Artur Grabias

– Enthusiastic Explorer –

Pierwszy raz na Teneryfie

Gdy jakiś czas temu Karolina powiedziała mi „– Lećmy na Teneryfę!” – od razu wyobraziłem sobie hotel pełny potykających się o siebie turystów i ludzi leżących cały dzień na plaży i sączących drinki z all inclusive.

– Nie, nie, nie. Nic z tego. – protestowałem. Potem opowiedziała mi o wulkanach i wędrowaniu. Zapewne użyła też jakichś kobiecych sztuczek i… w drugiej połowie kwietnia 2017 r., gdy w Warszawie był jeszcze schyłek zimy, siedzieliśmy w samolocie lecącym na hiszpańską wyspę.

 

Najważniejsze, czego nauczył mnie ten tygodniowy wyjazd:

  1. Teneryfa to nie tylko ocean i plaża. To wulkany i wulkaniczne twory. To lasy. To autostrada dookoła wyspy i miłe miasteczka. Miejsce zdecydowanie nie tylko dla leniuchów.
  2. Jeśli wydaje Ci się, że umiesz ruszać samochodem na wzniesieniu, ale do tej pory jeździłeś tylko w Polsce – to tylko Ci się wydaje.
  3. To był mój pierwszy lot samolotem (sic!). Gdy uświadomisz sobie, że szansa na wypadek samochodowy jest pewnie kilka tysięcy razy większa niż szansa na katastrofę lotniczą – jest spoko i bez stresu, choć bycie zamkniętym w metalowej puszce 10 km nad ziemią nie jest zbyt komfortowe.
  4. Jeśli jesteś facetem to pewnie nie znosisz smarować się czymkolwiek, ale gdy wchodzisz na dużą wysokość (np. na Pico del Teide) to już daj sobie porządnie posmarować kremem z filtrem wszystkie odsłonięte części ciała. W przeciwnym razie będziesz o tym myśleć cierpiąc przez całą noc.

 

Pełną relację z wyjazdu możecie zobaczyć w naszym albumie Google:

 

ZapiszZapisz

ZapiszZapisz

Mój pierwszy raz w Tatrach

Do Zakopanego po raz pierwszy trafiłem 5 lat temu. Wtedy pogoda nam nie dopisała i spontanicznie wyruszyliśmy do Pragi. W sobotę 26 września 2014 r. historia miała się powtórzyć, bo już w Kuźnicach przywitał nas deszcz.

kolejka na Kasprowy Wierch

Gdy wjeżdżaliśmy kolejką na Kasprowy Wierch było tylko gorzej – zamiast pięknych widoków, za szybą roztaczała się biała, gęsta mgła.

kolejka na Kasprowy Wierch

fot. Zbyszek Łokaj

Koniec trasy przywitał nas śnieżycą. Nieco zniechęceni usiedliśmy w lokalu, podładowywaliśmy baterie i zastanawialiśmy się co dalej.

Kasprowy Wierch - tabliczka 1987 m n.p.m.

Postanowiliśmy głosować. Miałem twarde, racjonalne argumenty za tym, aby zostać i czekać na lepszą pogodę:

  • moje zerowe doświadczenie w górach (umówmy się – Bieszczady to nie góry ;-) )
  • moje niewyleczone do końca zwichnięcie stopy
  • brak jakiegokolwiek profesjonalnego ekwipunku (nie licząc plecaka, ale o tym później)
  • „perspektywa zera zachwytów” – widoczność ok. 50 m pozwalała oglądać tylko kamienie pod nogami

Zbyszek i Paweł byli znacznie bardziej wyluzowani:

  • „- Damy radę!”
  • „- Kto, jak nie my?!”
  • „- Nie pękaj, bro!”

Przegrałem w głosach 2:1. „Fuck it! Idziemy!”

Wychodząc z punktu turystycznego na Kasprowym Wierchu, napiliśmy się z przypadkowo spotkanymi turystkami Zbyszkowej wiśniówki domowej roboty i ruszyliśmy w drogę na Świnicę. Miałem dopiero się przekonać co to dla nas oznacza.

Po 30-minutowym, monotonnym marszu w śniegu, ciągle w dobrych humorach podążaliśmy czerwonym szlakiem wzdłuż granicy polsko-słowackiej.

fot. Zbyszek Łokaj

fot. Zbyszek Łokaj

Nasze buty bardzo szybko przemokły. Po minięciu przełęczy Liliowe teren stawał się coraz bardziej wymagający. Nie widziałem kamieni pod śniegiem, więc co jakiś czas ześlizgiwałem się z nich, a lewa stopa przypominała mi, że jeszcze powinienem ją oszczędzać. Paweł i Zbyszek nadali marszowi szybkie tempo. Gdy straciłem ich z oczu, pierwszy raz pomyślałem, aby zawrócić. Wiedziałem jednak, że samotny powrót w taką pogodę to jeszcze większe ryzyko. Przynajmniej tak mi się wydawało.

Co jakiś czas zatrzymywaliśmy się na chwilę. Oczywiście nie po to, aby podziwiać widoki. Przed wyjazdem chłopaki roztaczali przede mną wizję leżenia na górskiej polanie i picia wina w słońcu. Jak bardzo mnie oszukali! W praktyce, gdy choć na chwilę przestawał padać śnieg, wyglądało to tak (możecie kliknąć w „Zobacz w Mapach Google”, a potem obracać zdjęcie o 360 stopni za pomocą strzałek na klawiaturze):

Byłem już bardzo mocno zniechęcony, a teren sprawiał wrażenie coraz trudniejszego. Gdy do pójścia dalej zaczęło być konieczne podpieranie się rękami lub trzymanie łańcucha w marznących dłoniach, a wędrówka coraz bardziej przypominała wspinaczkę, zacząłem martwić się o nasze zdrowie i zastanawiać jakie mamy szanse na powrót w jednym kawałku.

Świnica

fot. Zbyszek Łokaj

Świnica

fot. Zbyszek Łokaj

To był istny koszmar i byłem trochę przestraszony, ale bardziej zły, że moja asertywność zawiodła i przystałem na bardzo nierozsądny pomysł pójścia w góry w taką pogodę. Zaciskałem zęby i myślałem o sposobach, na jakie będę mógł „zamordować” moich towarzyszy podróży, gdy uda nam się dotrzeć do schroniska ;-)

I wtedy stał się pierwszy cud.

Świnica

fot. Zbyszek Łokaj

Na trasie dogoniliśmy Martę i Tadka – niesamowicie pozytywnych podróżników, którzy wędrując w tak okrutnych warunkach, śmiali się, żartowali i widać było, że to nie jest ich pierwszy raz, są dobrze przygotowani i mają z tego mnóstwo radości. Czyli nie tylko my jesteśmy na tyle szaleni, aby w taką pogodę wychodzić w góry! Podróżnicy zatrzymali się z nami na wymianę trunków, powygłupialiśmy się, zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcia i to mi dodało otuchy. Dziękuję Wam!

Razem weszliśmy na Świnicę – jak się później dowiedziałem – jeden z bardziej wymagających szczytów w Tatrach (sic!).

http://marta-ulanska.blogspot.com/

fot. Marta Ulańska

fot. Marta Ulańska

fot. Marta Ulańska

fot. Marta Ulańska (http://marta-ulanska.blogspot.com/)

fot. Marta Ulańska

fot. Marta Ulańska (http://marta-ulanska.blogspot.com/)

fot. Marta Ulańska

 

Niech ten uśmiech Was nie zmyli. Choć w znacznie lepszym nastroju, to ciągle byłem wykończony, przemoknięty, obolały i martwiłem się o to, czy dotrzemy do schroniska w jednym kawałku.

Wtedy stał się drugi cud.

Schodząc ze Świnicy spotkaliśmy na jednym ze stromych przejść przerażoną parę turystów. Ona – drżąca i zapłakana, sparaliżowana strachem, nie mogła ruszyć się ani do przodu, ani do tyłu. On – również nieźle przestraszony, ale stara się z marnym skutkiem jakoś ją uspokoić. Czekają, aż dotrą do nich ratownicy TOPR, po których wcześniej zadzwonili. Widząc beznadziejność sytuacji, wszyscy zaczęli z serdecznością uspokajać i pocieszać biedaków. Nawet ja – do tej pory – delikatnie mówiąc – mocno zaniepokojony sytuacją, rozluźniłem się i jakby automatycznie poczułem, że nie mogę pokazać, że widzę dla nas zagrożenie – zacząłem pewnym siebie głosem żartować razem z resztą i z uśmiechem na ustach zgrywać doświadczonego taternika.

Marta założyła dziewczynie swoją uprząż, którą była połączona z Tadkiem i zaczęliśmy powoli schodzić w dół. Niedługo później dotarli do nas ratownicy TOPR i przejęli nierozsądną parę. Wkrótce z żalem rozstaliśmy się także z Martą i Tadkiem – uścisnęliśmy się na pożegnanie i nasze drogi się rozdzieliły.

Tatry dolina

fot. Zbyszek Łokaj

Ze Zbyszkiem i Pawłem, wykończeni i przemoknięci od stóp do głów, ale cali i zdrowi dotarliśmy do schroniska w Dolinie Pięciu Stawów. I to był trzeci cud.

Na miejscu okazało się, że tylko mój rowerowy plecak przetrwał test na wodoodporność (Ortlieb Velocity – polecam!). Zbyszka zapasowe spodnie były przemoczone prawie jak te, które miał na sobie. Niestety, mimo że wszystko w moim plecaku było suche, to swoje zapasowe spodnie zostawiłem… w samochodzie w Zakopanem. I tak oto pośród brodatych turystów górskich i twardych turystek, których spotkaliśmy w schronisku, Zbyszek paradował w rajstopo-getrach, a ja w bluzie przewiązanej wokół pasa, która wyglądała jak spódnica. Gender pełną gębą!

Byłem wykończony i wstydziłem się wstać z miejsca, bo – co tu dużo mówić – nóg nie mam najlepszych ;-) Jakiś gitarowy maestro przygrywał stare hity, a rezydenci śpiewali razem z nim i bawili się w najlepsze. Zbyszek jak zawsze super wyluzowany – spał z głową na stole, co jakiś czas budził się i nie otwierając oczu brał łyka stojącego przed nim piwa, po czym dalej szedł spać, a ja i Paweł kończyliśmy wiśniówkę marząc już tylko o tym, aby zasnąć na brudnej podłodze.

schronisko w Dolinie Pięciu Stawów

Gdy obudziłem się rano, ubrałem się (jak bardzo można tęsknić za spodniami!), zszedłem po śniadanie i kubek kawy i postanowiłem zjeść na zewnątrz. Wyszedłem przed schronisko i zobaczyłem to:

Dolina Pięciu Stawów

Dolina Pięciu Stawów

Usiadłem i nie mogąc uwierzyć w ten zapierający dech w piersiach widok, siedziałem w błogiej ciszy bardzo długo. Koszmar poprzedniego dnia zniknął jak ręką odjął, śniadanie i kawa smakowały jak najlepsze na świecie i czułem się absolutnie szczęśliwy. Wiecie co? Życie jest piękne! :-)

Tatry

fot. Zbyszek Łokaj

Ten i następny dzień były już tylko (aż!) niesamowicie przyjemnym wędrowaniem pełnym zachwytu polskimi górami.

szlak przy PTTK Muranowiec

Małe podsumowanie:

  • nigdy nie wychodź w góry w kiepską pogodę, jeśli nie jesteś absolutnie pewny że wiesz, co robisz
  • zapasowe ubranie, naprawdę wodoodporny plecak i porządne buty to „must have” w górach, przynajmniej, gdy jest jakakolwiek szansa na opady
  • nie taszcz ze sobą lustrzanki, zamiast tego weź telefon z porządnym aparatem (wszystkie zdjęcia i film zrobiłem iPhonem 5, Nikona D90 praktycznie nie używałem)
  • jeśli chcesz oszczędzić baterię w telefonie, używaj  „trybu samolotowego” – pozwolił mi cały dzień robić zdjęcia i kręcić filmy na jednym ładowaniu
  • zajrzyjcie na stronę podróżniczki Marty, którą spotkaliśmy na szlaku (piękne zdjęcia z wypraw!)
  • Tatry są absolutnie urzekające. Dla mnie to była miłość od pierwszego drugiego wejrzenia. W przyszłym roku wracam na dłużej!

Na koniec jeszcze jedno zdjęcie sferyczne, które jest już w Mapach Google i choć odrobinę oddaje to, co w Tatrach zastałem. Tak jak wcześniej możecie kliknąć w „Zobacz w Mapach Google”, a potem obracać zdjęcie o 360 stopni za pomocą strzałek na klawiaturze:

Więcej zdjęć sferycznych, nie tylko z tego wyjazdu, znajdziecie na mojej stronie w Google.

Projekt i budowanie roweru (ostre koło / single speed)

szukasz serwisu rowerowego w Warszawie?

Nareszcie nadszedł czas urzeczywistniania projektu, który chodzi mi po głowie już od dawna: zamierzam zbudować dla siebie rower, zupełnie od podstaw, z każdym podzespołem dobranym wedle własnego gustu. Rower, który z pewnością będzie „oczkiem w głowie tatusia”.

Od kilku miesięcy kolekcjonowałem zdjęcia rowerów, ale niestety mam jedynie stopień „młodszego mechanika rowerowego” ;-), więc zbudowanie go zamierzam powierzyć specjalistom. Poszukiwałem ekipy, która w okresie kwiecień/maj miałaby siły, czas i chęci do zrealizowania ciekawego projektu rowerowego. Oprócz przeznaczonego głównie dla nich opisu projektu poniżej, zamierzam zamieszczać tu relację z budowania roweru, a także opisy problemów i dylematów, na które zapewne trafimy podczas budowania.

PLAN DZIAŁAŃ:

1. Roboczy projekt roweru
2. Znalezienie budowniczego
3. Ponowne oszacowanie możliwości
4. Znalezienie, zakup i przygotowanie ramy
5. Znalezienie i przygotowanie pozostałych części
a) koła (obręcze, piasty, szprychy, opony, zębatka i wolnobieg)
b) siodło i sztyca
c) kierownica i chwyty
d) hamulce i klamki
e) pedały i noski
f) korba
g) łańcuch
h) stery
i) pozostałe
6. Złożenie roweru i regulacje


 1. Roboczy projekt roweru

(14 kwietnia 2013)

Do rzeczy. Poniżej postarałem się możliwie dokładnie opisać to, co chciałbym złożyć. Wszystkie zdjęcia mają charakter poglądowy – pokazują raczej styl/typ/kolorystykę podzespołów, które mnie zainteresowały, a nie odwzorowują dokładnie tego, czego szukam czy tym bardziej marki poszczególnych części. Innymi słowy to projekt, który jeszcze nie jest zamknięty i jestem otwarty na propozycje zmian :-) Przyjmuję na klatę wszelkie konstruktywne uwagi. Poszczególne części nie muszą być nowe, niech jednak będą w bardzo dobrym stanie. Zdaję sobie sprawę, że z tym budżetem nie złożę Kinfolka za 6k, ale mam nadzieję być możliwie blisko ;-)

Maksymalny budżet:
3 000 PLN

RAMA:

  • rura podsiodłowa: 53 lub 54 cm (wzrost 176 cm, dł. nogi 78 cm)
  • odrestaurowanie/przemalowanie starej ramy jak najbardziej ok
  • aluminium i karbon odpada, poproszę klasyczną stal
  • brak lub usunięte przelotki na linkę w górnej części ramy (chcę czasami powozić na niej dziewczyny ;-) )
  • kolor: niejaskrawa zieleń, najchętniej zbliżony do koloru poniżej, raczej metalik, ale inne odcienie zieleni czy kolory/mat też wchodzą w grę:

3

  • srebrny widelec:

4

KIEROWNICA:

  • baranie rogi, chromowana, podobna do tej:

5

  • Owijka/chwyty również tylko w dolnej części kierownicy – jak na zdjęciu powyżej, ale kolor owijki/chwytów: miodowy lub w innym odcieniu brązu (w kolorze siodła i pasków na noskach). Np.:

6

 SIODŁO:

  • miodowy i inne odcienie brązu, w stylu sportowego Brooksa…

7

jednak raczej nie Brooks (pomijając już cenę, zbyt kuszą, a siodło i łatwo skroić na mieście :/)
srebrne nity mile widziane

SZTYCA:

  • kolor: srebrny, poniższa byłaby idealna, ale chyba nie jest łatwo ją zdobyć i nie jest to mój „must have”:

9

HAMULCE:

  • srebrne, przód i tył
  • montaż i typ najlepiej jak na zdjęciu, jednak zgodnie z uwagą w sekcji „rama”:

10

11

KOŁA 28″:

  • obręcze: wysoki stożek, srebrne
  • szprychy, piasty: srebrne, w tym stylu:

34_3

  • opony: całe czarne, 700x23c

PEDAŁY:

  • klasyczne, miejskie
  • kolor: srebrne, w tym stylu:

13

  • noski – srebrne, paski – miodowe/brązowe (w kolorze siodła):

14

KORBA:

  • jednorzędowa, srebrna
  • łańcuch: srebrny

15

 MOSTEK, STERY, ZĘBATKI:

  • srebrne

Raczej wiem, czego chcę w kwestii wyglądu roweru. Z kolei jeśli chodzi o techniczną stronę, marki i rodzaje poszczególnych komponentów to liczę na pomoc i doradztwo ekipy budującej :-)


2. Znalezienie budowniczego

(15 kwietnia 2013)

Jakie cechy powinny mieć osoby składające mój rower? Oczywiście podstawa to ogromna wiedza w temacie, znajomość rynku, cen, niuansów, doświadczenie i zaangażowanie w tworzeniu tego niecodziennego projektu. Zależy mi na kimś, kto nie tylko złoży rower „taki, jakiego chciał klient”, ale będzie też pełnił rolę doradczą i wybijał z głowy kiepskie pomysły. Ważne jest dla mnie, aby ten ktoś traktował projekt jako coś osobistego i dążył do tego, aby obie strony chciały pochwalić się efektem końcowym, choć oczywiście tylko ja zabiorę ten efekt końcowy do domu ;-)

Te wszystkie działania to także biznes. Zdaję sobie sprawę, że płacę nie tylko za poszczególne części i złożenie roweru, ale i za doradztwo, więc potrzebna jest osoba, która nie wykorzysta w negatywny sposób swojej wiedzy i podejdzie fair także do rozliczenia kosztów. Oczywiście najlepiej byłoby, aby był to ktoś zaufany i znany od dawna, jednak po przejrzeniu listy kontaktów nie udało mi się kogoś takiego znaleźć, więc musiałem poszukać inaczej. Spróbowałem m.in. postawić na rekomendacje innych wysyłając zapytania na forach tematycznych. Wyszedłem z założenia, że anonimowe polecenia innych specjalistów mogą się sprawdzić, a i możliwość wpływania na szeroko rozumianą reputację danej osoby oraz weryfikowanie i dyskutowanie propozycji na forum będą przydatne do działań kontrolnych.

Dodatkowo zapytania wysłałem także do kilku lepiej mi znanych, warszawskich firm zajmujących się składaniem rowerów na życzenie klienta – ich usługi zapewniają doświadczenie i prawidłowe formalne rozliczenie, mogą jednak nie zapewniać poszukiwanego przeze mnie zaangażowania i indywidualnego podejścia. Wygląda na to, że obsługa klienta i „customer experience” mają duże znaczenie i w tym przypadku :-)

(16 kwietnia 2013)

Zapytania do firm rowerowych nie spotkały się z oczekiwanym przeze mnie rezultatem. Schematyczne odpowiedzi i wrażenie, że zostały udzielone bez najmniejszego entuzjazmu przeciągnęły szalę na stronę niezależnych specjalistów. Po spotkaniu się z jednym z nich, którego wiedza została zweryfikowana w środowiskach ostrokołowych podjąłem wstępną decyzję o współpracy. Wstępną, bo przyjęliśmy rozliczenie krokowe: zrezygnowaliśmy z tradycyjnego modelu: zaliczka – złożenie roweru – zatwierdzenie i cała kwota, na rzecz rozliczania kosztów przy każdym zakupie części. Dzięki temu, w razie, gdybyśmy trafili na niemożliwe do ominięcia punkty sporne – nie będziemy zmuszeni do współpracy i „Bob Budowniczy” będzie mógł się uwolnić ode mnie, a ja przenieść swój projekt gdzie indziej. Póki co wygląda jednak na to, że obaj jesteśmy nastawieni pozytywnie i mamy duże szanse na wspólne ukończenie projektu.

Z przyjemnością oznajmiam, że do projektu udało mi się przekonać człowieka, który w forumowym światku ostrokołowym jest uważany za jedną z najzdolniejszych i najbardziej merytorycznych osób w zakresie technicznej budowy tego typu rowerów. Od tej pory projekt współtworzy ze mną Kams z Buacchini biciclette i mam wielkie nadzieje na inspirującą i owocną współpracę. Wkrótce pierwsze dylematy i nowe pomysły po zwalidowaniu projektu.


3. Ponowne oszacowanie możliwości

(17 kwietnia 2013)

Mając już opisane wyobrażenie roweru musiałem przedstawić je Kamsowi, którego głównym zadaniem na tym etapie było zweryfikowanie czy mój mockup da się zamienić w realny produkt i czy koszt nie przekroczy budżetu.  Okazało się, że „tragedii nie będzie” ;-)

Byłem w szoku, gdy Kamil już na pierwszy rzut oka potrafił ocenić wartość i markę upatrzonych przeze mnie części, które jedną po drugiej pokazywałem mu na przypadkowych zdjęciach, a także zaproponować alternatywy, również pod względem estetyki.

Uogólniając, jeśli założymy użycie odrestaurowanej retro ramy to powinniśmy zmieścić się w budżecie z całkiem fajnymi podzespołami. Przy okazji poznałem parę nowych kolorów z tzw. palety RAL, wykorzystywanej głównie przez lakierników, a nawet wizualnie zmienił się nieco mój pomysł na rower. Po spotkaniu z Kamilem uzgodniliśmy poniższy, wstępny koncept sprzętowy:

  • rama 53 lub 54 cm, raczej klasyczna szosowa do odmalowania, ze srebrnym widelcem i przelotkami od spodu rury lub wewnątrz niej (wybór marki i stanu technicznego pozostawiam w całości Kamsowi)
  • metaliczny kolor ramy:

RAL 5025:

ral_metal_5025

 

 

 

 

lub RAL 6036:

ral_metal_6036

 

 

 

 

  • nowe koła: wysokie piasty (Sturmey Archer), obręcze srebrne polerowane z wysokim (30 mm, Archetype) lub tradycyjnym stożkiem
  • siodło: używany, brązowy/miodowy Brooks lub w podobnej kolorystyce San Marco Regal:

smregal

  • sztyca Miche

reggisella-miche_f_1_564_1

  • srebrna kierownica Nitto, ze względu na cenę raczej będziemy szukać używanej:

nitto

  • brązowe/miodowe chwyty (w kolorze siodła)
  • klamki hamulcowe BLB – muszą być krótkie, aby zmieściły się na kierownicy Nitto

BLB_BLevers_-_Silver_1WEB

  • czarne opony Vittoria (rozważamy również jasne brzegi, ale mam bardzo złe doświadczenia z ich czyszczeniem w przeszłości, więc póki co zostajemy przy czarnych)

4. Znalezienie i przygotowanie ramy

(19 kwietnia 2013)

wymagania wobec ramy

Zadanie: wspólnie z Kamsem znaleźć odpowiedni „kręgosłup”, na którym zbudujemy rower. Przed rozpoczęciem poszukiwań należało zdefiniować wymagania:

a) wielkość ramy w rowerze

To jedna z najważniejszych, jeśli nie najważniejsza jej cecha. Od niej zależy nie tylko wygoda, ale i bezpieczeństwo jeżdżenia na rowerze, więc warto starannie ją dobrać do własnych wymiarów. Najbardziej istotne są nasz wzrost oraz długość nóg. Jako rozmiar ramy najczęściej uznaje się długość jej rury podsiodłowej mierzonej do środka sąsiadujących rurek (center-center, czyli C-C), wartość jest zwykle podawana w centymetrach:

rozmiar ramy roweru szosowego

Zwróćcie uwagę, że czasami podawane są wartości C-T (center-top), czyli mierzone od środka rury na dole ramy do szczytu rury podsiodłowej. To robi różnicę. W pomiarach posługujemy się wartością C-C.

Skąd wiedzieć jaki rozmiar ramy powinniśmy wybrać? W przypadku rowerów szosowych najczęściej wystarczy zmierzyć „długość swojej nogi” („L”) interpretowaną jako odległość od krocza do ziemi:

inseam-example

a następnie skorzystać z prostego kalkulatora, takiego jak na przykład ten, w którym wybieramy swoją płeć, następnie podajemy wzrost oraz wspomnianą powyżej „długość nóg” i klikamy w przycisk „Calculate”. Po chwili otrzymamy wynik z teoretycznie najlepszym dla nas rozmiarem ramy. Zwróćcie uwagę, że ważny jest każdy centymetr, więc warto przyłożyć się do mierzenia własnego ciała i zrobić to jak najdokładniej. Ważne, że kalkulator wskazuje długość ramy podsiodłowej dla roweru szosowego. W przypadku innych typów rowerów wyliczenia mogą być nieco inne (link).

Oczywiście jeśli to możliwe warto i tak „przymierzyć” ramę przed zakupem wybierając się na jazdę testową bo i nasze wymiary i wymiary ramy mogą być nieco nietypowe. W moim przypadku, przy wzroście 176 cm i długości nogi 78 cm kalkulator zaproponował ramę 53 cm. W tej chwili jeżdżę na co dzień na ramie 55 cm i jest tylko odrobinę za duża, co niestety zdarzyło mi się boleśnie odczuć spadając na nią ;-), więc poszukiwaliśmy ramy w rozmiarze 53 lub 54 cm.

| Update: z perspektywy czasu rama 54 cm była dla mnie jednak ciut za duża i ledwie sięgałem nogą do ziemi siedząc na siodle, więc moja kolejna będzie mniejsza. |

W sieci można znaleźć znacznie bardziej zaawansowane kalkulatory, maniaków mierzenia zapraszam na przykład tutaj.

b) typ ramy

Wykorzystuję rower niemal wyłącznie do jazdy po mieście. Warszawskie Śródmieście, po którym przemieszczam się najczęściej prawie nie ma infrastruktury rowerowej, więc zwykle włączam się do regularnego ruchu samochodowego. Czasami mam wrażenie, że to walka o przeżycie z kierowcami samochodów, ale cóż… dodatkowa dawka adrenaliny chyba mi nie zaszkodzi ;-)

Jazda po kilku-pasmowych jezdniach z samochodami wymusza dosyć dużą szybkość, ale za to problem z dziurawą nawierzchnią jest mniejszy niż na drogach rowerowych czy chodnikach. W moim przypadku idealnym wyborem wydaje się więc rower szosowy. Po ponad roku jeżdżenia właśnie takim rowerem potwierdzam tę tezę oraz dodam, że choć obecnie mam przerzutki to rzadko korzystam z więcej niż 1-2, za to ich konserwacja jest dosyć pracochłonna  a używanie nie dostarcza najlepszych wrażeń, więc rama powinna być przystosowana do napędu typu „ostre koło” czy „single speed”.

Projekt, który przedstawiłem wskazywał na klasyczną ramę rowerów szosowych z lat 70′-80′. Przez moment rozważaliśmy jeszcze ramy torowe, ale mój sentyment do retro jednak nie dał za wygraną i pozostaliśmy przy klasyce.

c) wygląd i inne

Kwestię wizualnego wyglądu ramy rozwiązaliśmy w zasadzie już podczas pierwszego omawiania projektu. Wiedzieliśmy, że będziemy szukać metalowej retro ramy „z duszą” do odrestaurowania i nałożenia nowego lakieru, więc nie musieliśmy się przejmować obecnym kolorem. Zależało mi za to, aby rama miała chromowany widelec, który będzie pasował do innych srebrnych elementów: m.in. kierownicy i korby.

Dodatkowo chciałem, aby przelotki do zamontowania tylnej linki hamulcowej znajdowały się pod spodem poziomej ramy lub aby linka mogła być przeciągnięta wewnątrz ramy. W grę wchodziło także, ale tylko w ostateczności usunięcie przelotek z górnej części ramy i zastąpienie ich linkami zaciskowymi. Chcę zbyt wiele? To się okaże :-)

poszukiwania ramy

(23 kwietnia 2013)

Gdy już wiedzieliśmy czego szukamy mogliśmy z Kamsem zacząć się rozglądać.  Dodałem ogłoszenia na forach rowerowych i w grupach tematycznych na Facebooku (największa to Velo Warsaw), zacząłem śledzić przez RSS nowe aukcje pojawiające się w kategorii „Ramy” na Allegro i wysłałem zapytania do serwisów rowerowych.

Tymczasem Kams zrobił „szybki research allegrowy” i od razu trafił na kilka ciekawych opcji. Wśród nich była wydająca się być w bardzo dobrym stanie retro rama Klamer w rozmiarze 54 cm (C-C), na rurkach Columbusa SL łączonych z użyciem mufek Bocama, z przelotkami na linki hamulcowe w dolnej części ramy poziomej i chromowanym widelcem:

084

092

088

086

Niestety rama była we Wrocławiu przez co Kams nie mógł sprawdzić jej stanu osobiście, ale jako jedyna od razu spodobała się nam obu i oczyma wyobraźni już widzieliśmy ją w naszym projekcie. Licytowaliśmy do końca aukcji i wczoraj, ku naszej radości udało się ją wygrać. Lada dzień rama powinna dotrzeć do Wawy i jeśli wszystko będzie z nią ok to teraz już powinno być z górki :))

(24 kwietnia 2013)

Rama dotarła. Szczęśliwie wszystko z nią ok. Okazało się, że oprócz przedniego widelca w chromie są też dolne rurki tylnego, na co wcześniej nie zwróciłem uwagi i takimi je zostawimy. Do tego postanowiliśmy użyć do malowania lakieru samochodowego, co będzie kosztowało nieco więcej, ale powinno dać ciekawszy efekt. Kams jara się, że rama jest zaskakująco lekka. Ja też, bo takie już uroki Wawy, że czasami trzeba rower ponosić na plecach ;-) Ze względu na natłok pracy u Kamsa wstrzymujemy się z renowacją ramy do 29 kwietnia…

ostateczny wybór koloru ramy

(30 kwietnia 2013)

Nareszcie wróciliśmy do projektu i powiadam Wam – wybranie lakieru to nie jest prosta sprawa! Zwłaszcza, gdy musimy zrobić to zdalnie ;-) Już wcześniej zdecydowaliśmy się na autolakier, a że Kams mógł zapewnić duży wybór jeśli chodzi o lakiery z samochodowej palety barw BMW to wybraliśmy ją, aby nie robić sobie dodatkowych trudności. Pierwsze propozycje:

islandgruen (273)

islandgruen

lagunengruen (266)

Lagunengruen

oxfordgruen (324)

oxfordgruen

Już po tych propozycjach wiedziałem, że będzie dobrze. Przejrzałem zdjęcia aut pomalowanych tymi lakierami i zaproponowałem pójście bardziej w niebiesko-morski:

nachtblau (040)

nachtblau

Kams mnie uświadamia, że ten kolor wyszedłby zbyt ciemny i lakier na rowerze będzie miał nieco inny odcień niż na samochodzie. Proponuję więc jaśniejszy kolor, którego nawet nazwa mi się podoba:

mysticblau (WA07)

mysticblau

Kams stwierdza, że „mystic niczego sobie” i dodaje, że na próbniku fajnie wygląda też wpadający w niebieski:

topasblau (364)

topasblau

Mimo, że barwa na pierwszy rzut oka wydawała się zdecydowanie zbyt ciemna i niezbyt wyrazista, obejrzałem samochody pomalowane tym kolorem i stwierdziłem, że ten mi również pasuje. Wieczorem na swojej rowerowej stronie Buacchini biciclette, Kams zamieścił zdjęcie BMW:

168842_511732742207378_781072911_n

Wygrywa topasblau! Jeśli uda się uzyskać podobny efekt jak na zdjęciu to będzie doskonale! Już się nie mogę doczekać zobaczenia ramy po lakierowaniu i na pewno zamieszczę zdjęcia tutaj. Tymczasem Kams bawi się w garażu tlenem i acetylenem i za ich pomocą pozbywa się niepotrzebnych elementów ramy: haków przerzutek i innych pozostałości po „szosowości” ramy.

|Update: po blisko 4 latach, gdy oddawałem ramę do malowania okazało się, że w miejscu, gdzie były zaczepy na bidon powstały spore pęknięcia i dalsze używanie ramy może być niebezpieczne. Z perspektywy czasu usuwanie zbędnych elementów nie było więc najlepszym pomysłem. Niektórzy twierdzą, że pęknięcia powstały ponieważ zostały zaspawane, zamiast zostać zalutowane, ale nie mam wystarczającej wiedzy, aby to potwierdzić i drugi raz bym się na to nie zdecydował.|



5. Znalezienie i przygotowanie pozostałych części

(27 kwietnia 2013)

Rama czeka na renowację, a w warszawskim Asphalt Bikes (R.I.P.) pojawiły się krótkie, srebrne, zapinane klamki 8bar w rozmiarze 23,8 mm – łudząco podobne do klamek BLB, które planowaliśmy kupić i równie eleganckie. Skoro były na miejscu podjęliśmy szybką decyzję i zgarnęliśmy je ze sklepu (lewą i prawą). Czekają już na pozostałe elementy:

arturgrabias.com

(30 kwietnia 2013)

Miałem wiele wątpliwości odnośnie siodła. Od początku nie chciałem nic drogiego i rzucającego się w oczy, bo siodło to jeden z tych elementów roweru, którego nie sposób zabezpieczyć przed kradzieżą. Rozglądaliśmy się więc za używanym, „przybrudzonym” Brooksem lub San Marco Regal. Byliśmy zgodni odnośnie koloru: brązowy lub jego odcień, np. miodowy. Szperając po sieci trafiliśmy m.in. na aukcję Dawida, w której można było kupić co prawda nadgryzione zębem czasu, ale przez to bardzo klimatyczne, brązowe siodło Regal. Jest ciągle na sprzedaż, a zainteresowani znajdą namiary na właściciela na stronie aukcji. Niewykluczone, że sam bym się na nie zdecydował gdyby nie to, że w sieci sklepów rowerowysklep.com znalazłem miodowego Brooksa Team Pro Classic :-) Obaj z Kamsem stwierdziliśmy, że doskonale by pasowało do naszego projektu, więc skorzystaliśmy z okazji i czeka już na mojej półce na pozostałe elementy :)

brooks

Trzymajcie kciuki, abym nie pożałował tego zakupu i wracając po rower nie zastał go kiedyś bez siodła! ;-)

|Update: w ciągu blisko 4 lat zostawiałem rower w różnych miejscach i nie przypinałem go linką, a mimo to nikt się na nie „nie połasił”, więc moje obawy chyba nie były uzasadnione.|

(7 maja 2013)

Ech… Nie spodziewałem się, że budowanie roweru będzie tak długo trwać. Kams śmieje się ze mnie i twierdzi, że to i tak bardzo krótko, ale ja już tak bardzo chcę zobaczyć efekt końcowy! :) Już nie mogę się doczekać jego ukończenia zwłaszcza, że moja retro Motobecane sprawia problemy i czym prędzej musi przejść naprawy. W najlepszym wypadku tylko wymianę łożysk w tylnej piaście, a w najgorszym całego tylnego koła :( Tymczasem zdecydowaliśmy się na obręcze, których Kams użyje do zaplecenia kół. Zależało nam na czymś bardzo klasycznym i wybór padł na srebrne Mavic Open Sport (32 otwory):

Mavic Open Sport Silver Road Rim

Nieco krzywiłem się na widok „rowka bezpieczeństwa” znajdującego się na bokach obręczy i mającego pokazywać zużycie powierzchni hamującej, ale ostatecznie to mimo wszystko był najlepszy wybór w stosunku jakość/cena, więc zamówiliśmy je i lada dzień powinny być u nas. Koła zostaną zbudowane na piastach Sturmey Archer HBT.

(9 maja 2013)

Kierownica Nitto miała zostać przez Kamsa sprowadzona z Japonii, ale niestety czas realizacji tego zamówienia potwornie się wydłużał. Buszując po Allegro, zupełnie przypadkiem trafiłem na kierownicę, która kształtem jest zbliżona do Nitto:

shapeimage_1

Modolo Pista z aukcji była tylko w wersji o szerokości 42 cm, więc to jedna z najszerszych dostępnych. Ma to wpływ na wygodę jej trzymania i najlepiej, aby szerokość kierownicy była zbliżona do szerokości naszych barków (mierzonej środek ramienia – środek ramienia).

W tym przypadku miałem szczęście, bo szerokość Modolo z aukcji rzeczywiście była zbliżona do szerokości moich barków. Minus jest taki, że rama roweru nie jest zbyt duża, więc tak szeroka kierownica może sprawiać wrażenie nieco nieproporcjonalnej. Mimo to spodobała się nam obu, może nawet bardziej niż typowy dla ostrego koła Nitto, więc zdecydowaliśmy się na jej zgarnięcie i czeka już w moim mieszkaniu na ramę. Jest tak lekka, że gdy ją odbierałem przeszło mi przez myśl, że pudełko od doręczyciela jest puste ;-)

Jako sympatyczną ciekawostkę dodam, że od anonimowego do tej pory sprzedającego po zakupie kierownicy otrzymałem taką wiadomość:

Witam. Kierownicę wysłałem o godzinie 11:00. Powinna być jutro u Pana. Nie spodziewałem się, że akurat Pan zakupi u mnie kierownicę. Cała moja przygoda z klasykami i szosą zaczęła się od Pańskiego bloga na temat Motobecane Prestige.

Sympatyczny zbieg okoliczności, prawda? :)

(12 maja 2013)

Dziś, w warszawskim klubie 1500m2 odbywały się targi rowerowo-modowe. Zachęcony ilością wystawców zajrzałem na nie na moment licząc na to, że pomiędzy dziewczyńskimi ubrankami w rowerowe wzory uda się znaleźć też coś, co nieźle będzie prezentowało się na naszym rowerze.

Szczęśliwie udało się dopaść chromowane noski i miodowe paski. Cieszę się głównie z tych drugich, bo od przynajmniej 2 tygodni buszowałem po aukcjach i sklepach internetowych w poszukiwaniu miodowych pasków do nosków i byłem już nieco zrezygnowany, bo to niby drobiazg, a w tym odcieniu dostępne były tylko paski Brooksa za ok. 120 zł, co jak za 2 wąskie kawałki skóry jest mocną przesadą, prawda? :)

Noski i paski znalazłem na stoisku bikerStudio. Przy okazji znowu spotkałem ekipę Asphalt Bikes i zgarnąłem od nich przezroczyste lampki Knog Frog Strobe. Oto niedzielne zdobycze:

photo

Kams zaplata koła, a w międzyczasie obaj poszukujemy jakiejś klasycznej, ciekawej korby. Mając już mocno ograniczony budżet to zadanie okazuje się nie należeć do najłatwiejszych, ale wierzę, że lada dzień uda się zdobyć i ją :)

(13 maja 2013)

Prace nad projektem przyśpieszają, co mnie bardzo cieszy! Niestety to, że kończy się budżet już niekoniecznie ;-) Dziś przyszły zamówione w ubiegłym tygodniu na Allegro hamulce. Wygrzebał je Kams i chyba nikogo, kto go zna nie zdziwi, że są… włoskie. Choć raczej nie należą do najporządniejszych i pewnie za jakiś czas je wymienię, to nowe, srebrne hamulce Gipiemme już z daleka pachną retro i mi także się spodobały. I ta ostro zakończona nakrętka!

gipiemme

Dodatkowo skorzystałem ze zniżki, którą w ramach świętowania swoich 2 urodzin zaoferowała ekipa Asphalt Bikes i skusiłem się w końcu na srebrne, klasyczne, torowe pedały MKS Sylvan Track. Świetnie komponują się z nabytymi wczoraj noskami i paskami!

mks

(18 maja 2013)

Mamy korbę! :D Kams wynalazł na Allegro japońskie, srebrne retro Sakae/Ringo (SR). Ponoć jest wzorowana na starym Campagnolo i Shimano 600. Najważniejsze jednak, że jest w świetnym stanie (zwłaszcza, że zapewne pochodzi z lat 70/80) i będzie pasować do naszego projektu (zdjęcie pochodzi z aukcji):

SR Sakae crankset

Długość ramion 170 mm. Kams mówi, że SR bezczelnie skopiowali korbę Campagnolo, ale za to poprawili wadę, która w oryginale mogła powodować pękanie korby. Najważniejsze, że w przyszłości nie będzie problemów z ewentualnym znalezieniem nowych blatów dla tego standardu. Obecne mają rozmiar 42/52 (który zdjąć? temat kadencji musimy jeszcze przedyskutować).

Najbardziej cieszy mnie znalezienie korby, ale listę części rowerowych uzupełniliśmy także o francuskie opony szosowe z beżowym brzegiem – Michelin Dynamic Classic. Rozmiar 622/23 C.

michelin

|Update: Z perspektywy czasu zakup budżetowych opon okazał się jednym z najgorszych pomysłów. Jeździłem sporo i po kilka razy w miesiącu łapałem w nich gumę. Nerwy, stracony czas i zakup nowych dętek czy łatek to o wiele, WIELE większe koszty niż inwestycja w lepsze opony. Zdecydowanie kupujcie od razu coś, co w charakterystyce przy wartości TPI ma więcej niż 100, bo to ta wartość w głównej mierze decyduje o łatwości przebicia opony. Michelin Dynamic Classic za 50 zł ma TPI 30, a np. Continental Grand Prix Classic za 130 zł – właśnie ponad 100. Te pierwsze łapały gumę kilka razy w miesiącu. Na CGPC pierwszą gumę złapałem po… ok. 1,5 roku używania. Muszę pisać coś jeszcze? :)|

Na liście zakupów pozostały: mostek, sztyca, linki i pancerze, dętki, suport, stery i łańcuch :)

(20 maja 2013)

Kilka dni temu widziałem się z Kamsem i przekazałem mu części, które czekały u mnie. Potwierdziłem, że na pewno chcę mieć przełożenie typu flip-flop, dzięki któremu w zależności od strony, którą założę koło rower będzie mógł być typowym ostrym kołem lub mieć napęd typu wolnobieg.

Przy okazji podjęliśmy decyzję odnośnie korby i kadencji: zostawiamy większy blat (52) i aby uzyskać odpowiednik przełożenia 46-16, na tylne koło zakładamy zębatkę 18-tkę oraz po drugiej stronie piasty wolnobieg w tym samym rozmiarze (update 10.2013: wolnobieg Dicta umarł po ok. 3 mies. intensywnej jazdy i za radą Kamsa tym razem założyłem Sturmey Archer). W ten sposób otrzymamy dosyć typowe przełożenie 2.89. W wyliczeniach pomogła ta strona: link.

kadencja

W tym momencie ustaliliśmy także, aby nie zakładać jednak żadnej owijki. To był mój pomysł, bo kierownica podoba mi się wyjątkowo, obecnie jeżdżę również z kierownicą bez owijki i nie narzekam, więc z Modolo Pistą też nie powinno być problemu. Wkrótce zmieniliśmy zdanie, ale o tym później. Końcówki kiery zatkamy korkami z wina. Będzie klasa! :D

Po burzliwych dyskusjach o tym co jest „festynem”, a co nie i „czy srebrny, karbowany pancerz wygląda jak glista” zdecydowaliśmy się na taki oto pancerz do linek hamulcowych:

pancerz 5mmDyskusja rozgorzała nawet przy wyborze dętek. Zgodziliśmy się, że do naszych obręczy chcemy krótki, srebrny wentyl, ale gdy już taki znalazłem (Kenda), Kams stwierdził, że ni chu chu na to nie pozwala i że musi być Continental.

I kto tu jest klientem, a kto wykonawcą, ja się pytam!? ;-))

Udało się: continental – jest! Srebrny wentyl – jest! Krótki – 42 mm, jest!

conti

Dobra wiadomość jest taka, że zamówiliśmy na Allegro srebrny mostek 3ttt (110 mm) i lada dzień powinien być u nas. Do tego – przede wszystkim! – Kams wyczarował gdzieś srebrne stery Campagnolo w całkiem przyzwoitym stanie:

stery

Zamówiliśmy też srebrny, pokryty niklem łańcuch: Wippermann ConneX 108 (1/2“ x 1/8“). Waga: 418g/112 ogniw.

WIPPERMANN-Connex-Chaine-1G8-BMX

W zasadzie, gdybyśmy mieli sztycę to moglibyśmy już składać części w całość. Mam nadzieję, że szybko się znajdzie, bo ogólnie to szlag już trafia moją cierpliwość i chcę skończyć ten projekt. Kams mnie dobija mówiąc, że miesiąc to króciutko, bo on już 4 lata kompletuje części do roweru z lat 60-tych… Jak żyć, Panie Premierze? Jak żyć?! ;-)

(21 maja 2013)

Stało się. I czas i budżet, który wyznaczyłem na złożenie roweru są już na wyczerpaniu. Z tych przyczyn zakup odjazdowej sztycy Miche musiałem odłożyć i zamówiliśmy nową, budżetową, aluminiową sztycę Kalloy. Średnica: 27.2 mm. Długość: 270 mm. Waga: 248 g. Cena… 20 zł. Pocieszające jest to, że ma ciekawe wygięcie, a jej połysk będzie dobrze komponował się z polerowanymi elementami Brooksa. Wygląda tak:kalloy seatpost

Ufff… To już prawie koniec. Wkrótce efekty wielu godzin myślenia tego roweru i podsumowanie. Póki co czekamy na dostarczenie części i mam nadzieję, że lada dzień Kams znajdzie czas, aby wszystko złożyć w całość. Trzymam kciuki, aby po drodze nie pojawiły się już żadne problemy i… nie mogę się doczekać pierwszej przejażdżki!

Tymczasem, niczym o nowo narodzonym dziecku mam już dość mówienia „ono” („rower”) i czas wymyślić dla niego imię. Jakieś pomysły? :)

(24 maja 2013)

Rama, na której budujemy rower była sygnowana małą, zdaje się austriacką manufakturą i podpisana „designed by Otto Klamer”. Z kolei lakier BMW użyty do pomalowania nazywa się „topas blau”. Tak oto powstało imię! Rower będzie miał na imię Otto. Otto Blau :)))

Otto lada dzień będzie mógł być pokazany światu, a tymczasem mały „sneak peak” od Kamsa:

fot. Buacchini biciclette

(27 maja 2013)

Od początku Kams namawiał mnie, aby użyć owijki na kierownicy, jednak Modolo Pista podoba mi się tak bardzo, że upierałem się, aby zostawić ją „nagą”. Ostatecznie za namową ludzi z forum ostrekola.pl dałem się przekonać do owijki, jednak tylko na dolnym chwycie.

I tu pojawiły się schody – znalezienie w Polsce owijki w kolorze miodowym jest niemal niewykonalne. Na rynku jest łatwo dostępny Brooks (koszt blisko 200 zł), a w Asphalt Bikes jest miodowa BLB – za 160 zł, ale nasz budżet by takiego wydatku nie wytrzymał. Da się też znaleźć już w znacznie lepszej cenie owijkę Deda, ta jednak ma firmowy nadruk, który nie komponowałby się dobrze z Otto. Co prawda włoski Fizik na bieżąco produkuje miodowe owijki w przystępnej cenie (ok. 40 zł), ale polski dystrybutor tej firmy „daje ciała” i od dawna nie można znaleźć jej w naszych sklepach.

[Update 10.2013: miodowy Fizik wrócił do kilku polskich sklepów, choć w prawie dwukrotnie wyższej cenie]. Na szczęście Kams znowu zabłysnął swoimi zdolnościami i zaproponował, że może samodzielnie wykonać owijkę i za pomocą szelaku nadać jej brązowy kolor, aby wyglądała mniej więcej tak:

fot. http://goo.gl/p8U4o

fot. http://goo.gl/p8U4o

Na odbiór roweru jesteśmy umówieni na 30 maja. AAAAAA!!! Niech ten czas szybciej leci! ;-))

(30 maja 2013)

Dnia 30 maja 2013 r. na świat przyszedł Otto Blau.

Waży 9460 g. Jestem najszczęśliwszym facetem na Ziemi i po pierwszych godzinach z nim nie mogę się zdecydować czy bardziej lubię na nim jeździć czy na niego patrzeć! :D (więcej zdjęć)

arturgrabias.com

Szkolenie Młodszego Mechanika Rowerowego

Niedawno brałem udział w warsztatach rowerowych organizowanych przez BD+ Bikes i z dumą oznajmiam, że zakończyłem je zdobyciem zacnego tytułu „Młodszego Mechanika Rowerowego”! ;-)))

Nauka połączona z zabawą (a może na odwrót?) sprawiła frajdę, a moja czarna Motobecane została na moment „królikiem doświadczalnym” tudzież materiałem szkoleniowym, dzięki czemu doczekała się nowych zdjęć, a nawet pierwszego udziału w filmie. Autorem fotografii i filmu jest Piotrek Zięba z ekipy Brand Dobry +.

więcej zdjęć z warsztatów można obejrzeć na Facebooku

Co prawda szkolenie skierowane było do osób początkujących, a mi już wcześniej wymiana przebitej dętki nie sprawiała trudności, jednak na warsztatach każdy mógł znaleźć coś dla siebie i pomajsterkować w swoim rowerze pod okiem specjalistów. Ja także zdobyłem sporo nowych umiejętności i rowerowej wiedzy. Właściwie to teraz zastanawiam się jak mogłem na co dzień jeździć rowerem nie mając tak istotnej i praktycznej wiedzy o jego użytkowaniu. Czy wiedzieliście na przykład, że smarować należy tylko łańcuch? Ponoć to oczywiste, a ja nie wiedziałem i wstyd się przyznać, ale dotychczas po każdym myciu smarowałem niepotrzebnie także inne elementy, m.in. kasetę, przerzutki i korbę (sprayem!), przez co moja biedna Motobecane niemal pływała w czarnej mazi. Okazuje się, że i tutaj co za dużo to niezdrowo! Inne tematy:

  • jak dostosować wysokość siodła i kierownicy do własnego wzrostu?
  • jak nazywają się poszczególne części roweru? (wbrew pozorom to jedna z trudniejszych części szkolenia ;) )
  • kiedy wymieniać klocki hamulcowe i jak regulować hamulce?
  • jakie znaczenie ma ilość powietrza w dętce?
  • jak i czym czyścić rower i jak przygotować go do sezonu?
  • jak o niego dbać, aby jeździć nim jak najdłużej i przy okazji „nie zginąć na trasie”?
  • jakich kosmetyków rowerowych i smarów używać?
  • kiedy lepiej wybrać się do profesjonalnego serwisu?

To tylko nieliczne z pytań, na które odpowiedzi można było poznać na warsztatach, a teoria została połączona z praktyką majsterkowania na najlepszym, bo na własnym rowerze.

Jeśli na co dzień jeździsz rowerem i nie chcesz przy każdej usterce korzystać z usług serwisu czy starszego brata – polecam znalezienie i wybranie się na tego typu szkolenie. Na własnej skórze mogłem się przekonać, że jeśli mieszkasz w Warszawie to dobrym wyborem będzie BD+ Bikes i z przyjemnością rekomenduję tę ekipę. Warto również polubić ich stronę na Facebooku, bo planują wkrótce zamieścić na niej materiały szkoleniowe w formie wideo.

Kolejnym plusem szkolenia oprócz pozaprogramowego, pysznego (!) „murzynka” Małgorzaty, było poznanie nowych, rowerowych, przesympatycznych ludzi. Za przyjemność spędzenia z Wami czasu dziękuję!

Na koniec obiecany film z warsztatów:

BD+ Bikes – Szkolenie Młodszego Mechanika Rowerowego from BrandDobry+ on Vimeo.

Święto Cykliczne 2012 w Warszawie

W niedzielę 3 czerwca 2012 r., w wielu miastach w Polsce miłośnicy i maniacy rowerów wsiedli na swoje kółka (wbrew pozorom nie zawsze dwa), aby celebrować Święto Cykliczne 2012. W tej społecznej inicjatywie po raz pierwszy wzięli udział także cykliści z Warszawy. Jeździłem i ja, a przy okazji na kilku zdjęciach uwieczniłem także innych uczestników Wielkiego Przejazdu :-)

Było przednio! Oprócz blokowania warszawskich ulic (przepraszamy kierowców samochodów, że choć znacznie rzadziej niż oni to my również potrafiliśmy zakorkować ulice) podczas imprezy miały miejsce próby przełamania zabezpieczeń rowerowych przez uczestników – amatorów w tym „fachu”. Bez większych problemów poddały się wszystkie cieńsze i grubsze linki, U-LOCK „z marketu”, a nawet kłódka od łańcucha. Na koniec został U-LOCK „z górnej półki”. Czy udało się do niego dobrać? Nagrałem film z tej próby, więc sami możecie się przekonać:

Więcej informacji o ogólnopolskim Święcie Cyklicznym można znaleźć na stronie organizatorów:
http://swietocykliczne.pl

Lublin – Zakopane – Praga

Na początku sierpnia 2009 r. razem ze Zbyszkiem i Sławkiem wybraliśmy się z Lublina do Zakopanego. Już na miejscu dołączyła do nas Angelika. Niestety tuż po przyjeździe okazało się, że pogoda – delikatnie mówiąc – nie rozpieszcza nas. Leje. Prognoza na najbliższe dni nie przedstawiała nawet jednego promyka słońca (kto by tam sprawdzał to przed wyjazdem). Nie byliśmy przygotowani na bieganie po Tatrach w takich warunkach, zwłaszcza, że Sławek zgrywał twardziela biorąc ze sobą tylko adidasy i… klapki. Siedząc w barze myśleliśmy, że kolejne dni spędzimy na oglądaniu gór „w cywilu”, czyli w telewizorze lub w najlepszym wypadku z poziomu uliczek Zakopanego.
(wybaczcie obciachowe podpisy na zdjęciach z adresem starej strony, nie mogłem znaleźć oryginalnych plików :-) )

fot. arturgrabias.com

Zakopane

Zakopane

Siedzenie w barze przy piwie nie było szczytem naszych wyjazdowych marzeń, za to najwyraźniej pozytywnie wpływało na kreatywność, bo wpadliśmy na pomysł wyjazdu do… czeskiej Pragi. Bo „przecież to tak blisko” i „skoro już jesteśmy w Zako…”.  Szybko sprawdziliśmy możliwe opcje dotarcia na miejsce przy ograniczonym budżecie i na spontaniczną wycieczkę namówiliśmy jeszcze Dominikę, z którą spotkaliśmy się w Krakowie. Z dawnej stolicy przejechaliśmy rozklekotanym busem do Cieszyna, w którym przekroczyliśmy granicę z Czechami.

Cieszyn

Stamtąd czekała nas podróż pociągiem wprost  do Pragi. Wcześniej dziwni ludzie i podejrzany klimat na dworcu nocą, gdzie najzwyczajniej w świecie bałem się wyciągnąć aparat i do męczenia współtowarzyszy pstrykaniem wróciłem dopiero w pociągu, w którym Domczaska i Sławek próbowali spać, podczas gdy Zbyszek i Angelika tradycyjnie już wygłupiali się.

fot. arturgrabias.com

fot. arturgrabias.com

fot. arturgrabias.com

fot. arturgrabias.com

fot. arturgrabias.com

fot. arturgrabias.com

fot. arturgrabias.com

Gdy dotarliśmy na miejsce, zmęczeni podróżą zaczęliśmy wojaże po Pradze w poszukiwaniu noclegu. Nie pamiętam już czy nie udało nam się nic znaleźć czy może z innych przyczyn zrezygnowaliśmy z zostania na noc w stolicy Czech. Pamiętam za to włóczęgę zupełnie po omacku po mieście, w której nie towarzyszył nam Sławek, bo biedaczek zatruł się jakąś kupioną po drodze konserwą. A Zbyszek ostrzegał: kupuj rybę, a nie świnię! ;-)

fot. arturgrabias.com

Praga

Praga - Alfons Mucha, Salvador Dali

Praga

Praga

fot. arturgrabias.com

fot. arturgrabias.com

Praga

Praga

fot. arturgrabias.com

Praga

Praga

fot. arturgrabias.com

fot. arturgrabias.com

Praga

Pociąg powrotny mieliśmy ok. 2 w nocy. Wykończeni byliśmy na praskim dworcu już ok. 23:00 i marzyliśmy, a przynajmniej niektórzy z nas o własnym łóżku i spokojnym śnie. Tymczasem ok. północy ku naszemu zaskoczeniu wyproszono nas z dworca ze względu na przerwę techniczną, więc razem z innymi podróżnymi, a także miejscowymi bezdomnymi rozbiliśmy się na trawniku przed dworcem drzemiąc na zmianę i co jakiś czas czując unoszący się w powietrzu zapach palonej marihuany, przez który można byłoby pomyśleć, że trafiliśmy do zupełnie innego miasta europejskiego… :-)

Dworzec w Pradze

Wyjeżdżając obiecywałem sobie, że wrócę do tego pięknego miasta, ale wtedy będę już znacznie lepiej zorganizowany. Może już czas spełnić tę obietnicę?

Postapokalipsa w lubelskim Ursusie

W 2008 r., a mieszkałem wtedy w Lublinie miałem okazję poznać kilku przedstawicieli klubu miłośników fantastyki Grimuar. Mają oni w zwyczaju zbierać się na mniej lub bardziej oficjalnych spotkaniach tematycznych, na których spędzają czas w bardzo nietypowy sposób. Nie pamiętam już jak zostałem wkręcony w jedno z takich spotkań, ale latem 2008 r. znalazłem się na terenie zamkniętym po dawnym europejskim gigancie – odlewni żeliwa Ursus, która kosztowała komunistyczną Polskę (pożyczone) 75 mln dolarów i nigdy nie została ukończona. Miejsce – ruina wręcz doskonałe do odgrywania tematyki wybranej przez przedstawicieli Grimuaru, a była nią – postapokalipsa:

fot. arturgrabias.com

fot. arturgrabias.com

fot. arturgrabias.com

fot. arturgrabias.com

fot. arturgrabias.com

fot. arturgrabias.com

fot. arturgrabias.com

fot. arturgrabias.com

fot. arturgrabias.com

fot. arturgrabias.com

fot. arturgrabias.com

fot. arturgrabias.com

fot. arturgrabias.com

fot. arturgrabias.com

fot. arturgrabias.com

fot. arturgrabias.com

fot. arturgrabias.com

fot. arturgrabias.com

fot. arturgrabias.com

fot. arturgrabias.com

fot. arturgrabias.com

fot. arturgrabias.com

fot. arturgrabias.com

fot. arturgrabias.com

fot. arturgrabias.com

fot. arturgrabias.com

fot. arturgrabias.com

fot. arturgrabias.com

fot. arturgrabias.com

fot. arturgrabias.com

fot. arturgrabias.com

Żałuję, że pstrykając powyższe zdjęcia dopiero uczyłem się obsługiwać aparat cyfrowy, przez co delikatnie mówiąc nie w pełni wykorzystałem możliwości sytuacji. Sesja na pewno była czymś wyjątkowym i mam nadzieję, że jeszcze kiedyś ktoś wkręci mnie w coś podobnego. Tymczasem przeglądając informacje o lubelskiej odlewni trafiłem na artykuł, którego autor twierdzi, że dwa i pół roku po powyżej przedstawionym spotkaniu, Państwowa Agencja Atomistyki zauważyła, że ktoś skroił z Ursusa radioaktywny kobalt. Drogie Koleżanki i Koledzy z Grimuaru, po pierwsze: gdy zapraszaliście mnie na tę sesję nie wspominaliście, że będą tam materiały radioaktywne. Po drugie: my wtedy nic ze sobą nie wynosiliśmy, prawda? ;-)