie jej szczupłą twarz, rozchylone usta wypuszczające dym i duże oczy z nieludzkimi, ciemnoniebieskimi tęczówkami, które sprawiały wrażenie, jakby tworzyło je mnóstwo pojedynczych kryształków. Patrzyła na mnie spokojnie, przenikliwie. Tak jak patrzą bardzo inteligentni, ale nieco wycofani, introwertyczni ludzie. Ludzie, którzy mają tajemnice. Było w niej coś niepokojącego. Gdy onieśmielony opuściłem wzrok, w dłoniach nie trzymała już papierosa. Podniosła do góry aparat, skierowała go w moją stronę i nim zdążyłem zaprotestować wcisnęła spust migawki. Już po sekundzie z polaroida wysunęła się kwadratowa odbitka. Wyjęła ją długimi, smukłymi palcami i wyciągnęła w moją stronę dłoń trzymającą fotografię. – Musisz wiedzieć, Art, że teraz nie wszystko jest takie samo. – spojrzałem na nią i powoli wyciągnąłem dłoń po zdjęcie.

Odbitka była jeszcze czarna, zacząłem delikatnie nią poruszać. Z głębokiej czerni, w lewym górnym rogu najpierw wyłonił się leżący za mną Otto. To, co zobaczyłem po chwili, wstrzymało mój oddech. Na zdjęciu ukazał się około 70-letni mężczyzna z półdługimi, siwymi włosami, zmarszczonym czołem i siwą, gęstą brodą. Miał moje oczy. Podniosłem głowę i popatrzyłem zdezorientowany na dziewczynę, która sprawiała wrażenie, jakby była z innego świata. – Nie bądź zdziwiony, Art. – Przecież wiesz, że nim właśnie jesteś – dodała po chwili. Popatrzyłem znowu na zdjęcie. Przeniosłem dłoń na swoją twarz, a na policzku poczułem obcą mi, szorstką brodę. Gdy w końcu wydobyłem głos, aby coś powiedzieć, rudowłosej dziewczyny już nie było, świat jakby dopiero teraz zaczął się budzić, usłyszałem ptaki na okolicznych drzewach i odgłosy miasta z daleka, a w głowie pojawiły się powtarzane w kółko trzy zdania: „Ciągła niemożność. Wieczne niespełnienie. Intymność małych zaświatów…”

fot. M. Sylwestrzak

„Black mirror”. Co nam zrobisz, nowoczesny świecie?

black mirror

Choć wg opisu producenta historie przedstawiane w „Black Mirror” umiejscowione są w przyszłości, to niektóre mogłyby zdarzyć się już dziś, a pozostałe w przyszłości wcale nie tak odległej, jak mogłoby się to w pierwszej chwili wydawać. To właśnie jest najbardziej niepokojące, przecież już każdy z nas na co dzień spotyka się z tytułowym „czarnym lustrem”…

„If technology is a drug – and it does feel like a drug – then what, precisely, are the side-effects? This area – between delight and discomfort – is where Black Mirror, my new drama series, is set. The „black mirror” of the title is the one you’ll find on every wall, on every desk, in the palm of every hand: the cold, shiny screen of a TV, a monitor, a smartphone.”

Każdy odcinek tego brytyjskiego mini-serialu, który w 2012 r. otrzymał statuetkę Emi w kategorii „najlepszy mini serial” posiada innych bohaterów i integralną fabułę. Łączy je to, że przedstawiają potencjalny i ukazany w przyszłości, wyolbrzymiony (czy aby na pewno?) wpływ nowych technologii i „społecznego internetu” na wybrany aspekt życia społecznego. W serialu znajdziemy wątki o sile współczesnych mediów i reklamy, globalnej komunikacji w social mediach, samotności w cyberświecie, o zachwianym, współczesnym postrzeganiu sztuki, ogłupianiu ludzi w masowych, nie tylko telewizyjnych przekazach nieadekwatnymi do ludzkich wartościami i regułami, o grywalizacji wdrożonej w niemal wszystkie aspekty codzienności, relacjach damsko-męskich w dobie „Wielkiego Brata”, o zastępowaniu bliskich nam ludzi sztuczną inteligencją i o produkowaniu tylko dla konsumpcji (trudno nie dostrzec nawiązań do „Podziemnego kręgu” Palahniuka).

Całość utrzymana jest w świetnym, psychologicznym klimacie i oglądając niemal czuje się w sobie okrutne wyobcowanie w świecie, w którym znaleźli się bohaterowie. To serial nie tylko dla fanów „Roku 1984” Orwella. To pozycja absolutnie obowiązkowa dla miłośników nowych technologii będących także fascynatami zmian w społeczeństwie informacyjnym. Na pewno zainteresuje także badaczy zachowań tłumu (m.in. w ujęciu Le Bona), obserwatorów współczesnych mediów i komunikacji społecznej, a także osoby wyłącznie interesujące się nowinkami technicznymi. Poza tym to po prostu dobry thriller :)

To serial zdecydowanie godny polecenia, dla mnie – fenomenalny, chwilami wstrząsający i dawno nie oglądałem czegoś tak dobrego. Ze względu na specyficzną realizację serialu oraz jego nieco geekową tematykę – z pewnością nie wszystkim się spodoba, ale mimo to – polecam.

Do dziś premierę miały 2 serie mające tylko po 3 odcinki i niedawno zakończyła się emisja drugiej serii. Odcinki były emitowane w HBO i część z nich jest obecnie dostępna w HBO GO. Pozostałe można znaleźć już chyba tylko w „internetowej wypożyczalni”… Wszystkim, którzy przymierzają się do obejrzenia życzę niesamowitych wrażeń!

update:
Osobom, którym bliska jest tematyka serialu z pewnością spodoba się film pełnometrażowy „Ona” z 2013 r. Trudno nie mieć wrażenia, że fabuła tego filmu czerpie z jednego z odcinków „Black Mirror” :)

Ribbon Hero 2, czyli patent na zostanie mistrzem PowerPointa, Excela, Worda…

Pamiętacie tego gościa? :D

clippy

Tak! To Clippy, czyli Spinacz ze starych wersji Office’a :)) Pracował dzielnie, ale jak pewnie pamiętacie był strasznie wszędobylski, a przez to irytujący i w końcu… stracił pracę. Przestał pomagać użytkownikom począwszy od Office 2003, nie mając środków do życia zamieszkał z mamą, ale i jego mama w końcu straciła cierpliwość i kazała mu wyruszyć z domu w poszukiwaniu pracy. Na jego szczęście szybko trafiło się ciekawe ogłoszenie…

Ribbon Hero 2

W świecie humorystycznej, komiksowej fabuły pomagamy więc Clippiemu przygotować ładne CV, a potem… przez gapowatość sympatycznego Spinacza wybieramy się w podróż wehikułem czasu, podczas której poznajemy ciekawostki świata, odwiedzamy m.in. dwór króla Artura, piramidy egipskie, Woodstock i starożytną Grecję. Zupełnie przy okazji, z wykorzystaniem elementów grywalizacji uczymy się używać funkcji pakietu Office i zdobywamy nowe poziomy, którymi możemy dzielić się ze znajomymi.

Ribbon Hero 2

Wszystko po to, aby połączyć zabawę z nauką i to się naprawdę udaje! Ribbon Hero 2 polecam nie tylko osobom, które do dziś nie oswoiły się z nowym (począwszy od wersji 2007) pakietem Office, ale także tym, którym tak jak mi wydawało się, że znają już ten pakiet bardzo dobrze. Nie dotarłem jeszcze do końca fabuły, a już odkryłem masę nowych funkcji i jestem przekonany, że jeśli trochę pogracie to też stwierdzicie, że nowe pakiety Microsoftu są znacznie bardziej funkcjonalne i prostsze w użyciu od poprzednich :))

Gra jest bezpłatna, wydał ją Microsoft i można ją pobrać z tej strony:
http://www.ribbonhero.com/

Musicie mieć zainstalowany na komputerach Office 2007 lub nowszy. Szkolenie jest dostępne tylko w języku angielskim, ale można je instalować także na polskojęzycznych wersjach Office. Gra jest tak sympatyczna, że na pewno nie pożałujecie poświęconego jej czasu, a przy okazji podszkolicie swój office’owy skill, który jak wiadomo w „biurowych” zawodach, a nawet już na studiach bywa bardziej niż przydatny. Bawcie się dobrze, tylko ostrożnie, bo ta gra wciąga! :))

P.S. Gdyby pod wpływem gry ktoś z Was zatęsknił za Clippim i chciał go spotykać na co dzień to jest sposób na dodanie go do nowych pakietów Office… (link).

Król bankowości internetowej powrócił – nowy mBank

Choć przywitał posypanym ekranem logowania:

nowy mbank

to jednak drobiazg (wyczyszczenie cache, czyli kombinacja klawiszy CTRL + R pomogło) i potem było już tylko dobrze. Nowy serwis transakcyjny mBanku, który został dziś udostępniony zdecydowanie „daje radę”. Jest prosty, intuicyjny, ergonomiczny, a mimo to naprawdę szybki (!). Wprowadza kilka bardzo użytecznych drobiazgów, np. darmowe potwierdzenia e-mail czy logowanie za pośrednictwem nazwy użytkownika. Jest też kilka większych funkcji, które dopiero odkrywam, ale już na pierwszy rzut oka wydają się przydatne – np. przekazywanie przelewów bez znajomości numeru konta bankowego odbiorcy (!) czy narzędzie do zarządzania domowym budżetem w oparciu o planowane wydatki. W nowym serwisie oczywiście nie zabrakło mechanizmów grywalizacji, które są nienachalne i wierzę, że mogą spełnić swoją rolę. Moim zdaniem najważniejszą jednak cechą wyróżniającą nowy mBank jest to, że ten serwis naprawdę działa i to działa bez zarzutu – w przeciwieństwie do bezpośredniej konkurencji, która w ubiegłym roku wypuściła nowoczesny, ale niedopracowany produkt, w którym do dziś nie wszystko funkcjonuje prawidłowo.

Nowy mBank ma jeszcze jedną ważną zaletę: jest… po prostu śliczny :-) Otrzymał ładny design zgodny z bardzo udaną, nową komunikacją wizualną marki i ma się miłe wrażenie, że wszystko tu pływa – od chwili zalogowania korzystanie z serwisu zdecydowanie sprawia przyjemność.

mbank.2png

Do mBanku mam duży sentyment, bo był nie tylko pierwszym internetowym bankiem w Polsce, ale także moim pierwszym bankiem w ogóle :) Nie będę się jednak rozwodził o moim postrzeganiu marki, bo to temat na osobny wpis, a ten dotyczy tylko nowego serwisu transakcyjnego. Ten, od kilku lat był w stagnacji i w ubiegłym roku dał się mocno wyprzedzić konkurencji. Po pierwszych testach stwierdzam jednak, że mBank nie tylko odrobił pracę domową i nadrobił zaległości, ale wyszedł przed szereg i znowu wyraźnie wyprzedził pozostałych.

Błahol, czyli dobroci z materiału nie tylko dla kurierów rowerowych

Na Facebooku napisali, że znajdę ich pod adresem Solec 18/20. Świetnie! – pomyślałem. Ta ulica jest jakieś 500 m od mojego mieszkania na warszawskim Powiślu, więc wyruszam w pierwszej wolnej chwili. Na miejscu niespodzianka – pod tym adresem jest znany klub 1500m2. Przypinam rower do metalowej barierki i zaczynam się rozglądać. Tuż za wejściem widzę niebieskie logo i strzałkę, na które wcześniej będąc w tym klubie nie zwróciłem uwagi. Oznaczenia kierują do piwnicy. Schodzę. W porównaniu do upału na zewnątrz, tu panuje przyjemny chłód. Długi, ciemny korytarz jest wypełniony rowerami, zapewne pozostawionymi dla pracowni serwisowej kolektywu Cech, a z końca korytarza dobiega muzyka i tajemniczy stukot. Nieco niepewnie kieruję się w jego stronę. Na samym końcu znowu logo i skręcam w prawo. W pomieszczeniu, do którego trafiam, pomiędzy stertami materiałów, szkiców, nalepek i notatek widzę dwóch młodych facetów, takich zupełnie współczesnych, modnie ubranych ziomków, ale siedzących przy… klasycznych maszynach do szycia :)) Widok tak zaskakujący, że przez chwilę nie wiedziałem co powiedzieć. Nie pamiętam kiedy ostatni raz widziałem kogoś przy takim retro sprzęcie, a na pewno nigdy nie widziałem przy niej tak młodych ludzi, tym bardziej facetów. O całym tym dysonansie zapomniałem już po chwili, gdy jeden ze szwaczy przerwał pracę, wstał od maszyny, podszedł do mnie i powiedział:

– Siema, jestem Błahol.

Błahol, fot. Patryk Wiśniewski

fot. Patryk Wiśniewski

„Drugie nożyczki” to Wojtek. Chłopaki przede wszystkim robią świetne torby kurierskie, ale w ich asortymencie rowerowym znajdują się też inne „dobroci z materiału”: plecaki, t-shirty, pasy na u-locki, torby biodrowe, osłony ramy, a nawet „ocieplacze” u-locka i wiele, wiele innych. Wszystko szyte przez nich ręcznie (!). Zobaczcie zresztą wzorce sami na blahol.pl. Ja od razu zdecydowałem się na pas do u-locka w bardzo dobrej cenie (55 zł) i sam wybrałem kolor podszycia. Efekt jest taki:

arturgrabias.com

arturgrabias.com

arturgrabias.com

arturgrabias.com

arturgrabias.com

arturgrabias.com

arturgrabias.com

arturgrabias.com

arturgrabias.com

arturgrabias.com

Jestem bardzo zadowolony i już po kilku godzinach jeżdżenia z tym pasem zdecydowałem się na wymontowanie z ramy roweru zaczepu na u-locka, zastanawiam się jak wcześniej mogłem jeździć bez czegoś tak przydatnego? Nie dość, że pas jest bardzo funkcjonalny (oprócz u-locka można przyczepić do niego np. klucze, a nawet torbę biodrową) to już na pierwszy rzut oka widać, że szwy są zrobione starannie i niełatwo byłoby je zniszczyć. Do tego wszystkiego pas wygląda świetnie! Czy można chcieć czegoś więcej? :)) Jeśli ktoś jednak chciałby to warto wiedzieć, że Błahol podejmuje się także indywidualnych projektów, można np. zamówić torbę z własnym wzorem.

Z ekipą Błahola gada się świetnie, a interesy robi z nimi szybko i bez napinki. Rozwiewając potencjalne wątpliwości dodam, że to NIE jest „wpis sponsorowany” :) Powstał tylko po to, aby polecić świetne produkty i ludzi, którzy jarają się tym, co robią i robią to dobrze. Ja jestem pod wrażeniem i wróżę im karierę. Kontaktować się z nimi można przez Facebooka, mailowo pisząc na [email protected], a także telefonicznie: 698 996 513. Sam z pewnością do nich wrócę, co i Wam polecam. Bierzcie póki woda sodowa nie uderzyła im do głowy i mają przyzwoity cennik! ;))

update: 27 czerwca 2013

Tak jak planowałem wróciłem do Błahola i po dwóch tygodniach oczekiwania na realizację indywidualnego zamówienia do kolekcji dołączył dziś „hip bag”, czyli torba zaczepiana do pasa. Wyszła im lepiej niż się spodziewałem! Tak jak w przypadku pasa mógłbym pisać o jej wykonaniu same dobroci, ale już sobie odpuszczę wszystkie „ochy i achy”. Zdjęcie tym razem już tylko jedno, a do tego z komórki i przemaglowane przez Instagram:

blahol - hip bag

Rower znów zabierzemy do pociągu – Rzeczniczka Prasowa PKP Intercity

Niespełna miesiąc temu w mediach pojawiły się informacje o zmianach w regulaminie PKP Intercity, które znacząco ograniczały możliwości przewozu rowerów koleją: nowe przepisy m.in. zabraniały wsiadania z rowerem do składu, który nie posiada wyznaczonych miejsc dla rowerów, czyli w praktyce… uniemożliwiały podróżowanie z rowerem większością pociągów (szczegóły). PKP Intercity tłumaczyła te zmiany „dbałością o wygodę wszystkich pasażerów”, którym – jeśli dobrze rozumiem – rowery przewożone zwykle na końcu ostatniego wagonu zdaniem przewoźnika znacząco przeszkadzały. Często jeździłem pociągiem z rowerem i nigdy nie spotkałem się z narzekaniem innych pasażerów, więc trudno mi było zrozumieć argument PKP IC i pod wpływem chwili wysłałem do przewoźnika maila opisującego moje niezadowolenie, a autokarową konkurencję zacząłem przekonywać do zakupu przyczepek rowerowych. Pierwsza odpowiedź od przewoźnika niestety tylko potwierdziła planowane zmiany. Tymczasem minął niespełna miesiąc i okazuje się, że chyba nie tylko ja poinformowałem PKP IC co myślę o ich pomysłach, bo ku mojemu zaskoczeniu dziś dostałem od Rzeczniczki Prasowej PKP Intercity wiadomość, na końcu której znalazła się bardzo interesująca informacja:

zmiany_w_PKP_IC

Pełną treść odpowiedzi można znaleźć tutaj, a co do jej znaczenia, to może nie jest to całkowite odwołanie zmian odbierających prawa rowerzystom, ale i tak mnie cieszy, bo:

a) jest to uznanie nas – rowerzystów – jako liczących się klientów
b) może oznaczać, że społeczność miłośników rowerów jest już tak duża, że jest w stanie skłonić do rozmów nawet duże korporacje
c) lepiej ciasno i z rowerem, niż bez niego ;-))

Pozdrawiam słonecznie. Do zobaczenia na końcu ostatniego wagonu! ;-)
Art