Artur Grabias

– Enthusiastic Explorer –

Wyprawa do zasnutego mgłą lasu

Pojechaliśmy z Karoliną na jakieś totalne, nikomu nie znane odludzie, aby powłóczyć się po górach i oczyścić myśli. Takie Tatry, ale jak Bieszczady i to w marcu. Samochodem dało się dojechać tylko do lasu, więc wysiedliśmy na jego skraju i poszliśmy leśną ścieżką w kierunku, który wskazywał GPS. Wokół była gęsta, ciemna, jakby zanieczyszczona mgła. Oddychając mieliśmy wrażenie, że czujemy w ustach jej mleczno-gorzki smak. Choć na zegarku było około południa to wysokie jak bambusy drzewa zasłaniały skutecznie dostęp światła i dookoła panował półmrok. Atmosfera przyprawiała o dreszcze. Szliśmy w milczeniu. Z każdym krokiem roślinność zdawała się stawać coraz wyższa, a ścieżka węższa. Nie mówiliśmy o tym głośno, ale czuliśmy, że tylko kwestią czasu jest, gdy coś nas zaatakuje.

Odgłos szybkiego, równego biegu ciężkiego zwierzęcia słyszeliśmy już z daleka. Dudnienie było coraz głośniejsze. Zatrzymaliśmy marsz. Choć czułem, że serce bije we mnie coraz mocniej, bez słowa, spokojnie zdjąłem plecak i wyjąłem z niego nóż, odwróciłem się w kierunku odgłosów, a Karolina stanęła zaraz za mną. Wielki wilk wybiegł przed nas i w ułamku sekundy wyskoczył w górę na wysokość mojej głowy. Chwyciłem go za szyję i wbiłem szeroki nóż w jego brzuch tak mocno i bez wyczucia, że rękojeść, razem z moją dłonią weszła w jego ciało. Docisnąłem go do ziemi, dla pewności przekręcając ostrze jeszcze kilka razy. Położyłem na nim nogę i szybkim ruchem wyciągnąłem dłoń z jeszcze ciepłego truchła. Za ręką, niespodziewanie pociągnęły się wnętrzności zwierza wydając przy tym obrzydliwy odgłos bulgotania i odór trawionych resztek jedzenia. Zrobiłem kilka kroków w tył wstrzymując powietrze. Po chwili je wypuściłem i spod nosa wycedziłem ciche, soczyste „kurrrrwa”.

Popatrzyłem na Karolinę, która stała bez ruchu z obojętną miną, jakby nic się nie stało. Na jasnej bluzie, która zawsze kojarzyła mi się z amerykańskimi cheerleaderkami były poprzeczne plamy krwi, układem podobne do jednego z wcieleń Bowiego. Dopiero, gdy odwróciła głowę w moją stronę dostrzegłem, że krew zwierzęcia jest także na jej twarzy. Chyba ją poczuła, bo wyjęła z kieszeni jakiś skrawek materiału i starła ją. Była przy tym zupełnie niewzruszona, jak Rosamund Pike w jednej z ostatnich scen „Gone Girl”. Popatrzyła na mnie zimno, a jej wzrok pytał z wyrzutem „- Dlaczego nie idziemy dalej?”.

Wrzuciłem na siebie z powrotem plecak. Przebiegł po mnie dreszcz, gdy odchodząc spojrzałem jeszcze raz na poharatane zwierzę. Przyśpieszyłem kroku, aby dogonić Karolinę. Nie schowałem noża, a jedynie obróciłem jego rękojeść w drugą stronę, bo tak uczył mnie ojciec, gdy chodziliśmy razem na grzyby. Mówił, że dzięki temu, gdy się potknę to nie nadzieję się na niego. Wkrótce miałem mieć okazję przekonać się, że miał rację.

(…)

Według GPS, od wejścia do lasu do teraz pokonaliśmy idąc przez las, cały czas pod górę, już prawie 3 000 m. wysokości. Minęło wiele godzin, byliśmy wykończeni, ale wiedzieliśmy, że już prawie jesteśmy na miejscu. Zostawiliśmy za sobą trzy trupy, z których tylko pierwszy był stworzeniem, którego gatunek potrafiliśmy nazwać. Karolina, choć ciągle milcząca, wydawała się już bardziej pogodna, słyszałem jak nuci coś pod nosem, ale nie mogłem rozpoznać melodii. Nie wiedziała jeszcze, że wspiąłem się tutaj nie tylko po to, aby odpoczywać i oczyścić myśli. Miałem też spotkać tu kobietę znaną jako Zielarka, aby pomogła mi “nawrócić się”, cokolwiek to znaczy. Mówili, że jest starsza od wszystkich znanych im ludzi, ale w jakiś magiczny sposób wygląda na zaledwie pełnoletnią. Ponoć tylko jej mądre, niebieskie oczy zdradzają, że to złudzenie.

Doszliśmy do końca lasu. Stanęliśmy na szczycie pod kamienną, symboliczną bramą, a przed nami rozpościerał się widok na zupełnie inne miejsce – na wielką, jasną, zieloną polanę w dolinie, za którą znajdowały się rozsiane jak rozsypany mak zabudowania okolicznych domów, a nad nimi na całym horyzoncie – błękitne niebo. Zaproponowałem, abyśmy chwilę odpoczęli, nim pójdziemy dalej. Karolina uśmiechnęła się i skinęła głową. Wyjąłem wodę, podałem jej i zaczekałem, aż skończy pić. Potem sam wziąłem kilka tak głębokich łyków, że pewnie słychać mnie było nawet w lesie. Odrzuciłem plecak i nóż, położyłem się na plecach na trawie i wykończony, zadowolony zamknąłem oczy.

Zdaje się, że na chwilę przysnąłem, bo zdezorientowany usłyszałem nad sobą agresywne mruczenie jakiegoś wielkiego kota, zapewne czegoś podobnego do pumy lub równie groźnego i szybkiego. Siłą zostałem przywrócony do świadomości. Nie otwierałem oczu, tkwiłem bez ruchu, aby go nie sprowokować. Miałem wrażenie, że na podstawie wydawanych dźwięków już go zlokalizowałem i siedzi tuż nad nami, na kamiennej bramie, pod którą wcześniej przeszliśmy. Wydawało mi się, że serce bije mi już tak mocno, że dzikie zwierzę za chwilę je usłyszy i rzuci się na nas. Nie pamiętałem, w którą stronę odrzuciłem plecak i nóż. Jakby tego było mało, ziemia zaczęła pode mną drżeć. „- Czy tak zaczyna się trzęsienie ziemi?” – pomyślałem. Nie mając wyjścia i czasu do stracenia błyskawicznie otworzyłem oczy i pozostając bez ruchu – niespokojnie, z zaciśniętymi zębami rozejrzałem się.

Byłem w swoim mieszkaniu. Pokój spowijał mrok, a za moją głową, na oparciu łóżka leżała nie dzika, czarna puma, która chce rozszarpać mi gardło, a kot Harry, mruczący hipnotycznie w najlepsze. Drgania, które powodował były wyczuwalne na całym łóżku.
„- Trzęsienie ziemi. Pffff…!”. Przekręciłem się na brzuch, pogłaskałem kota, westchnąłem i pomyślałem „- Nigdy-więcej-Sapkowskiego przed snem”.

Serwisy rowerowe w Warszawie

Przez prawie 2 lata od zbudowania Otto Blau jeździłem nim niemal codziennie i miałem okazję odwiedzić kilka serwisów rowerowych. Niestety, przekonałem się na własnej skórze, że tak jak w przypadku serwisów samochodowych, wśród tych dla rowerów także dosyć często zdarzają się niewykwalifikowani mechanicy oraz naciągacze, którzy potrafią doszukać się nieprawidłowego działania sprawnych części lub liczyć sobie absurdalne pieniądze za 5-minutowe przyglądanie się rowerowi nazywając to „przeglądem”.

Z litości dla tych marnych biznesów nie będę wymieniał ich adresów, za to z przyjemnością napiszę, że w stolicy, na szczęście, są także solidne serwisy rowerowe. Na podstawie własnych doświadczeń mogę polecić  dwa z nich, ale nie wątpię, że jest ich więcej, tylko nie miałem okazji do nich trafić.


Pierwsze na mojej liście jest znajdujące się w okolicy metra Słodowiec (ul. Klaudyny 32) – bikerStudio. Jego pracownicy niejednokrotnie udowodnili mi, że serwisowanie roweru nawet na retro częściach nie jest dla nich żadnym problemem, nie trzeba zostawiać u nich całego portfela, a i nigdy nie musiałem szybko do nich wracać.

biker studio

Zdarzało się, że Rafał wybijał mi z głowy pomysły głupich modyfikacji roweru, nawet takie, na których jako firma mogliby zarobić, a Michał ratował mojego Otto, gdy wydawało się, że czekają mnie duże wydatki – na przykład, gdy wpadłem w nocy w tak solidną dziurę, że nie tylko złapałem gumę i lekko skrzywiłem koło, ale w obręczy powstało całkiem spore wgniecenie. Poradzili sobie i z tym!

Są zdecydowanie godni zaufania i polecenia. Choć bliżej mam przynajmniej kilka innych serwisów – bez wahania nadkładam drogi i jadę do nich. Dodatkowo mają super fajną usługę – wypożyczanie rowerów na doby. Zamiast tłuc się Veturilo czy przesiadać do metalowych puszek możecie na czas serwisowania Waszego roweru zgarnąć jeden z ich rowerów testowych. Fajnie, prawda? :)


Drugi serwis to Buacchini biciclette. Bliżej do niego mogą mieć Warszawiacy mieszkający w południowej części miasta, bo umiejscowiony jest na Wawrze. Czasami możliwy jest odbiór roweru wprost spod Waszych drzwi – warto zadzwonić i zapytać. Za tym serwisem stoi nie kto inny jak budowniczy mojego roweru – Kamil „Kams” Błachnio, więc bez wahania mogę go polecić jako porządnego mechanika, który nie zrobi Was „w jajo” i profesjonalnie ogarnie Wasze rowery. Korzystajcie!

Kams


P.S. Zanim wybierzecie się do serwisu koniecznie sprawdźcie czego nie mówić mechanikowi ;-)

fot. tytułowa – Piotr Zięba

Mój pierwszy raz w Tatrach

Do Zakopanego po raz pierwszy trafiłem 5 lat temu. Wtedy pogoda nam nie dopisała i spontanicznie wyruszyliśmy do Pragi. W sobotę 26 września 2014 r. historia miała się powtórzyć, bo już w Kuźnicach przywitał nas deszcz.

kolejka na Kasprowy Wierch

Gdy wjeżdżaliśmy kolejką na Kasprowy Wierch było tylko gorzej – zamiast pięknych widoków, za szybą roztaczała się biała, gęsta mgła.

kolejka na Kasprowy Wierch

fot. Zbyszek Łokaj

Koniec trasy przywitał nas śnieżycą. Nieco zniechęceni usiedliśmy w lokalu, podładowywaliśmy baterie i zastanawialiśmy się co dalej.

Kasprowy Wierch - tabliczka 1987 m n.p.m.

Postanowiliśmy głosować. Miałem twarde, racjonalne argumenty za tym, aby zostać i czekać na lepszą pogodę:

  • moje zerowe doświadczenie w górach (umówmy się – Bieszczady to nie góry ;-) )
  • moje niewyleczone do końca zwichnięcie stopy
  • brak jakiegokolwiek profesjonalnego ekwipunku (nie licząc plecaka, ale o tym później)
  • „perspektywa zera zachwytów” – widoczność ok. 50 m pozwalała oglądać tylko kamienie pod nogami

Zbyszek i Paweł byli znacznie bardziej wyluzowani:

  • „- Damy radę!”
  • „- Kto, jak nie my?!”
  • „- Nie pękaj, bro!”

Przegrałem w głosach 2:1. „Fuck it! Idziemy!”

Wychodząc z punktu turystycznego na Kasprowym Wierchu, napiliśmy się z przypadkowo spotkanymi turystkami Zbyszkowej wiśniówki domowej roboty i ruszyliśmy w drogę na Świnicę. Miałem dopiero się przekonać co to dla nas oznacza.

Po 30-minutowym, monotonnym marszu w śniegu, ciągle w dobrych humorach podążaliśmy czerwonym szlakiem wzdłuż granicy polsko-słowackiej.

fot. Zbyszek Łokaj

fot. Zbyszek Łokaj

Nasze buty bardzo szybko przemokły. Po minięciu przełęczy Liliowe teren stawał się coraz bardziej wymagający. Nie widziałem kamieni pod śniegiem, więc co jakiś czas ześlizgiwałem się z nich, a lewa stopa przypominała mi, że jeszcze powinienem ją oszczędzać. Paweł i Zbyszek nadali marszowi szybkie tempo. Gdy straciłem ich z oczu, pierwszy raz pomyślałem, aby zawrócić. Wiedziałem jednak, że samotny powrót w taką pogodę to jeszcze większe ryzyko. Przynajmniej tak mi się wydawało.

Co jakiś czas zatrzymywaliśmy się na chwilę. Oczywiście nie po to, aby podziwiać widoki. Przed wyjazdem chłopaki roztaczali przede mną wizję leżenia na górskiej polanie i picia wina w słońcu. Jak bardzo mnie oszukali! W praktyce, gdy choć na chwilę przestawał padać śnieg, wyglądało to tak (możecie kliknąć w „Zobacz w Mapach Google”, a potem obracać zdjęcie o 360 stopni za pomocą strzałek na klawiaturze):

Byłem już bardzo mocno zniechęcony, a teren sprawiał wrażenie coraz trudniejszego. Gdy do pójścia dalej zaczęło być konieczne podpieranie się rękami lub trzymanie łańcucha w marznących dłoniach, a wędrówka coraz bardziej przypominała wspinaczkę, zacząłem martwić się o nasze zdrowie i zastanawiać jakie mamy szanse na powrót w jednym kawałku.

Świnica

fot. Zbyszek Łokaj

Świnica

fot. Zbyszek Łokaj

To był istny koszmar i byłem trochę przestraszony, ale bardziej zły, że moja asertywność zawiodła i przystałem na bardzo nierozsądny pomysł pójścia w góry w taką pogodę. Zaciskałem zęby i myślałem o sposobach, na jakie będę mógł „zamordować” moich towarzyszy podróży, gdy uda nam się dotrzeć do schroniska ;-)

I wtedy stał się pierwszy cud.

Świnica

fot. Zbyszek Łokaj

Na trasie dogoniliśmy Martę i Tadka – niesamowicie pozytywnych podróżników, którzy wędrując w tak okrutnych warunkach, śmiali się, żartowali i widać było, że to nie jest ich pierwszy raz, są dobrze przygotowani i mają z tego mnóstwo radości. Czyli nie tylko my jesteśmy na tyle szaleni, aby w taką pogodę wychodzić w góry! Podróżnicy zatrzymali się z nami na wymianę trunków, powygłupialiśmy się, zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcia i to mi dodało otuchy. Dziękuję Wam!

Razem weszliśmy na Świnicę – jak się później dowiedziałem – jeden z bardziej wymagających szczytów w Tatrach (sic!).

http://marta-ulanska.blogspot.com/

fot. Marta Ulańska

fot. Marta Ulańska

fot. Marta Ulańska

fot. Marta Ulańska (http://marta-ulanska.blogspot.com/)

fot. Marta Ulańska

fot. Marta Ulańska (http://marta-ulanska.blogspot.com/)

fot. Marta Ulańska

 

Niech ten uśmiech Was nie zmyli. Choć w znacznie lepszym nastroju, to ciągle byłem wykończony, przemoknięty, obolały i martwiłem się o to, czy dotrzemy do schroniska w jednym kawałku.

Wtedy stał się drugi cud.

Schodząc ze Świnicy spotkaliśmy na jednym ze stromych przejść przerażoną parę turystów. Ona – drżąca i zapłakana, sparaliżowana strachem, nie mogła ruszyć się ani do przodu, ani do tyłu. On – również nieźle przestraszony, ale stara się z marnym skutkiem jakoś ją uspokoić. Czekają, aż dotrą do nich ratownicy TOPR, po których wcześniej zadzwonili. Widząc beznadziejność sytuacji, wszyscy zaczęli z serdecznością uspokajać i pocieszać biedaków. Nawet ja – do tej pory – delikatnie mówiąc – mocno zaniepokojony sytuacją, rozluźniłem się i jakby automatycznie poczułem, że nie mogę pokazać, że widzę dla nas zagrożenie – zacząłem pewnym siebie głosem żartować razem z resztą i z uśmiechem na ustach zgrywać doświadczonego taternika.

Marta założyła dziewczynie swoją uprząż, którą była połączona z Tadkiem i zaczęliśmy powoli schodzić w dół. Niedługo później dotarli do nas ratownicy TOPR i przejęli nierozsądną parę. Wkrótce z żalem rozstaliśmy się także z Martą i Tadkiem – uścisnęliśmy się na pożegnanie i nasze drogi się rozdzieliły.

Tatry dolina

fot. Zbyszek Łokaj

Ze Zbyszkiem i Pawłem, wykończeni i przemoknięci od stóp do głów, ale cali i zdrowi dotarliśmy do schroniska w Dolinie Pięciu Stawów. I to był trzeci cud.

Na miejscu okazało się, że tylko mój rowerowy plecak przetrwał test na wodoodporność (Ortlieb Velocity – polecam!). Zbyszka zapasowe spodnie były przemoczone prawie jak te, które miał na sobie. Niestety, mimo że wszystko w moim plecaku było suche, to swoje zapasowe spodnie zostawiłem… w samochodzie w Zakopanem. I tak oto pośród brodatych turystów górskich i twardych turystek, których spotkaliśmy w schronisku, Zbyszek paradował w rajstopo-getrach, a ja w bluzie przewiązanej wokół pasa, która wyglądała jak spódnica. Gender pełną gębą!

Byłem wykończony i wstydziłem się wstać z miejsca, bo – co tu dużo mówić – nóg nie mam najlepszych ;-) Jakiś gitarowy maestro przygrywał stare hity, a rezydenci śpiewali razem z nim i bawili się w najlepsze. Zbyszek jak zawsze super wyluzowany – spał z głową na stole, co jakiś czas budził się i nie otwierając oczu brał łyka stojącego przed nim piwa, po czym dalej szedł spać, a ja i Paweł kończyliśmy wiśniówkę marząc już tylko o tym, aby zasnąć na brudnej podłodze.

schronisko w Dolinie Pięciu Stawów

Gdy obudziłem się rano, ubrałem się (jak bardzo można tęsknić za spodniami!), zszedłem po śniadanie i kubek kawy i postanowiłem zjeść na zewnątrz. Wyszedłem przed schronisko i zobaczyłem to:

Dolina Pięciu Stawów

Dolina Pięciu Stawów

Usiadłem i nie mogąc uwierzyć w ten zapierający dech w piersiach widok, siedziałem w błogiej ciszy bardzo długo. Koszmar poprzedniego dnia zniknął jak ręką odjął, śniadanie i kawa smakowały jak najlepsze na świecie i czułem się absolutnie szczęśliwy. Wiecie co? Życie jest piękne! :-)

Tatry

fot. Zbyszek Łokaj

Ten i następny dzień były już tylko (aż!) niesamowicie przyjemnym wędrowaniem pełnym zachwytu polskimi górami.

szlak przy PTTK Muranowiec

Małe podsumowanie:

  • nigdy nie wychodź w góry w kiepską pogodę, jeśli nie jesteś absolutnie pewny że wiesz, co robisz
  • zapasowe ubranie, naprawdę wodoodporny plecak i porządne buty to „must have” w górach, przynajmniej, gdy jest jakakolwiek szansa na opady
  • nie taszcz ze sobą lustrzanki, zamiast tego weź telefon z porządnym aparatem (wszystkie zdjęcia i film zrobiłem iPhonem 5, Nikona D90 praktycznie nie używałem)
  • jeśli chcesz oszczędzić baterię w telefonie, używaj  „trybu samolotowego” – pozwolił mi cały dzień robić zdjęcia i kręcić filmy na jednym ładowaniu
  • zajrzyjcie na stronę podróżniczki Marty, którą spotkaliśmy na szlaku (piękne zdjęcia z wypraw!)
  • Tatry są absolutnie urzekające. Dla mnie to była miłość od pierwszego drugiego wejrzenia. W przyszłym roku wracam na dłużej!

Na koniec jeszcze jedno zdjęcie sferyczne, które jest już w Mapach Google i choć odrobinę oddaje to, co w Tatrach zastałem. Tak jak wcześniej możecie kliknąć w „Zobacz w Mapach Google”, a potem obracać zdjęcie o 360 stopni za pomocą strzałek na klawiaturze:

Więcej zdjęć sferycznych, nie tylko z tego wyjazdu, znajdziecie na mojej stronie w Google.

„Polaroid”

audiobooki

Polaroid – Artur Grabias

Ostatni tydzień lata. Lał deszcz tak silny, jakby ktoś wylewał go setkami wiader z nieba. To już nawet nie były krople, a strumienie wody tak gęste, że miałem wrażenie, jakby przygniatały powietrze do ziemi. Jechałem bardzo szybko, tak szybko, jak tylko rowerem było to możliwe. Dookoła nie było nikogo, bo kto przy zdrowych zmysłach wychodziłby teraz na zewnątrz? A może po prostu nikogo nie widziałem, bo strugi deszczu wylewając się na gorący asfalt od razu odparowywały i tworzyły gęstą, mleczną mgłę. Słyszałem szum opon przebijających się przez powietrze. Było już prawie ciemno, jechałem na pamięć pomiędzy ciemnoszarymi konturami kamienic, widząc tylko tyle, na ile pozwalały rozświetlające niebo co kilka-kilkanaście sekund błyskawice. Gdy się pojawiały, niemal w tym samym momencie następował głośny grzmot. Choć wiedziałem, iż to oznacza, że jestem w epicentrum tej burzy nie budziło to we mnie obaw, najważniejsze było to, abym zdążył.

Woda spływała po mnie ciurkiem z czubka głowy, przez twarz, klatkę piersiową, nogi i mokre buty, do ziemi. Czułem w rozchylonych ustach jej słony, wymieszany z potem smak. Jezdnia zamieniła się w płytki strumyk. Rytmicznie, mocno naciskałem na pedały utrzymując maksymalną prędkość. Ręce kurczowo zaciskałem na kierownicy wiedząc, że jeden błąd może sprawić, że stracę panowanie nad Otto i wyląduję na ziemi, a na to nie mogę sobie pozwolić. Wtedy z pewnością bym nie zdążył.

Skręciłem w Tamkę i wykorzystując stromy zjazd przyśpieszyłem jeszcze bardziej. Minąłem naziemne przejście dla pieszych i wtem, w ułamku sekundy zrobiło się biało, jakby ktoś flashem aparatu wystrzelił mi prosto w twarz. Niemal natychmiast nastąpił ogłuszający huk i poczułem, że leżę na jezdni, a woda przepływa wzdłuż mojego prawego boku w stronę stóp i głowy omijając mnie jak zbyt krótką tamę. Całe otoczenie natychmiast ucichło, słyszałem w głowie jedynie dziwny, stłumiony, jednostajny świst dobiegający gdzieś z daleka. Straciłem przytomność.

Gdy obudziłem się, poczułem w powietrzu poburzowy ozon wymieszany z egzotycznym zapachem tytoniu. Otworzyłem oczy. Świtało. Na zachodnim niebie jeszcze skrzyły się gwiazdy, ale niebo po przeciwnej stronie było już waniliowe. Przy mnie, na krawężniku jezdni siedziała dziewczyna. Miała pochyloną głowę, rude włosy i pomalowane różową szminką usta. Nie widziałem jej oczu. W dłoni trzymała wypalonego do połowy djaruma. Wziąłem głęboki, słyszalny wdech, a ona nie odwracając się podała mi swojego papierosa.
– Witaj, Art. Czekałam na ciebie. – powiedziała. Wahając się wyciągnąłem dłoń po papierosa. Gdy go chwytałem poczułem opuszki jej palców. Nie podnosząc się z ziemi popatrzyłem w górę i zaciągnąłem się dymem. Nade mną było miejsce, gdzie kolor nocnego nieba stapiał się z waniliowym świtem. Wypuściłem dym, który w przejrzystym powietrzu wydawał się tak gęsty, że przez chwilę miałem wrażenie, jakbym wypuszczał z siebie coś jeszcze. Zaniepokojony oddałem jej papierosa. Intuicja podpowiadała mi, że widzimy się nie po raz pierwszy, próbowałem więc dojrzeć jej twarz, aby ją rozpoznać. Uniosła głowę patrząc gdzieś w dal, ale jej oczy ciągle były ukryte w cieniu włosów. Przyłożyła djaruma do różowych ust i powoli się zaciągnęła. Po kilku sekundach wypuściła z ust dym, a ja wyraźniej poczułem zapach goździków.

Pierwsze promienie słońca pospacerowały po jej nie wiadomo dlaczego bosych stopach, po dłoni trzymającej papierosa, po odkrytym ramieniu. Zatrzymały się na jej twarzy. Gdy zdecydowałem się podnieść, odwróciła do mnie głowę. Zamiast wstać usiadłem po turecku. Teraz widziałem wyraźnie jej szczupłą twarz, rozchylone usta wypuszczające dym i duże oczy z nieludzkimi, ciemnoniebieskimi tęczówkami, które sprawiały wrażenie, jakby tworzyło je mnóstwo pojedynczych kryształków. Patrzyła na mnie spokojnie, przenikliwie. Tak jak patrzą bardzo inteligentni, ale nieco wycofani, introwertyczni ludzie. Ludzie, którzy mają tajemnice. Było w niej coś niepokojącego. Gdy onieśmielony opuściłem wzrok, w dłoniach nie trzymała już papierosa. Podniosła do góry aparat, skierowała go w moją stronę i nim zdążyłem zaprotestować wcisnęła spust migawki. Już po sekundzie z polaroida wysunęła się kwadratowa odbitka. Wyjęła ją długimi, smukłymi palcami i wyciągnęła w moją stronę dłoń trzymającą fotografię. – Musisz wiedzieć, Art, że teraz nie wszystko jest takie samo. – spojrzałem na nią i powoli wyciągnąłem dłoń po zdjęcie.

Odbitka była jeszcze czarna, zacząłem delikatnie nią poruszać. Z głębokiej czerni, w lewym górnym rogu najpierw wyłonił się leżący za mną Otto. To, co zobaczyłem po chwili, wstrzymało mój oddech. Na zdjęciu ukazał się około 70-letni mężczyzna z półdługimi, siwymi włosami, zmarszczonym czołem i siwą, gęstą brodą. Miał moje oczy. Podniosłem głowę i popatrzyłem zdezorientowany na dziewczynę, która sprawiała wrażenie, jakby była z innego świata. – Nie bądź zdziwiony, Art. – Przecież wiesz, że nim właśnie jesteś – dodała po chwili. Popatrzyłem znowu na zdjęcie. Przeniosłem dłoń na swoją twarz, a na policzku poczułem obcą mi, szorstką brodę. Gdy w końcu wydobyłem głos, aby coś powiedzieć, rudowłosej dziewczyny już nie było, świat jakby dopiero teraz zaczął się budzić, usłyszałem ptaki na okolicznych drzewach i odgłosy miasta z daleka, a w głowie pojawiły się powtarzane w kółko trzy zdania: „Ciągła niemożność. Wieczne niespełnienie. Intymność małych zaświatów…”

fot. M. Sylwestrzak

„Black mirror”. Co nam zrobisz, nowoczesny świecie?

black mirror

Choć wg opisu producenta historie przedstawiane w „Black Mirror” umiejscowione są w przyszłości, to niektóre mogłyby zdarzyć się już dziś, a pozostałe w przyszłości wcale nie tak odległej, jak mogłoby się to w pierwszej chwili wydawać. To właśnie jest najbardziej niepokojące, przecież już każdy z nas na co dzień spotyka się z tytułowym „czarnym lustrem”…

„If technology is a drug – and it does feel like a drug – then what, precisely, are the side-effects? This area – between delight and discomfort – is where Black Mirror, my new drama series, is set. The „black mirror” of the title is the one you’ll find on every wall, on every desk, in the palm of every hand: the cold, shiny screen of a TV, a monitor, a smartphone.”

Każdy odcinek tego brytyjskiego mini-serialu, który w 2012 r. otrzymał statuetkę Emi w kategorii „najlepszy mini serial” posiada innych bohaterów i integralną fabułę. Łączy je to, że przedstawiają potencjalny i ukazany w przyszłości, wyolbrzymiony (czy aby na pewno?) wpływ nowych technologii i „społecznego internetu” na wybrany aspekt życia społecznego. W serialu znajdziemy wątki o sile współczesnych mediów i reklamy, globalnej komunikacji w social mediach, samotności w cyberświecie, o zachwianym, współczesnym postrzeganiu sztuki, ogłupianiu ludzi w masowych, nie tylko telewizyjnych przekazach nieadekwatnymi do ludzkich wartościami i regułami, o grywalizacji wdrożonej w niemal wszystkie aspekty codzienności, relacjach damsko-męskich w dobie „Wielkiego Brata”, o zastępowaniu bliskich nam ludzi sztuczną inteligencją i o produkowaniu tylko dla konsumpcji (trudno nie dostrzec nawiązań do „Podziemnego kręgu” Palahniuka).

Całość utrzymana jest w świetnym, psychologicznym klimacie i oglądając niemal czuje się w sobie okrutne wyobcowanie w świecie, w którym znaleźli się bohaterowie. To serial nie tylko dla fanów „Roku 1984” Orwella. To pozycja absolutnie obowiązkowa dla miłośników nowych technologii będących także fascynatami zmian w społeczeństwie informacyjnym. Na pewno zainteresuje także badaczy zachowań tłumu (m.in. w ujęciu Le Bona), obserwatorów współczesnych mediów i komunikacji społecznej, a także osoby wyłącznie interesujące się nowinkami technicznymi. Poza tym to po prostu dobry thriller :)

To serial zdecydowanie godny polecenia, dla mnie – fenomenalny, chwilami wstrząsający i dawno nie oglądałem czegoś tak dobrego. Ze względu na specyficzną realizację serialu oraz jego nieco geekową tematykę – z pewnością nie wszystkim się spodoba, ale mimo to – polecam.

Do dziś premierę miały 2 serie mające tylko po 3 odcinki i niedawno zakończyła się emisja drugiej serii. Odcinki były emitowane w HBO i część z nich jest obecnie dostępna w HBO GO. Pozostałe można znaleźć już chyba tylko w „internetowej wypożyczalni”… Wszystkim, którzy przymierzają się do obejrzenia życzę niesamowitych wrażeń!

update:
Osobom, którym bliska jest tematyka serialu z pewnością spodoba się film pełnometrażowy „Ona” z 2013 r. Trudno nie mieć wrażenia, że fabuła tego filmu czerpie z jednego z odcinków „Black Mirror” :)

Ribbon Hero 2, czyli patent na zostanie mistrzem PowerPointa, Excela, Worda…

Pamiętacie tego gościa? :D

clippy

Tak! To Clippy, czyli Spinacz ze starych wersji Office’a :)) Pracował dzielnie, ale jak pewnie pamiętacie był strasznie wszędobylski, a przez to irytujący i w końcu… stracił pracę. Przestał pomagać użytkownikom począwszy od Office 2003, nie mając środków do życia zamieszkał z mamą, ale i jego mama w końcu straciła cierpliwość i kazała mu wyruszyć z domu w poszukiwaniu pracy. Na jego szczęście szybko trafiło się ciekawe ogłoszenie…

Ribbon Hero 2

W świecie humorystycznej, komiksowej fabuły pomagamy więc Clippiemu przygotować ładne CV, a potem… przez gapowatość sympatycznego Spinacza wybieramy się w podróż wehikułem czasu, podczas której poznajemy ciekawostki świata, odwiedzamy m.in. dwór króla Artura, piramidy egipskie, Woodstock i starożytną Grecję. Zupełnie przy okazji, z wykorzystaniem elementów grywalizacji uczymy się używać funkcji pakietu Office i zdobywamy nowe poziomy, którymi możemy dzielić się ze znajomymi.

Ribbon Hero 2

Wszystko po to, aby połączyć zabawę z nauką i to się naprawdę udaje! Ribbon Hero 2 polecam nie tylko osobom, które do dziś nie oswoiły się z nowym (począwszy od wersji 2007) pakietem Office, ale także tym, którym tak jak mi wydawało się, że znają już ten pakiet bardzo dobrze. Nie dotarłem jeszcze do końca fabuły, a już odkryłem masę nowych funkcji i jestem przekonany, że jeśli trochę pogracie to też stwierdzicie, że nowe pakiety Microsoftu są znacznie bardziej funkcjonalne i prostsze w użyciu od poprzednich :))

Gra jest bezpłatna, wydał ją Microsoft i można ją pobrać z tej strony:
http://www.ribbonhero.com/

Musicie mieć zainstalowany na komputerach Office 2007 lub nowszy. Szkolenie jest dostępne tylko w języku angielskim, ale można je instalować także na polskojęzycznych wersjach Office. Gra jest tak sympatyczna, że na pewno nie pożałujecie poświęconego jej czasu, a przy okazji podszkolicie swój office’owy skill, który jak wiadomo w „biurowych” zawodach, a nawet już na studiach bywa bardziej niż przydatny. Bawcie się dobrze, tylko ostrożnie, bo ta gra wciąga! :))

P.S. Gdyby pod wpływem gry ktoś z Was zatęsknił za Clippim i chciał go spotykać na co dzień to jest sposób na dodanie go do nowych pakietów Office… (link).

Król bankowości internetowej powrócił – nowy mBank

Choć przywitał posypanym ekranem logowania:

nowy mbank

to jednak drobiazg (wyczyszczenie cache, czyli kombinacja klawiszy CTRL + R pomogło) i potem było już tylko dobrze. Nowy serwis transakcyjny mBanku, który został dziś udostępniony zdecydowanie „daje radę”. Jest prosty, intuicyjny, ergonomiczny, a mimo to naprawdę szybki (!). Wprowadza kilka bardzo użytecznych drobiazgów, np. darmowe potwierdzenia e-mail czy logowanie za pośrednictwem nazwy użytkownika. Jest też kilka większych funkcji, które dopiero odkrywam, ale już na pierwszy rzut oka wydają się przydatne – np. przekazywanie przelewów bez znajomości numeru konta bankowego odbiorcy (!) czy narzędzie do zarządzania domowym budżetem w oparciu o planowane wydatki. W nowym serwisie oczywiście nie zabrakło mechanizmów grywalizacji, które są nienachalne i wierzę, że mogą spełnić swoją rolę. Moim zdaniem najważniejszą jednak cechą wyróżniającą nowy mBank jest to, że ten serwis naprawdę działa i to działa bez zarzutu – w przeciwieństwie do bezpośredniej konkurencji, która w ubiegłym roku wypuściła nowoczesny, ale niedopracowany produkt, w którym do dziś nie wszystko funkcjonuje prawidłowo.

Nowy mBank ma jeszcze jedną ważną zaletę: jest… po prostu śliczny :-) Otrzymał ładny design zgodny z bardzo udaną, nową komunikacją wizualną marki i ma się miłe wrażenie, że wszystko tu pływa – od chwili zalogowania korzystanie z serwisu zdecydowanie sprawia przyjemność.

mbank.2png

Do mBanku mam duży sentyment, bo był nie tylko pierwszym internetowym bankiem w Polsce, ale także moim pierwszym bankiem w ogóle :) Nie będę się jednak rozwodził o moim postrzeganiu marki, bo to temat na osobny wpis, a ten dotyczy tylko nowego serwisu transakcyjnego. Ten, od kilku lat był w stagnacji i w ubiegłym roku dał się mocno wyprzedzić konkurencji. Po pierwszych testach stwierdzam jednak, że mBank nie tylko odrobił pracę domową i nadrobił zaległości, ale wyszedł przed szereg i znowu wyraźnie wyprzedził pozostałych.

Błahol, czyli dobroci z materiału nie tylko dla kurierów rowerowych

Na Facebooku napisali, że znajdę ich pod adresem Solec 18/20. Świetnie! – pomyślałem. Ta ulica jest jakieś 500 m od mojego mieszkania na warszawskim Powiślu, więc wyruszam w pierwszej wolnej chwili. Na miejscu niespodzianka – pod tym adresem jest znany klub 1500m2. Przypinam rower do metalowej barierki i zaczynam się rozglądać. Tuż za wejściem widzę niebieskie logo i strzałkę, na które wcześniej będąc w tym klubie nie zwróciłem uwagi. Oznaczenia kierują do piwnicy. Schodzę. W porównaniu do upału na zewnątrz, tu panuje przyjemny chłód. Długi, ciemny korytarz jest wypełniony rowerami, zapewne pozostawionymi dla pracowni serwisowej kolektywu Cech, a z końca korytarza dobiega muzyka i tajemniczy stukot. Nieco niepewnie kieruję się w jego stronę. Na samym końcu znowu logo i skręcam w prawo. W pomieszczeniu, do którego trafiam, pomiędzy stertami materiałów, szkiców, nalepek i notatek widzę dwóch młodych facetów, takich zupełnie współczesnych, modnie ubranych ziomków, ale siedzących przy… klasycznych maszynach do szycia :)) Widok tak zaskakujący, że przez chwilę nie wiedziałem co powiedzieć. Nie pamiętam kiedy ostatni raz widziałem kogoś przy takim retro sprzęcie, a na pewno nigdy nie widziałem przy niej tak młodych ludzi, tym bardziej facetów. O całym tym dysonansie zapomniałem już po chwili, gdy jeden ze szwaczy przerwał pracę, wstał od maszyny, podszedł do mnie i powiedział:

– Siema, jestem Błahol.

Błahol, fot. Patryk Wiśniewski

fot. Patryk Wiśniewski

„Drugie nożyczki” to Wojtek. Chłopaki przede wszystkim robią świetne torby kurierskie, ale w ich asortymencie rowerowym znajdują się też inne „dobroci z materiału”: plecaki, t-shirty, pasy na u-locki, torby biodrowe, osłony ramy, a nawet „ocieplacze” u-locka i wiele, wiele innych. Wszystko szyte przez nich ręcznie (!). Zobaczcie zresztą wzorce sami na blahol.pl. Ja od razu zdecydowałem się na pas do u-locka w bardzo dobrej cenie (55 zł) i sam wybrałem kolor podszycia. Efekt jest taki:

arturgrabias.com

arturgrabias.com

arturgrabias.com

arturgrabias.com

arturgrabias.com

arturgrabias.com

arturgrabias.com

arturgrabias.com

arturgrabias.com

arturgrabias.com

Jestem bardzo zadowolony i już po kilku godzinach jeżdżenia z tym pasem zdecydowałem się na wymontowanie z ramy roweru zaczepu na u-locka, zastanawiam się jak wcześniej mogłem jeździć bez czegoś tak przydatnego? Nie dość, że pas jest bardzo funkcjonalny (oprócz u-locka można przyczepić do niego np. klucze, a nawet torbę biodrową) to już na pierwszy rzut oka widać, że szwy są zrobione starannie i niełatwo byłoby je zniszczyć. Do tego wszystkiego pas wygląda świetnie! Czy można chcieć czegoś więcej? :)) Jeśli ktoś jednak chciałby to warto wiedzieć, że Błahol podejmuje się także indywidualnych projektów, można np. zamówić torbę z własnym wzorem.

Z ekipą Błahola gada się świetnie, a interesy robi z nimi szybko i bez napinki. Rozwiewając potencjalne wątpliwości dodam, że to NIE jest „wpis sponsorowany” :) Powstał tylko po to, aby polecić świetne produkty i ludzi, którzy jarają się tym, co robią i robią to dobrze. Ja jestem pod wrażeniem i wróżę im karierę. Kontaktować się z nimi można przez Facebooka, mailowo pisząc na [email protected], a także telefonicznie: 698 996 513. Sam z pewnością do nich wrócę, co i Wam polecam. Bierzcie póki woda sodowa nie uderzyła im do głowy i mają przyzwoity cennik! ;))

update: 27 czerwca 2013

Tak jak planowałem wróciłem do Błahola i po dwóch tygodniach oczekiwania na realizację indywidualnego zamówienia do kolekcji dołączył dziś „hip bag”, czyli torba zaczepiana do pasa. Wyszła im lepiej niż się spodziewałem! Tak jak w przypadku pasa mógłbym pisać o jej wykonaniu same dobroci, ale już sobie odpuszczę wszystkie „ochy i achy”. Zdjęcie tym razem już tylko jedno, a do tego z komórki i przemaglowane przez Instagram:

blahol - hip bag

Rower znów zabierzemy do pociągu – Rzeczniczka Prasowa PKP Intercity

Niespełna miesiąc temu w mediach pojawiły się informacje o zmianach w regulaminie PKP Intercity, które znacząco ograniczały możliwości przewozu rowerów koleją: nowe przepisy m.in. zabraniały wsiadania z rowerem do składu, który nie posiada wyznaczonych miejsc dla rowerów, czyli w praktyce… uniemożliwiały podróżowanie z rowerem większością pociągów (szczegóły). PKP Intercity tłumaczyła te zmiany „dbałością o wygodę wszystkich pasażerów”, którym – jeśli dobrze rozumiem – rowery przewożone zwykle na końcu ostatniego wagonu zdaniem przewoźnika znacząco przeszkadzały. Często jeździłem pociągiem z rowerem i nigdy nie spotkałem się z narzekaniem innych pasażerów, więc trudno mi było zrozumieć argument PKP IC i pod wpływem chwili wysłałem do przewoźnika maila opisującego moje niezadowolenie, a autokarową konkurencję zacząłem przekonywać do zakupu przyczepek rowerowych. Pierwsza odpowiedź od przewoźnika niestety tylko potwierdziła planowane zmiany. Tymczasem minął niespełna miesiąc i okazuje się, że chyba nie tylko ja poinformowałem PKP IC co myślę o ich pomysłach, bo ku mojemu zaskoczeniu dziś dostałem od Rzeczniczki Prasowej PKP Intercity wiadomość, na końcu której znalazła się bardzo interesująca informacja:

zmiany_w_PKP_IC

Pełną treść odpowiedzi można znaleźć tutaj, a co do jej znaczenia, to może nie jest to całkowite odwołanie zmian odbierających prawa rowerzystom, ale i tak mnie cieszy, bo:

a) jest to uznanie nas – rowerzystów – jako liczących się klientów
b) może oznaczać, że społeczność miłośników rowerów jest już tak duża, że jest w stanie skłonić do rozmów nawet duże korporacje
c) lepiej ciasno i z rowerem, niż bez niego ;-))

Pozdrawiam słonecznie. Do zobaczenia na końcu ostatniego wagonu! ;-)
Art

Projekt i budowanie roweru (ostre koło / single speed)

szukasz serwisu rowerowego w Warszawie?

Nareszcie nadszedł czas urzeczywistniania projektu, który chodzi mi po głowie już od dawna: zamierzam zbudować dla siebie rower, zupełnie od podstaw, z każdym podzespołem dobranym wedle własnego gustu. Rower, który z pewnością będzie „oczkiem w głowie tatusia”.

Od kilku miesięcy kolekcjonowałem zdjęcia rowerów, ale niestety mam jedynie stopień „młodszego mechanika rowerowego” ;-), więc zbudowanie go zamierzam powierzyć specjalistom. Poszukiwałem ekipy, która w okresie kwiecień/maj miałaby siły, czas i chęci do zrealizowania ciekawego projektu rowerowego. Oprócz przeznaczonego głównie dla nich opisu projektu poniżej, zamierzam zamieszczać tu relację z budowania roweru, a także opisy problemów i dylematów, na które zapewne trafimy podczas budowania.

PLAN DZIAŁAŃ:

1. Roboczy projekt roweru
2. Znalezienie budowniczego
3. Ponowne oszacowanie możliwości
4. Znalezienie, zakup i przygotowanie ramy
5. Znalezienie i przygotowanie pozostałych części
a) koła (obręcze, piasty, szprychy, opony, zębatka i wolnobieg)
b) siodło i sztyca
c) kierownica i chwyty
d) hamulce i klamki
e) pedały i noski
f) korba
g) łańcuch
h) stery
i) pozostałe
6. Złożenie roweru i regulacje


 1. Roboczy projekt roweru

(14 kwietnia 2013)

Do rzeczy. Poniżej postarałem się możliwie dokładnie opisać to, co chciałbym złożyć. Wszystkie zdjęcia mają charakter poglądowy – pokazują raczej styl/typ/kolorystykę podzespołów, które mnie zainteresowały, a nie odwzorowują dokładnie tego, czego szukam czy tym bardziej marki poszczególnych części. Innymi słowy to projekt, który jeszcze nie jest zamknięty i jestem otwarty na propozycje zmian :-) Przyjmuję na klatę wszelkie konstruktywne uwagi. Poszczególne części nie muszą być nowe, niech jednak będą w bardzo dobrym stanie. Zdaję sobie sprawę, że z tym budżetem nie złożę Kinfolka za 6k, ale mam nadzieję być możliwie blisko ;-)

Maksymalny budżet:
3 000 PLN

RAMA:

  • rura podsiodłowa: 53 lub 54 cm (wzrost 176 cm, dł. nogi 78 cm)
  • odrestaurowanie/przemalowanie starej ramy jak najbardziej ok
  • aluminium i karbon odpada, poproszę klasyczną stal
  • brak lub usunięte przelotki na linkę w górnej części ramy (chcę czasami powozić na niej dziewczyny ;-) )
  • kolor: niejaskrawa zieleń, najchętniej zbliżony do koloru poniżej, raczej metalik, ale inne odcienie zieleni czy kolory/mat też wchodzą w grę:

3

  • srebrny widelec:

4

KIEROWNICA:

  • baranie rogi, chromowana, podobna do tej:

5

  • Owijka/chwyty również tylko w dolnej części kierownicy – jak na zdjęciu powyżej, ale kolor owijki/chwytów: miodowy lub w innym odcieniu brązu (w kolorze siodła i pasków na noskach). Np.:

6

 SIODŁO:

  • miodowy i inne odcienie brązu, w stylu sportowego Brooksa…

7

jednak raczej nie Brooks (pomijając już cenę, zbyt kuszą, a siodło i łatwo skroić na mieście :/)
srebrne nity mile widziane

SZTYCA:

  • kolor: srebrny, poniższa byłaby idealna, ale chyba nie jest łatwo ją zdobyć i nie jest to mój „must have”:

9

HAMULCE:

  • srebrne, przód i tył
  • montaż i typ najlepiej jak na zdjęciu, jednak zgodnie z uwagą w sekcji „rama”:

10

11

KOŁA 28″:

  • obręcze: wysoki stożek, srebrne
  • szprychy, piasty: srebrne, w tym stylu:

34_3

  • opony: całe czarne, 700x23c

PEDAŁY:

  • klasyczne, miejskie
  • kolor: srebrne, w tym stylu:

13

  • noski – srebrne, paski – miodowe/brązowe (w kolorze siodła):

14

KORBA:

  • jednorzędowa, srebrna
  • łańcuch: srebrny

15

 MOSTEK, STERY, ZĘBATKI:

  • srebrne

Raczej wiem, czego chcę w kwestii wyglądu roweru. Z kolei jeśli chodzi o techniczną stronę, marki i rodzaje poszczególnych komponentów to liczę na pomoc i doradztwo ekipy budującej :-)


2. Znalezienie budowniczego

(15 kwietnia 2013)

Jakie cechy powinny mieć osoby składające mój rower? Oczywiście podstawa to ogromna wiedza w temacie, znajomość rynku, cen, niuansów, doświadczenie i zaangażowanie w tworzeniu tego niecodziennego projektu. Zależy mi na kimś, kto nie tylko złoży rower „taki, jakiego chciał klient”, ale będzie też pełnił rolę doradczą i wybijał z głowy kiepskie pomysły. Ważne jest dla mnie, aby ten ktoś traktował projekt jako coś osobistego i dążył do tego, aby obie strony chciały pochwalić się efektem końcowym, choć oczywiście tylko ja zabiorę ten efekt końcowy do domu ;-)

Te wszystkie działania to także biznes. Zdaję sobie sprawę, że płacę nie tylko za poszczególne części i złożenie roweru, ale i za doradztwo, więc potrzebna jest osoba, która nie wykorzysta w negatywny sposób swojej wiedzy i podejdzie fair także do rozliczenia kosztów. Oczywiście najlepiej byłoby, aby był to ktoś zaufany i znany od dawna, jednak po przejrzeniu listy kontaktów nie udało mi się kogoś takiego znaleźć, więc musiałem poszukać inaczej. Spróbowałem m.in. postawić na rekomendacje innych wysyłając zapytania na forach tematycznych. Wyszedłem z założenia, że anonimowe polecenia innych specjalistów mogą się sprawdzić, a i możliwość wpływania na szeroko rozumianą reputację danej osoby oraz weryfikowanie i dyskutowanie propozycji na forum będą przydatne do działań kontrolnych.

Dodatkowo zapytania wysłałem także do kilku lepiej mi znanych, warszawskich firm zajmujących się składaniem rowerów na życzenie klienta – ich usługi zapewniają doświadczenie i prawidłowe formalne rozliczenie, mogą jednak nie zapewniać poszukiwanego przeze mnie zaangażowania i indywidualnego podejścia. Wygląda na to, że obsługa klienta i „customer experience” mają duże znaczenie i w tym przypadku :-)

(16 kwietnia 2013)

Zapytania do firm rowerowych nie spotkały się z oczekiwanym przeze mnie rezultatem. Schematyczne odpowiedzi i wrażenie, że zostały udzielone bez najmniejszego entuzjazmu przeciągnęły szalę na stronę niezależnych specjalistów. Po spotkaniu się z jednym z nich, którego wiedza została zweryfikowana w środowiskach ostrokołowych podjąłem wstępną decyzję o współpracy. Wstępną, bo przyjęliśmy rozliczenie krokowe: zrezygnowaliśmy z tradycyjnego modelu: zaliczka – złożenie roweru – zatwierdzenie i cała kwota, na rzecz rozliczania kosztów przy każdym zakupie części. Dzięki temu, w razie, gdybyśmy trafili na niemożliwe do ominięcia punkty sporne – nie będziemy zmuszeni do współpracy i „Bob Budowniczy” będzie mógł się uwolnić ode mnie, a ja przenieść swój projekt gdzie indziej. Póki co wygląda jednak na to, że obaj jesteśmy nastawieni pozytywnie i mamy duże szanse na wspólne ukończenie projektu.

Z przyjemnością oznajmiam, że do projektu udało mi się przekonać człowieka, który w forumowym światku ostrokołowym jest uważany za jedną z najzdolniejszych i najbardziej merytorycznych osób w zakresie technicznej budowy tego typu rowerów. Od tej pory projekt współtworzy ze mną Kams z Buacchini biciclette i mam wielkie nadzieje na inspirującą i owocną współpracę. Wkrótce pierwsze dylematy i nowe pomysły po zwalidowaniu projektu.


3. Ponowne oszacowanie możliwości

(17 kwietnia 2013)

Mając już opisane wyobrażenie roweru musiałem przedstawić je Kamsowi, którego głównym zadaniem na tym etapie było zweryfikowanie czy mój mockup da się zamienić w realny produkt i czy koszt nie przekroczy budżetu.  Okazało się, że „tragedii nie będzie” ;-)

Byłem w szoku, gdy Kamil już na pierwszy rzut oka potrafił ocenić wartość i markę upatrzonych przeze mnie części, które jedną po drugiej pokazywałem mu na przypadkowych zdjęciach, a także zaproponować alternatywy, również pod względem estetyki.

Uogólniając, jeśli założymy użycie odrestaurowanej retro ramy to powinniśmy zmieścić się w budżecie z całkiem fajnymi podzespołami. Przy okazji poznałem parę nowych kolorów z tzw. palety RAL, wykorzystywanej głównie przez lakierników, a nawet wizualnie zmienił się nieco mój pomysł na rower. Po spotkaniu z Kamilem uzgodniliśmy poniższy, wstępny koncept sprzętowy:

  • rama 53 lub 54 cm, raczej klasyczna szosowa do odmalowania, ze srebrnym widelcem i przelotkami od spodu rury lub wewnątrz niej (wybór marki i stanu technicznego pozostawiam w całości Kamsowi)
  • metaliczny kolor ramy:

RAL 5025:

ral_metal_5025

 

 

 

 

lub RAL 6036:

ral_metal_6036

 

 

 

 

  • nowe koła: wysokie piasty (Sturmey Archer), obręcze srebrne polerowane z wysokim (30 mm, Archetype) lub tradycyjnym stożkiem
  • siodło: używany, brązowy/miodowy Brooks lub w podobnej kolorystyce San Marco Regal:

smregal

  • sztyca Miche

reggisella-miche_f_1_564_1

  • srebrna kierownica Nitto, ze względu na cenę raczej będziemy szukać używanej:

nitto

  • brązowe/miodowe chwyty (w kolorze siodła)
  • klamki hamulcowe BLB – muszą być krótkie, aby zmieściły się na kierownicy Nitto

BLB_BLevers_-_Silver_1WEB

  • czarne opony Vittoria (rozważamy również jasne brzegi, ale mam bardzo złe doświadczenia z ich czyszczeniem w przeszłości, więc póki co zostajemy przy czarnych)

4. Znalezienie i przygotowanie ramy

(19 kwietnia 2013)

wymagania wobec ramy

Zadanie: wspólnie z Kamsem znaleźć odpowiedni „kręgosłup”, na którym zbudujemy rower. Przed rozpoczęciem poszukiwań należało zdefiniować wymagania:

a) wielkość ramy w rowerze

To jedna z najważniejszych, jeśli nie najważniejsza jej cecha. Od niej zależy nie tylko wygoda, ale i bezpieczeństwo jeżdżenia na rowerze, więc warto starannie ją dobrać do własnych wymiarów. Najbardziej istotne są nasz wzrost oraz długość nóg. Jako rozmiar ramy najczęściej uznaje się długość jej rury podsiodłowej mierzonej do środka sąsiadujących rurek (center-center, czyli C-C), wartość jest zwykle podawana w centymetrach:

rozmiar ramy roweru szosowego

Zwróćcie uwagę, że czasami podawane są wartości C-T (center-top), czyli mierzone od środka rury na dole ramy do szczytu rury podsiodłowej. To robi różnicę. W pomiarach posługujemy się wartością C-C.

Skąd wiedzieć jaki rozmiar ramy powinniśmy wybrać? W przypadku rowerów szosowych najczęściej wystarczy zmierzyć „długość swojej nogi” („L”) interpretowaną jako odległość od krocza do ziemi:

inseam-example

a następnie skorzystać z prostego kalkulatora, takiego jak na przykład ten, w którym wybieramy swoją płeć, następnie podajemy wzrost oraz wspomnianą powyżej „długość nóg” i klikamy w przycisk „Calculate”. Po chwili otrzymamy wynik z teoretycznie najlepszym dla nas rozmiarem ramy. Zwróćcie uwagę, że ważny jest każdy centymetr, więc warto przyłożyć się do mierzenia własnego ciała i zrobić to jak najdokładniej. Ważne, że kalkulator wskazuje długość ramy podsiodłowej dla roweru szosowego. W przypadku innych typów rowerów wyliczenia mogą być nieco inne (link).

Oczywiście jeśli to możliwe warto i tak „przymierzyć” ramę przed zakupem wybierając się na jazdę testową bo i nasze wymiary i wymiary ramy mogą być nieco nietypowe. W moim przypadku, przy wzroście 176 cm i długości nogi 78 cm kalkulator zaproponował ramę 53 cm. W tej chwili jeżdżę na co dzień na ramie 55 cm i jest tylko odrobinę za duża, co niestety zdarzyło mi się boleśnie odczuć spadając na nią ;-), więc poszukiwaliśmy ramy w rozmiarze 53 lub 54 cm.

| Update: z perspektywy czasu rama 54 cm była dla mnie jednak ciut za duża i ledwie sięgałem nogą do ziemi siedząc na siodle, więc moja kolejna będzie mniejsza. |

W sieci można znaleźć znacznie bardziej zaawansowane kalkulatory, maniaków mierzenia zapraszam na przykład tutaj.

b) typ ramy

Wykorzystuję rower niemal wyłącznie do jazdy po mieście. Warszawskie Śródmieście, po którym przemieszczam się najczęściej prawie nie ma infrastruktury rowerowej, więc zwykle włączam się do regularnego ruchu samochodowego. Czasami mam wrażenie, że to walka o przeżycie z kierowcami samochodów, ale cóż… dodatkowa dawka adrenaliny chyba mi nie zaszkodzi ;-)

Jazda po kilku-pasmowych jezdniach z samochodami wymusza dosyć dużą szybkość, ale za to problem z dziurawą nawierzchnią jest mniejszy niż na drogach rowerowych czy chodnikach. W moim przypadku idealnym wyborem wydaje się więc rower szosowy. Po ponad roku jeżdżenia właśnie takim rowerem potwierdzam tę tezę oraz dodam, że choć obecnie mam przerzutki to rzadko korzystam z więcej niż 1-2, za to ich konserwacja jest dosyć pracochłonna  a używanie nie dostarcza najlepszych wrażeń, więc rama powinna być przystosowana do napędu typu „ostre koło” czy „single speed”.

Projekt, który przedstawiłem wskazywał na klasyczną ramę rowerów szosowych z lat 70′-80′. Przez moment rozważaliśmy jeszcze ramy torowe, ale mój sentyment do retro jednak nie dał za wygraną i pozostaliśmy przy klasyce.

c) wygląd i inne

Kwestię wizualnego wyglądu ramy rozwiązaliśmy w zasadzie już podczas pierwszego omawiania projektu. Wiedzieliśmy, że będziemy szukać metalowej retro ramy „z duszą” do odrestaurowania i nałożenia nowego lakieru, więc nie musieliśmy się przejmować obecnym kolorem. Zależało mi za to, aby rama miała chromowany widelec, który będzie pasował do innych srebrnych elementów: m.in. kierownicy i korby.

Dodatkowo chciałem, aby przelotki do zamontowania tylnej linki hamulcowej znajdowały się pod spodem poziomej ramy lub aby linka mogła być przeciągnięta wewnątrz ramy. W grę wchodziło także, ale tylko w ostateczności usunięcie przelotek z górnej części ramy i zastąpienie ich linkami zaciskowymi. Chcę zbyt wiele? To się okaże :-)

poszukiwania ramy

(23 kwietnia 2013)

Gdy już wiedzieliśmy czego szukamy mogliśmy z Kamsem zacząć się rozglądać.  Dodałem ogłoszenia na forach rowerowych i w grupach tematycznych na Facebooku (największa to Velo Warsaw), zacząłem śledzić przez RSS nowe aukcje pojawiające się w kategorii „Ramy” na Allegro i wysłałem zapytania do serwisów rowerowych.

Tymczasem Kams zrobił „szybki research allegrowy” i od razu trafił na kilka ciekawych opcji. Wśród nich była wydająca się być w bardzo dobrym stanie retro rama Klamer w rozmiarze 54 cm (C-C), na rurkach Columbusa SL łączonych z użyciem mufek Bocama, z przelotkami na linki hamulcowe w dolnej części ramy poziomej i chromowanym widelcem:

084

092

088

086

Niestety rama była we Wrocławiu przez co Kams nie mógł sprawdzić jej stanu osobiście, ale jako jedyna od razu spodobała się nam obu i oczyma wyobraźni już widzieliśmy ją w naszym projekcie. Licytowaliśmy do końca aukcji i wczoraj, ku naszej radości udało się ją wygrać. Lada dzień rama powinna dotrzeć do Wawy i jeśli wszystko będzie z nią ok to teraz już powinno być z górki :))

(24 kwietnia 2013)

Rama dotarła. Szczęśliwie wszystko z nią ok. Okazało się, że oprócz przedniego widelca w chromie są też dolne rurki tylnego, na co wcześniej nie zwróciłem uwagi i takimi je zostawimy. Do tego postanowiliśmy użyć do malowania lakieru samochodowego, co będzie kosztowało nieco więcej, ale powinno dać ciekawszy efekt. Kams jara się, że rama jest zaskakująco lekka. Ja też, bo takie już uroki Wawy, że czasami trzeba rower ponosić na plecach ;-) Ze względu na natłok pracy u Kamsa wstrzymujemy się z renowacją ramy do 29 kwietnia…

ostateczny wybór koloru ramy

(30 kwietnia 2013)

Nareszcie wróciliśmy do projektu i powiadam Wam – wybranie lakieru to nie jest prosta sprawa! Zwłaszcza, gdy musimy zrobić to zdalnie ;-) Już wcześniej zdecydowaliśmy się na autolakier, a że Kams mógł zapewnić duży wybór jeśli chodzi o lakiery z samochodowej palety barw BMW to wybraliśmy ją, aby nie robić sobie dodatkowych trudności. Pierwsze propozycje:

islandgruen (273)

islandgruen

lagunengruen (266)

Lagunengruen

oxfordgruen (324)

oxfordgruen

Już po tych propozycjach wiedziałem, że będzie dobrze. Przejrzałem zdjęcia aut pomalowanych tymi lakierami i zaproponowałem pójście bardziej w niebiesko-morski:

nachtblau (040)

nachtblau

Kams mnie uświadamia, że ten kolor wyszedłby zbyt ciemny i lakier na rowerze będzie miał nieco inny odcień niż na samochodzie. Proponuję więc jaśniejszy kolor, którego nawet nazwa mi się podoba:

mysticblau (WA07)

mysticblau

Kams stwierdza, że „mystic niczego sobie” i dodaje, że na próbniku fajnie wygląda też wpadający w niebieski:

topasblau (364)

topasblau

Mimo, że barwa na pierwszy rzut oka wydawała się zdecydowanie zbyt ciemna i niezbyt wyrazista, obejrzałem samochody pomalowane tym kolorem i stwierdziłem, że ten mi również pasuje. Wieczorem na swojej rowerowej stronie Buacchini biciclette, Kams zamieścił zdjęcie BMW:

168842_511732742207378_781072911_n

Wygrywa topasblau! Jeśli uda się uzyskać podobny efekt jak na zdjęciu to będzie doskonale! Już się nie mogę doczekać zobaczenia ramy po lakierowaniu i na pewno zamieszczę zdjęcia tutaj. Tymczasem Kams bawi się w garażu tlenem i acetylenem i za ich pomocą pozbywa się niepotrzebnych elementów ramy: haków przerzutek i innych pozostałości po „szosowości” ramy.

|Update: po blisko 4 latach, gdy oddawałem ramę do malowania okazało się, że w miejscu, gdzie były zaczepy na bidon powstały spore pęknięcia i dalsze używanie ramy może być niebezpieczne. Z perspektywy czasu usuwanie zbędnych elementów nie było więc najlepszym pomysłem. Niektórzy twierdzą, że pęknięcia powstały ponieważ zostały zaspawane, zamiast zostać zalutowane, ale nie mam wystarczającej wiedzy, aby to potwierdzić i drugi raz bym się na to nie zdecydował.|



5. Znalezienie i przygotowanie pozostałych części

(27 kwietnia 2013)

Rama czeka na renowację, a w warszawskim Asphalt Bikes (R.I.P.) pojawiły się krótkie, srebrne, zapinane klamki 8bar w rozmiarze 23,8 mm – łudząco podobne do klamek BLB, które planowaliśmy kupić i równie eleganckie. Skoro były na miejscu podjęliśmy szybką decyzję i zgarnęliśmy je ze sklepu (lewą i prawą). Czekają już na pozostałe elementy:

arturgrabias.com

(30 kwietnia 2013)

Miałem wiele wątpliwości odnośnie siodła. Od początku nie chciałem nic drogiego i rzucającego się w oczy, bo siodło to jeden z tych elementów roweru, którego nie sposób zabezpieczyć przed kradzieżą. Rozglądaliśmy się więc za używanym, „przybrudzonym” Brooksem lub San Marco Regal. Byliśmy zgodni odnośnie koloru: brązowy lub jego odcień, np. miodowy. Szperając po sieci trafiliśmy m.in. na aukcję Dawida, w której można było kupić co prawda nadgryzione zębem czasu, ale przez to bardzo klimatyczne, brązowe siodło Regal. Jest ciągle na sprzedaż, a zainteresowani znajdą namiary na właściciela na stronie aukcji. Niewykluczone, że sam bym się na nie zdecydował gdyby nie to, że w sieci sklepów rowerowysklep.com znalazłem miodowego Brooksa Team Pro Classic :-) Obaj z Kamsem stwierdziliśmy, że doskonale by pasowało do naszego projektu, więc skorzystaliśmy z okazji i czeka już na mojej półce na pozostałe elementy :)

brooks

Trzymajcie kciuki, abym nie pożałował tego zakupu i wracając po rower nie zastał go kiedyś bez siodła! ;-)

|Update: w ciągu blisko 4 lat zostawiałem rower w różnych miejscach i nie przypinałem go linką, a mimo to nikt się na nie „nie połasił”, więc moje obawy chyba nie były uzasadnione.|

(7 maja 2013)

Ech… Nie spodziewałem się, że budowanie roweru będzie tak długo trwać. Kams śmieje się ze mnie i twierdzi, że to i tak bardzo krótko, ale ja już tak bardzo chcę zobaczyć efekt końcowy! :) Już nie mogę się doczekać jego ukończenia zwłaszcza, że moja retro Motobecane sprawia problemy i czym prędzej musi przejść naprawy. W najlepszym wypadku tylko wymianę łożysk w tylnej piaście, a w najgorszym całego tylnego koła :( Tymczasem zdecydowaliśmy się na obręcze, których Kams użyje do zaplecenia kół. Zależało nam na czymś bardzo klasycznym i wybór padł na srebrne Mavic Open Sport (32 otwory):

Mavic Open Sport Silver Road Rim

Nieco krzywiłem się na widok „rowka bezpieczeństwa” znajdującego się na bokach obręczy i mającego pokazywać zużycie powierzchni hamującej, ale ostatecznie to mimo wszystko był najlepszy wybór w stosunku jakość/cena, więc zamówiliśmy je i lada dzień powinny być u nas. Koła zostaną zbudowane na piastach Sturmey Archer HBT.

(9 maja 2013)

Kierownica Nitto miała zostać przez Kamsa sprowadzona z Japonii, ale niestety czas realizacji tego zamówienia potwornie się wydłużał. Buszując po Allegro, zupełnie przypadkiem trafiłem na kierownicę, która kształtem jest zbliżona do Nitto:

shapeimage_1

Modolo Pista z aukcji była tylko w wersji o szerokości 42 cm, więc to jedna z najszerszych dostępnych. Ma to wpływ na wygodę jej trzymania i najlepiej, aby szerokość kierownicy była zbliżona do szerokości naszych barków (mierzonej środek ramienia – środek ramienia).

W tym przypadku miałem szczęście, bo szerokość Modolo z aukcji rzeczywiście była zbliżona do szerokości moich barków. Minus jest taki, że rama roweru nie jest zbyt duża, więc tak szeroka kierownica może sprawiać wrażenie nieco nieproporcjonalnej. Mimo to spodobała się nam obu, może nawet bardziej niż typowy dla ostrego koła Nitto, więc zdecydowaliśmy się na jej zgarnięcie i czeka już w moim mieszkaniu na ramę. Jest tak lekka, że gdy ją odbierałem przeszło mi przez myśl, że pudełko od doręczyciela jest puste ;-)

Jako sympatyczną ciekawostkę dodam, że od anonimowego do tej pory sprzedającego po zakupie kierownicy otrzymałem taką wiadomość:

Witam. Kierownicę wysłałem o godzinie 11:00. Powinna być jutro u Pana. Nie spodziewałem się, że akurat Pan zakupi u mnie kierownicę. Cała moja przygoda z klasykami i szosą zaczęła się od Pańskiego bloga na temat Motobecane Prestige.

Sympatyczny zbieg okoliczności, prawda? :)

(12 maja 2013)

Dziś, w warszawskim klubie 1500m2 odbywały się targi rowerowo-modowe. Zachęcony ilością wystawców zajrzałem na nie na moment licząc na to, że pomiędzy dziewczyńskimi ubrankami w rowerowe wzory uda się znaleźć też coś, co nieźle będzie prezentowało się na naszym rowerze.

Szczęśliwie udało się dopaść chromowane noski i miodowe paski. Cieszę się głównie z tych drugich, bo od przynajmniej 2 tygodni buszowałem po aukcjach i sklepach internetowych w poszukiwaniu miodowych pasków do nosków i byłem już nieco zrezygnowany, bo to niby drobiazg, a w tym odcieniu dostępne były tylko paski Brooksa za ok. 120 zł, co jak za 2 wąskie kawałki skóry jest mocną przesadą, prawda? :)

Noski i paski znalazłem na stoisku bikerStudio. Przy okazji znowu spotkałem ekipę Asphalt Bikes i zgarnąłem od nich przezroczyste lampki Knog Frog Strobe. Oto niedzielne zdobycze:

photo

Kams zaplata koła, a w międzyczasie obaj poszukujemy jakiejś klasycznej, ciekawej korby. Mając już mocno ograniczony budżet to zadanie okazuje się nie należeć do najłatwiejszych, ale wierzę, że lada dzień uda się zdobyć i ją :)

(13 maja 2013)

Prace nad projektem przyśpieszają, co mnie bardzo cieszy! Niestety to, że kończy się budżet już niekoniecznie ;-) Dziś przyszły zamówione w ubiegłym tygodniu na Allegro hamulce. Wygrzebał je Kams i chyba nikogo, kto go zna nie zdziwi, że są… włoskie. Choć raczej nie należą do najporządniejszych i pewnie za jakiś czas je wymienię, to nowe, srebrne hamulce Gipiemme już z daleka pachną retro i mi także się spodobały. I ta ostro zakończona nakrętka!

gipiemme

Dodatkowo skorzystałem ze zniżki, którą w ramach świętowania swoich 2 urodzin zaoferowała ekipa Asphalt Bikes i skusiłem się w końcu na srebrne, klasyczne, torowe pedały MKS Sylvan Track. Świetnie komponują się z nabytymi wczoraj noskami i paskami!

mks

(18 maja 2013)

Mamy korbę! :D Kams wynalazł na Allegro japońskie, srebrne retro Sakae/Ringo (SR). Ponoć jest wzorowana na starym Campagnolo i Shimano 600. Najważniejsze jednak, że jest w świetnym stanie (zwłaszcza, że zapewne pochodzi z lat 70/80) i będzie pasować do naszego projektu (zdjęcie pochodzi z aukcji):

SR Sakae crankset

Długość ramion 170 mm. Kams mówi, że SR bezczelnie skopiowali korbę Campagnolo, ale za to poprawili wadę, która w oryginale mogła powodować pękanie korby. Najważniejsze, że w przyszłości nie będzie problemów z ewentualnym znalezieniem nowych blatów dla tego standardu. Obecne mają rozmiar 42/52 (który zdjąć? temat kadencji musimy jeszcze przedyskutować).

Najbardziej cieszy mnie znalezienie korby, ale listę części rowerowych uzupełniliśmy także o francuskie opony szosowe z beżowym brzegiem – Michelin Dynamic Classic. Rozmiar 622/23 C.

michelin

|Update: Z perspektywy czasu zakup budżetowych opon okazał się jednym z najgorszych pomysłów. Jeździłem sporo i po kilka razy w miesiącu łapałem w nich gumę. Nerwy, stracony czas i zakup nowych dętek czy łatek to o wiele, WIELE większe koszty niż inwestycja w lepsze opony. Zdecydowanie kupujcie od razu coś, co w charakterystyce przy wartości TPI ma więcej niż 100, bo to ta wartość w głównej mierze decyduje o łatwości przebicia opony. Michelin Dynamic Classic za 50 zł ma TPI 30, a np. Continental Grand Prix Classic za 130 zł – właśnie ponad 100. Te pierwsze łapały gumę kilka razy w miesiącu. Na CGPC pierwszą gumę złapałem po… ok. 1,5 roku używania. Muszę pisać coś jeszcze? :)|

Na liście zakupów pozostały: mostek, sztyca, linki i pancerze, dętki, suport, stery i łańcuch :)

(20 maja 2013)

Kilka dni temu widziałem się z Kamsem i przekazałem mu części, które czekały u mnie. Potwierdziłem, że na pewno chcę mieć przełożenie typu flip-flop, dzięki któremu w zależności od strony, którą założę koło rower będzie mógł być typowym ostrym kołem lub mieć napęd typu wolnobieg.

Przy okazji podjęliśmy decyzję odnośnie korby i kadencji: zostawiamy większy blat (52) i aby uzyskać odpowiednik przełożenia 46-16, na tylne koło zakładamy zębatkę 18-tkę oraz po drugiej stronie piasty wolnobieg w tym samym rozmiarze (update 10.2013: wolnobieg Dicta umarł po ok. 3 mies. intensywnej jazdy i za radą Kamsa tym razem założyłem Sturmey Archer). W ten sposób otrzymamy dosyć typowe przełożenie 2.89. W wyliczeniach pomogła ta strona: link.

kadencja

W tym momencie ustaliliśmy także, aby nie zakładać jednak żadnej owijki. To był mój pomysł, bo kierownica podoba mi się wyjątkowo, obecnie jeżdżę również z kierownicą bez owijki i nie narzekam, więc z Modolo Pistą też nie powinno być problemu. Wkrótce zmieniliśmy zdanie, ale o tym później. Końcówki kiery zatkamy korkami z wina. Będzie klasa! :D

Po burzliwych dyskusjach o tym co jest „festynem”, a co nie i „czy srebrny, karbowany pancerz wygląda jak glista” zdecydowaliśmy się na taki oto pancerz do linek hamulcowych:

pancerz 5mmDyskusja rozgorzała nawet przy wyborze dętek. Zgodziliśmy się, że do naszych obręczy chcemy krótki, srebrny wentyl, ale gdy już taki znalazłem (Kenda), Kams stwierdził, że ni chu chu na to nie pozwala i że musi być Continental.

I kto tu jest klientem, a kto wykonawcą, ja się pytam!? ;-))

Udało się: continental – jest! Srebrny wentyl – jest! Krótki – 42 mm, jest!

conti

Dobra wiadomość jest taka, że zamówiliśmy na Allegro srebrny mostek 3ttt (110 mm) i lada dzień powinien być u nas. Do tego – przede wszystkim! – Kams wyczarował gdzieś srebrne stery Campagnolo w całkiem przyzwoitym stanie:

stery

Zamówiliśmy też srebrny, pokryty niklem łańcuch: Wippermann ConneX 108 (1/2“ x 1/8“). Waga: 418g/112 ogniw.

WIPPERMANN-Connex-Chaine-1G8-BMX

W zasadzie, gdybyśmy mieli sztycę to moglibyśmy już składać części w całość. Mam nadzieję, że szybko się znajdzie, bo ogólnie to szlag już trafia moją cierpliwość i chcę skończyć ten projekt. Kams mnie dobija mówiąc, że miesiąc to króciutko, bo on już 4 lata kompletuje części do roweru z lat 60-tych… Jak żyć, Panie Premierze? Jak żyć?! ;-)

(21 maja 2013)

Stało się. I czas i budżet, który wyznaczyłem na złożenie roweru są już na wyczerpaniu. Z tych przyczyn zakup odjazdowej sztycy Miche musiałem odłożyć i zamówiliśmy nową, budżetową, aluminiową sztycę Kalloy. Średnica: 27.2 mm. Długość: 270 mm. Waga: 248 g. Cena… 20 zł. Pocieszające jest to, że ma ciekawe wygięcie, a jej połysk będzie dobrze komponował się z polerowanymi elementami Brooksa. Wygląda tak:kalloy seatpost

Ufff… To już prawie koniec. Wkrótce efekty wielu godzin myślenia tego roweru i podsumowanie. Póki co czekamy na dostarczenie części i mam nadzieję, że lada dzień Kams znajdzie czas, aby wszystko złożyć w całość. Trzymam kciuki, aby po drodze nie pojawiły się już żadne problemy i… nie mogę się doczekać pierwszej przejażdżki!

Tymczasem, niczym o nowo narodzonym dziecku mam już dość mówienia „ono” („rower”) i czas wymyślić dla niego imię. Jakieś pomysły? :)

(24 maja 2013)

Rama, na której budujemy rower była sygnowana małą, zdaje się austriacką manufakturą i podpisana „designed by Otto Klamer”. Z kolei lakier BMW użyty do pomalowania nazywa się „topas blau”. Tak oto powstało imię! Rower będzie miał na imię Otto. Otto Blau :)))

Otto lada dzień będzie mógł być pokazany światu, a tymczasem mały „sneak peak” od Kamsa:

fot. Buacchini biciclette

(27 maja 2013)

Od początku Kams namawiał mnie, aby użyć owijki na kierownicy, jednak Modolo Pista podoba mi się tak bardzo, że upierałem się, aby zostawić ją „nagą”. Ostatecznie za namową ludzi z forum ostrekola.pl dałem się przekonać do owijki, jednak tylko na dolnym chwycie.

I tu pojawiły się schody – znalezienie w Polsce owijki w kolorze miodowym jest niemal niewykonalne. Na rynku jest łatwo dostępny Brooks (koszt blisko 200 zł), a w Asphalt Bikes jest miodowa BLB – za 160 zł, ale nasz budżet by takiego wydatku nie wytrzymał. Da się też znaleźć już w znacznie lepszej cenie owijkę Deda, ta jednak ma firmowy nadruk, który nie komponowałby się dobrze z Otto. Co prawda włoski Fizik na bieżąco produkuje miodowe owijki w przystępnej cenie (ok. 40 zł), ale polski dystrybutor tej firmy „daje ciała” i od dawna nie można znaleźć jej w naszych sklepach.

[Update 10.2013: miodowy Fizik wrócił do kilku polskich sklepów, choć w prawie dwukrotnie wyższej cenie]. Na szczęście Kams znowu zabłysnął swoimi zdolnościami i zaproponował, że może samodzielnie wykonać owijkę i za pomocą szelaku nadać jej brązowy kolor, aby wyglądała mniej więcej tak:

fot. http://goo.gl/p8U4o

fot. http://goo.gl/p8U4o

Na odbiór roweru jesteśmy umówieni na 30 maja. AAAAAA!!! Niech ten czas szybciej leci! ;-))

(30 maja 2013)

Dnia 30 maja 2013 r. na świat przyszedł Otto Blau.

Waży 9460 g. Jestem najszczęśliwszym facetem na Ziemi i po pierwszych godzinach z nim nie mogę się zdecydować czy bardziej lubię na nim jeździć czy na niego patrzeć! :D (więcej zdjęć)

arturgrabias.com