Artur Grabias

– Enthusiastic Explorer –

Po tygodniu z Galaxy S8 z przyjemnością wróciłem do iPhone’a 6

Ciekawostka: na kanale znanego youtubera, jeszcze we wrześniu (2017) będzie streaming z próby samodzielnego naprawienia pękniętego ekranu w S8, co wymaga m.in. podgrzania elementów urządzenia do ponad 100°C. Jeśli chcecie to zobaczyć to dodajcie kanał Handy do obserwowanych na YT :)

Co rusz trafiały do mnie hiper-pozytywne opinie o Samsungu Galaxy S8. Ponoć to obecnie najlepszy dostępny na polskim rynku smartfon z Androidem, jego aparat przebija nawet iPhone’a 7, a Android 7.0 jest znacznie lepszy od Androida 4.3, na którym zakończyłem swoją przygodę z tym systemem.

Prawie nowy Samsung Galaxy S8, ideał + etui MUJJO

Nieco podekscytowany zamówiłem Galaxy S8 Midnight Black i pierwsze wrażenia miałem bardzo dobre. Design telefonu jest naprawdę ładny. Przekonany, że zostanie ze mną dłużej kupiłem do niego równie eleganckie etui Mujjo i uruchomiłem system.

Następne wrażenie – płynność działania systemu jest super! Trudno się dziwić, bo iPhone 6, którego do tej pory używałem ma ponad 3 lata, tylko 1 GB RAMu i procesor 1,4 GHz, a S8 to aż 4 GB oraz taktowanie 2,3 GHz. Świadomość, że jeśli telefon wpadnie do wanny czy że bez obaw będę mógł korzystać z niego w deszczu – też wzmacniały moje poczucie „dobrego wyboru”.

Od pierwszych wrażeń minął ponad tydzień i odetchnąłem z ulgą wracając do przestarzałego już iPhone’a 6.

 

Oto 10 małych grzechów głównych Galaxy S8, przez które z ulgą wróciłem do przestarzałego iPhone’a 6.

1. Czytnik linii papilarnych umiejscowiony zaraz obok aparatu

Totalne nieporozumienie. Dużo już zostało powiedziane w tym temacie, więc nie będę wtórował i napiszę jedynie, że dawno nic mnie tak bardzo nie poirytowało, jak systemowy komunikat Samsunga przypominający, abym „dbał o czystość aparatu”, który brudził się właśnie przez to, że próbując użyć czytnika linii papilarnych dotykałem soczewki.

2. Zbędny przycisk fizyczny Bigsby

Mogę sobie tylko próbować wyobrazić jak bardzo ktoś w Samsungu naciskał na dodanie tego przycisku. Bez instalacji dodatkowego softu nie można go programować, a mi często zdarzało się przypadkowo wciskać. Tymczasem funkcja jest po prostu zbędna i przez swoje wyeksponowanie – irytująca.

3. Domyślnie włączone przekłamanie kolorów zdjęć i filmów

Pierwsza myśl podczas przeglądania zdjęć czy filmów to „- Wow! Jakie żywe kolory ma wyświetlacz! Jaki kontrast!”.

– Nope.

Wszystkie zdjęcia i filmy, które odtwarzamy mają „podbite” kolory i kontrast, co znaczy, że gdy oglądacie zdjęcia znajomych na Instagramie to widzicie je nie tak, jak chcieli autorzy, ale z nałożonym dodatkowym filtrem. Każdy, kogo interesuje fotografia uzna, że to słabo, bardzo słabo. Na szczęście można to wyłączyć.

fot. http://www.androidauthority.com/samsung-galaxy-s8-red-tint-fix-768219/

 

4. Śmieci od producenta

Już pierwszego dnia usunąłem oprogramowanie operatora i wgrałem oryginalne Samsunga, aby pozbyć się „śmieci”, czyli zbędnego softu i wizualizacji operatora. Niestety, nawet po tej operacji pozostał soft Samsunga – podobnie, jak w przypadku softu od operatora – w większości zbędny i robiący bałagan. Jest kilka fajnych funkcji, np. odblokowywanie smartfona skanerem tęczówek czy korekta dźwięku dostosowana do naszego słuchu i jakości słuchawek, ale większość jest zbędna.

5. Dublowanie funkcji Androida

Niektóre domyślnie zainstalowane aplikacje dublowały się funkcjami. Chyba. Nawet po paru dniach nie udało mi się tego do końca rozgryźć. Zmiany wyglądu systemu mogłem dokonywać z androidowego menu ustawień oraz przez aplikację od Samsunga. I to nie było to samo. Użycie obu sprawiało, że niektóre wizualizacje były z jednej aplikacji, a inne z ustawień.

6. Mnogość i nieintuicyjność ustawień

Czy wiecie jak w Androidzie w S8 włącza się bardzo przydatną funkcję rozmów przez WiFi? – Nie, nie wchodzi się w ustawienia systemu i nie szuka się ustawień połączeń. W ustawieniach WiFi też nie ma. Trzeba wejść w aplikację do wykonywania połączeń i tam zmienić ustawienia.
Wydawać by się mogło, że ogromne możliwości konfiguracji to duży plus w stosunku do dość zamkniętego iOSa, ale z drugiej strony to przekleństwo, bo aby dostosować system do swoich potrzeb trzeba naprawdę dużo się nagimnastykować. Ustawienia domyślne pozostawiają wiele do życzenia.

7. Brak „swipe” w nawigacji

Możliwe, że to przez jakieś patenty Apple, ale w Androidzie nie można nawigować po funkcjach przesuwając ekran w lewo lub w prawo. Tak, jest przycisk Wstecz, ale jest dla mnie znacznie mniej wygodny i intuicyjny niż „swipe left”. No i przycisku „do przodu” już nie ma.

8. Kilka aplikacji o takiej samej nazwie

Niektóre aplikacje w systemie miały te same nazwy. True story, nie wiem dlaczego Android w S8 na to pozwala. Miałem np. dwie aplikacje o nazwie Kalendarz. Jedna, z której korzystam na co dzień – zainstalowana samodzielnie z Google Play i druga, która była chyba zainstalowana w systemie. Problem łatwy do rozwiązania, wystarczy skasować nieużywaną appkę, ale tego problemu w ogólnie nie powinno być.

9. Niezbyt ładny design niektórych funkcji systemowych

Jasne, ktoś powie, że to kwestia gustu, ale porównajcie klawiaturę Androida i iOS. Dla mnie – bez wątpienia ta druga jest ładniejsza i bardziej czytelna. Podobnie, jeśli porównamy ich animacje. Takiego nie do końca ładnego designu jest więcej.


fot. https://www.androidcentral.com/what-keyboard-are-you-using-your-galaxy-s8

 

10. Niedoskonała kopia zapasowa i przenoszenie zawartości

Android w S8 domyślnie pozwala zrobić kopię zapasową zawartości telefonu, aby odtworzyć ją z chmury – w razie utraty telefonu lub wymiany na inny. Niestety, działa to wybiórczo i o ile podstawowe informacje, kontakty, pliki oraz aplikacje są przenoszone to już ustawienia aplikacji nie i konieczne było ich ponowne konfigurowanie. To w Androidzie naprawdę sporo pracy.

W tym miejscu przypomina mi się grzech nr. 5 – w telefonie można znaleźć dwie kopie zapasowe – jedna Androida i jedna Samsunga. Czym się różnią? Nie jestem pewny.

Tymczasem w iOS – WSZYSTKO odtwarza się 1:1. Apple robi to od lat tak doskonale, że po odtworzeniu kopii zapasowej moglibyśmy nawet nie zauważyć, że zmieniliśmy telefon.

 

Inne

Problemy z Android Pay
To jedna z najbardziej irytujących rzeczy, choć celowo umieszczam ją poza listą grzechów Samsunga, bo możliwe, że przyczyna leżała gdzie indziej, np. po stronie banku.

Otóż dość często, bo w ok. 10-20% przypadków – przy próbie płatności przez Android Pay (mBank) – aplikacja nie pozwalała mi dokonać płatności i wyświetlała ekran nakazujący skorzystanie z czytnika linii papilarnych lub podanie kodu odblokowania systemu:

 

 

Oczywiście działo się to przy odblokowanym ekranie.

Po przyłożeniu palca / wpisaniu kodu – nic się nie zmieniało – podobnie płatność była odrzucana i wyskakiwał ten sam komunikat. Następnego dnia, w tym samym czytniku kart – problemu nie było.

Nawet jeśli to problem z bankiem to uważam, że aplikacja powinna poinformować mnie, że coś jest nie tak po jego stronie.

 

Podsumowanie

Z wszystkimi wymienionymi grzechami można byłoby żyć na co dzień po prostu się do nich przyzwyczajając. Nie twierdzę, że iOS jest lepszy niż Android. Przeciwnie: w ciągu kilku lat Android zrobił ogromny skok jakościowy i brawa mu za to.  Wydaje mi się, że oba systemy mają obecnie porównywalną liczbę „małych grzechów”, za to modyfikacje Samsunga odczuwalnie psują „czystego robota” i w wyścigu smartfonów przechylają szalę zwycięstwa na stronę Apple.

 

Gdy po tygodniu z Galaxy S8 przełożyłem kartę SIM z powrotem do leciwego iPhone’a – odetchnąłem z ulgą i uśmiechnąłem się zadowolony, że mogę wrócić do iOS. Całkowicie minęła mi ochota na migrację do Androida, choć niewykluczone, że wróci, gdy pojawi się Pixel 2.

 

Ciekawostka: na kanale znanego youtubera, jeszcze we wrześniu (2017) będzie streaming z próby samodzielnego naprawienia pękniętego ekranu w S8, co wymaga m.in. podgrzania elementów urządzenia do ponad 100°C. Jeśli chcecie to zobaczyć to dodajcie kanał Handy do obserwowanych na YT :)

Xiaomi Mi Band Plus (1S) na iPhonie – recenzja

Osobom zainteresowanym gadżetami nie trzeba przedstawiać firmy Xiaomi, która jakiś czas temu wypuściła na rynek urządzenie z kategorii „smart band” – opaskę Mi Band. To urządzenie bez wyświetlacza „jedynie” mierzyło ilość zrobionych kroków oraz „jakość” naszego snu (na podstawie ruchów) i wibracjami powiadamiało nas o przychodzących połączeniach. Opaska szybko zdobyła popularność głównie za sprawą świetnej ceny – w polskich sklepach internetowych kosztuje ok. 80-100 zł.

W ostatnim czasie pojawiła się druga generacja tych urządzeń – Mi Band Pulse znana również jako Mi Band 1S, która poza znanymi do tej pory funkcjami posiada wbudowany pulsometr. Zachowana została niska cena – w polskich sklepach internetowych można ją dostać za ok. 150 zł.

Mi Band Pulse

Mi Band Pulse

Wbrew pozorom nie jest łatwo znaleźć oficjalne informacje na jej temat jeśli nie znacie chińskiego. Anglojęzyczny opis produktu i specyfikację znajdziecie na stronach xiaomi-mi.com. Nie będę powielał tych informacji, a jedynie po krótce opiszę jak mają się do rzeczywistości, bo nie wszystko jest tak piękne jak opisuje to Xiaomi :-)

Opaski używałem z iPhonem 5:

+ pulsometr działa i to chyba przyzwoicie

Po założeniu Mi Band Pulse i Apple Watcha na jedną rękę wyniki prowadzonych przez kilka minut pomiarów były zbliżone.

pomiaru pulsu można dokonywać tylko „na życzenie”

Nie ma możliwości ustawienia, aby pomiar był dokonywany co jakiś określony czas. Musimy uruchomić aplikację i przejść do odpowiedniej funkcji. Co prawda jednej z nocy po przebudzeniu zauważyłem, że pomiar uruchomił się sam (sygnalizują to migające diody po wewnętrznej stronie opaski), ale nie znalazłem wyników na liście pomiarów, więc pewnie aplikacja wykorzystuje je jedynie do określania „jakości” snu.

+ opaska jest wygodna i odporna na przemoczenie

Mi Band nie jest tak lekki, aby nie było go czuć na ręku, ale też zupełnie nie przeszkadza. Według producenta jest „odporna na zachlapania” i choć nie miałem okazji przetestować jej na basenie to nie zdejmowałem jej idąc pod prysznic i ciągle działa bez zarzutu.

+ wizualnie Mi Band daje radę

Choć ogólnie to nie mój styl to czarna, gumowa, hipoalergiczna opaska wraz ze srebrnym urządzeniem na środku nie wyglądają źle i nie rzucają się w oczy. We wszystkich sklepach, w których widziałem nową Mi Band była sprzedawana z czarną opaską, ale można osobno dokupić oryginalne opaski w innych kolorach oraz dedykowane opaski w przeróżnych stylach. Jeśli będziecie szukać opaski dla siebie to póki co jesteśmy skazani na zagraniczne sklepy czy serwisy typu AliExpress. Co ważne – Mi Band Plus ma odrobinę inne wymiary od swojego poprzednika, więc opaski z pierwszej generacji nie pasują do drugiej.

Mi Band Pulse

Mi Band Pulse

– nie działa na rowerze

Niby oczywiste, w końcu to tylko działający w oparciu o ruchy ręki krokomierz, ale na swojej stronie Xiaomi informuje: „Evening biking? All the better! Do not forget to wear Mi Band, and all the information about your mileage will be displayed on the smartphone screen.”. Może ta opcja jest dostępna tylko na Androidzie, albo czegoś nie ogarnąłem? W iPhonie w żaden sposób nie udało mi się przekonać Mi Fit (oficjalnej aplikacji dla opaski) do zliczania odległości pokonanej na rowerze.

+ bateria to mistrz

Po dwóch dniach BARDZO intensywnego używania – stan baterii wynosił ok. 90%. Pewnie za kilka dni, gdy przestanę bawić się opaską i będę „tylko” jej używać zużycie baterii znacznie się zmniejszy i opaska wytrwa obiecane przez producenta – 3-4 tygodnie i to jest super!

pasek jest zbyt długi dla drobnych kobiet

Pasek, wg. zapewnień producenta powinien być uniwersalny. Na moim ręku zapina się mniej więcej w połowie i jest bardzo ok. Niestety na ręku mojej dziewczyny nawet po maksymalnym skróceniu (ok. 15 cm) jest zbyt luźny i jeśli będzie chciała mieć podobną to bez mechanicznego skrócenia czy poszukania zamiennika się nie obędzie:

Mi Band Pulse

w iOS powiadamianie wibracją tylko o przychodzącym połączeniu

Niestety oryginalne oprogramowanie na iOS pozwala, aby opaska wibrowała powiadamiając nas tylko o przychodzącej rozmowie. Żadne inne notyfikacje na iPhone’ach, np. nowe wiadomości czy inne powiadomienia – nie są obsługiwane. Zdaje się, że aplikacja na Androida ma większe możliwości,  ale akurat nie miałem pod ręką żadnego „robota”, więc nie mogę tego potwierdzić.

+ budzenie wibracją jest bardzo miłe

Oprogramowanie opaski pozwala na ustawienie budzika poprzez wibrowanie opaski o określonej porze i to z kontrolą fazy snu. To działa i nie spodziewałem się, że budzenie przez wibrację na ręku jest o tyle przyjemniejsze od budzenia dźwiękiem :)

automatyczne odblokowywanie ekranu telefonu nie działa w iOS

Nie jest zaskoczeniem, że ta funkcja działa tylko z Androidami (minimum 5.0), ale dodaję tę informację na wypadek, gdyby ktoś po lekturze materiałów reklamowych Xiaomi miał wątpliwości.

ładowanie tylko przez specjalny kabel

Jeśli chcemy naładować Mi Band to wsuwamy go w specjalny kabel. Nie ma możliwości naładowania go typową ładowarką do smartfonów. Zdecydowanie więc lepiej nie zgubić tej ładowarki, przynajmniej dopóki nie są łatwo dostępne w Polsce.

– nie współpracuje z popularnymi aplikacjami, jednak wysyła dane do Apple Health

Niestety, przynajmniej na razie Mi Band współpracuje na iOS tylko z oficjalną aplikacją Mi Fit. Endomondo, RunKepper czy inne popularne na iOS aplikacje do mierzenia aktywności fizycznych nie znajdują opaski i nie pozwalają wykorzystywać jej do liczenia kroków czy pomiarów pulsu. Małym plusem jest wysyłanie danych (kroków, snu, energii i wagi) do aplikacji Zdrowie, czyli oficjalnego Apple Health.

Podsumowując:

Opaska działa i to zdecydowanie najlepsze co możemy dostać w tej, a nawet nieco wyższej kategorii cenowej. To bardzo udany sprzęt, ale póki co mocno kuleje oprogramowanie do niej (zwłaszcza na iOS), które nie wykorzystuje wystarczająco jej możliwości.

Mi Band Pulse pojawił się na rynku niedawno, więc mam nadzieję, że oprogramowanie wkrótce stanie się znacznie bardziej funkcjonalne, zacznie lepiej obsługiwać powiadomienia, a i zewnętrzni twórcy będą mogli dodać obsługę opaski do swoich aplikacji. Gdy tak się stanie będę mógł powiedzieć, że Mi Band Pulse to najlepszy dostępny na rynku monitor aktywności dla niewymagających użytkowników.

„Black mirror”. Co nam zrobisz, nowoczesny świecie?

black mirror

Choć wg opisu producenta historie przedstawiane w „Black Mirror” umiejscowione są w przyszłości, to niektóre mogłyby zdarzyć się już dziś, a pozostałe w przyszłości wcale nie tak odległej, jak mogłoby się to w pierwszej chwili wydawać. To właśnie jest najbardziej niepokojące, przecież już każdy z nas na co dzień spotyka się z tytułowym „czarnym lustrem”…

„If technology is a drug – and it does feel like a drug – then what, precisely, are the side-effects? This area – between delight and discomfort – is where Black Mirror, my new drama series, is set. The „black mirror” of the title is the one you’ll find on every wall, on every desk, in the palm of every hand: the cold, shiny screen of a TV, a monitor, a smartphone.”

Każdy odcinek tego brytyjskiego mini-serialu, który w 2012 r. otrzymał statuetkę Emi w kategorii „najlepszy mini serial” posiada innych bohaterów i integralną fabułę. Łączy je to, że przedstawiają potencjalny i ukazany w przyszłości, wyolbrzymiony (czy aby na pewno?) wpływ nowych technologii i „społecznego internetu” na wybrany aspekt życia społecznego. W serialu znajdziemy wątki o sile współczesnych mediów i reklamy, globalnej komunikacji w social mediach, samotności w cyberświecie, o zachwianym, współczesnym postrzeganiu sztuki, ogłupianiu ludzi w masowych, nie tylko telewizyjnych przekazach nieadekwatnymi do ludzkich wartościami i regułami, o grywalizacji wdrożonej w niemal wszystkie aspekty codzienności, relacjach damsko-męskich w dobie „Wielkiego Brata”, o zastępowaniu bliskich nam ludzi sztuczną inteligencją i o produkowaniu tylko dla konsumpcji (trudno nie dostrzec nawiązań do „Podziemnego kręgu” Palahniuka).

Całość utrzymana jest w świetnym, psychologicznym klimacie i oglądając niemal czuje się w sobie okrutne wyobcowanie w świecie, w którym znaleźli się bohaterowie. To serial nie tylko dla fanów „Roku 1984” Orwella. To pozycja absolutnie obowiązkowa dla miłośników nowych technologii będących także fascynatami zmian w społeczeństwie informacyjnym. Na pewno zainteresuje także badaczy zachowań tłumu (m.in. w ujęciu Le Bona), obserwatorów współczesnych mediów i komunikacji społecznej, a także osoby wyłącznie interesujące się nowinkami technicznymi. Poza tym to po prostu dobry thriller :)

To serial zdecydowanie godny polecenia, dla mnie – fenomenalny, chwilami wstrząsający i dawno nie oglądałem czegoś tak dobrego. Ze względu na specyficzną realizację serialu oraz jego nieco geekową tematykę – z pewnością nie wszystkim się spodoba, ale mimo to – polecam.

Do dziś premierę miały 2 serie mające tylko po 3 odcinki i niedawno zakończyła się emisja drugiej serii. Odcinki były emitowane w HBO i część z nich jest obecnie dostępna w HBO GO. Pozostałe można znaleźć już chyba tylko w „internetowej wypożyczalni”… Wszystkim, którzy przymierzają się do obejrzenia życzę niesamowitych wrażeń!

update:
Osobom, którym bliska jest tematyka serialu z pewnością spodoba się film pełnometrażowy „Ona” z 2013 r. Trudno nie mieć wrażenia, że fabuła tego filmu czerpie z jednego z odcinków „Black Mirror” :)

Ribbon Hero 2, czyli patent na zostanie mistrzem PowerPointa, Excela, Worda…

Pamiętacie tego gościa? :D

clippy

Tak! To Clippy, czyli Spinacz ze starych wersji Office’a :)) Pracował dzielnie, ale jak pewnie pamiętacie był strasznie wszędobylski, a przez to irytujący i w końcu… stracił pracę. Przestał pomagać użytkownikom począwszy od Office 2003, nie mając środków do życia zamieszkał z mamą, ale i jego mama w końcu straciła cierpliwość i kazała mu wyruszyć z domu w poszukiwaniu pracy. Na jego szczęście szybko trafiło się ciekawe ogłoszenie…

Ribbon Hero 2

W świecie humorystycznej, komiksowej fabuły pomagamy więc Clippiemu przygotować ładne CV, a potem… przez gapowatość sympatycznego Spinacza wybieramy się w podróż wehikułem czasu, podczas której poznajemy ciekawostki świata, odwiedzamy m.in. dwór króla Artura, piramidy egipskie, Woodstock i starożytną Grecję. Zupełnie przy okazji, z wykorzystaniem elementów grywalizacji uczymy się używać funkcji pakietu Office i zdobywamy nowe poziomy, którymi możemy dzielić się ze znajomymi.

Ribbon Hero 2

Wszystko po to, aby połączyć zabawę z nauką i to się naprawdę udaje! Ribbon Hero 2 polecam nie tylko osobom, które do dziś nie oswoiły się z nowym (począwszy od wersji 2007) pakietem Office, ale także tym, którym tak jak mi wydawało się, że znają już ten pakiet bardzo dobrze. Nie dotarłem jeszcze do końca fabuły, a już odkryłem masę nowych funkcji i jestem przekonany, że jeśli trochę pogracie to też stwierdzicie, że nowe pakiety Microsoftu są znacznie bardziej funkcjonalne i prostsze w użyciu od poprzednich :))

Gra jest bezpłatna, wydał ją Microsoft i można ją pobrać z tej strony:
http://www.ribbonhero.com/

Musicie mieć zainstalowany na komputerach Office 2007 lub nowszy. Szkolenie jest dostępne tylko w języku angielskim, ale można je instalować także na polskojęzycznych wersjach Office. Gra jest tak sympatyczna, że na pewno nie pożałujecie poświęconego jej czasu, a przy okazji podszkolicie swój office’owy skill, który jak wiadomo w „biurowych” zawodach, a nawet już na studiach bywa bardziej niż przydatny. Bawcie się dobrze, tylko ostrożnie, bo ta gra wciąga! :))

P.S. Gdyby pod wpływem gry ktoś z Was zatęsknił za Clippim i chciał go spotykać na co dzień to jest sposób na dodanie go do nowych pakietów Office… (link).

Król bankowości internetowej powrócił – nowy mBank

Choć przywitał posypanym ekranem logowania:

nowy mbank

to jednak drobiazg (wyczyszczenie cache, czyli kombinacja klawiszy CTRL + R pomogło) i potem było już tylko dobrze. Nowy serwis transakcyjny mBanku, który został dziś udostępniony zdecydowanie „daje radę”. Jest prosty, intuicyjny, ergonomiczny, a mimo to naprawdę szybki (!). Wprowadza kilka bardzo użytecznych drobiazgów, np. darmowe potwierdzenia e-mail czy logowanie za pośrednictwem nazwy użytkownika. Jest też kilka większych funkcji, które dopiero odkrywam, ale już na pierwszy rzut oka wydają się przydatne – np. przekazywanie przelewów bez znajomości numeru konta bankowego odbiorcy (!) czy narzędzie do zarządzania domowym budżetem w oparciu o planowane wydatki. W nowym serwisie oczywiście nie zabrakło mechanizmów grywalizacji, które są nienachalne i wierzę, że mogą spełnić swoją rolę. Moim zdaniem najważniejszą jednak cechą wyróżniającą nowy mBank jest to, że ten serwis naprawdę działa i to działa bez zarzutu – w przeciwieństwie do bezpośredniej konkurencji, która w ubiegłym roku wypuściła nowoczesny, ale niedopracowany produkt, w którym do dziś nie wszystko funkcjonuje prawidłowo.

Nowy mBank ma jeszcze jedną ważną zaletę: jest… po prostu śliczny :-) Otrzymał ładny design zgodny z bardzo udaną, nową komunikacją wizualną marki i ma się miłe wrażenie, że wszystko tu pływa – od chwili zalogowania korzystanie z serwisu zdecydowanie sprawia przyjemność.

mbank.2png

Do mBanku mam duży sentyment, bo był nie tylko pierwszym internetowym bankiem w Polsce, ale także moim pierwszym bankiem w ogóle :) Nie będę się jednak rozwodził o moim postrzeganiu marki, bo to temat na osobny wpis, a ten dotyczy tylko nowego serwisu transakcyjnego. Ten, od kilku lat był w stagnacji i w ubiegłym roku dał się mocno wyprzedzić konkurencji. Po pierwszych testach stwierdzam jednak, że mBank nie tylko odrobił pracę domową i nadrobił zaległości, ale wyszedł przed szereg i znowu wyraźnie wyprzedził pozostałych.

Samoczynne wyłączanie się Windows 8, czyli jak Microsoft zalicza prostą wpadkę

Jakiś czas temu zainstalowałem w swoim laptopie testową wersję Windows 8 – tzw. „Consumer Preview”. W opozycji do krążących w sieci opinii byłem z tego systemu bardzo zadowolony, a osobom przerażonym nakładką Metro wyjaśniałem, że w Windows 8 jednym kliknięciem mogą zamienić system w swój tradycyjny Windows 7, tylko będzie on szybszy i stabilniejszy.

Niestety w pewnym momencie Win 8 na moim laptopie zaczął bez powodu sam się wyłączać. Po prostu – następowało wymuszenie zamknięcia wszystkich aplikacji i systemowy shut down bez możliwości zatrzymania.

Pierwsza myśl: sprzęt nie jest najnowszy, więc może wiatrak nie pracuje jak należy, czujniki wychwytują zbyt wysoką temperaturę i sprytny Windows przezornie wyłącza system nim coś się przepali. Fajnie. Rozkręcam więc mojego Della na części, czyszczę, przy okazji gubię parę śrubek, ale po zmontowaniu wszystko działa i nawet pracuje przyjemnie ciszej.

Niestety, po pewnym czasie znowu auto shut down. Pojawia się we mnie druga myśl – już nie tak optymistyczna: niedobrze, sprzęt już pada i czeka go serwis. Instaluję więc aplikacje dodatkowe i sprawdzam wartości czujników. O dziwo – wszystko git. Temperatury jak najbardziej ok, a i parametry pracy zupełnie przyzwoite. Tymczasem… system znowu się wyłącza.

Nie mam pewności co do sprawności sprzętu, ale i tak dziś już nie dam rady nic z tym zrobić, więc szukam innych możliwych przyczyn problemu. Pojawia się trzecia myśl: parę dni temu instalowała się jakaś aktualizacja do Win 8. Skoro więc wcześniej wszystko było ok, to ta aktualizacja musiała wprowadzić jakieś zamieszanie i wystarczy ją usunąć. Próba usunięcia kończy się niepowodzeniem. System mi mówi, że muszę go aktywować. Nad głową zapala mi się żarówka…

source: http://goo.gl/Bg0qh

Jaki jest finał? Mój laptop jest w pełni sprawny. Za to Windows 8, jeśli nie zostanie aktywowany to automatycznie co godzinę się wyłącza. Przypomniałem sobie, że na taką informację trafiłem podczas instalacji systemu ok. 3 miesięcy temu. Brzmi jak typowe dla Microsoftu logiczne utrudnienie mające zmusić do zakupu. Problem w tym, że Windows 8 podczas wykonywania niesławnego, samoczynnego wyłączenia NIE INFORMUJE dlaczego to robi. Nie wyskakuje żaden komunikat typu „Za chwilę komputer zostanie wyłączony. Aktywuj system w taki i taki sposób, aby uniknąć tego w przyszłości”. Po prostu następuje wyłączenie, a użytkownik zaskoczony gapi się w czarny ekran i nie ma pojęcia o co chodzi.

Zdaje się, że tak samo wygląda to we wszystkich nieaktywowanych wersjach Win 8, również tych sprzedawanych komercyjnie. Ja jestem technologicznym maniakiem, a mimo to nim wpadłem na rozwiązanie, mimo wcześniejszych pozytywnych doświadczeń kilkukrotnie zwątpiłem w nowy system. Czy „zwykły użytkownik”, który przecież zazwyczaj nie zawraca sobie głowy aktywacją również będzie miał tyle cierpliwości? Nie sądzę. Raczej nieźle się wkurzy, gdy przez samoczynne wyłączenie straci ważne dane i/lub zapłaci za przegląd sprawnego komputera w serwisie. Microsoft wydał dobry produkt, ale nie powinien pozwalać sobie na tak proste błędy. Kibicuję więc dalej mając nadzieję, że nieaktywowani użytkownicy Win 8 nim zaniosą komputer do serwisu trafią na ten artykuł, a jedna z najbliższych aktualizacji systemu będzie zawierała planszę wyjaśniającą skąd samoczynne wyłączenie.