Artur Grabias

– Enthusiastic Explorer –

Po tygodniu z Galaxy S8 z przyjemnością wróciłem do iPhone’a 6

Ciekawostka: na kanale znanego youtubera, jeszcze we wrześniu (2017) będzie streaming z próby samodzielnego naprawienia pękniętego ekranu w S8, co wymaga m.in. podgrzania elementów urządzenia do ponad 100°C. Jeśli chcecie to zobaczyć to dodajcie kanał Handy do obserwowanych na YT :)

Co rusz trafiały do mnie hiper-pozytywne opinie o Samsungu Galaxy S8. Ponoć to obecnie najlepszy dostępny na polskim rynku smartfon z Androidem, jego aparat przebija nawet iPhone’a 7, a Android 7.0 jest znacznie lepszy od Androida 4.3, na którym zakończyłem swoją przygodę z tym systemem.

Prawie nowy Samsung Galaxy S8, ideał + etui MUJJO

Nieco podekscytowany zamówiłem Galaxy S8 Midnight Black i pierwsze wrażenia miałem bardzo dobre. Design telefonu jest naprawdę ładny. Przekonany, że zostanie ze mną dłużej kupiłem do niego równie eleganckie etui Mujjo i uruchomiłem system.

Następne wrażenie – płynność działania systemu jest super! Trudno się dziwić, bo iPhone 6, którego do tej pory używałem ma ponad 3 lata, tylko 1 GB RAMu i procesor 1,4 GHz, a S8 to aż 4 GB oraz taktowanie 2,3 GHz. Świadomość, że jeśli telefon wpadnie do wanny czy że bez obaw będę mógł korzystać z niego w deszczu – też wzmacniały moje poczucie „dobrego wyboru”.

Od pierwszych wrażeń minął ponad tydzień i odetchnąłem z ulgą wracając do przestarzałego już iPhone’a 6.

 

Oto 10 małych grzechów głównych Galaxy S8, przez które z ulgą wróciłem do przestarzałego iPhone’a 6.

1. Czytnik linii papilarnych umiejscowiony zaraz obok aparatu

Totalne nieporozumienie. Dużo już zostało powiedziane w tym temacie, więc nie będę wtórował i napiszę jedynie, że dawno nic mnie tak bardzo nie poirytowało, jak systemowy komunikat Samsunga przypominający, abym „dbał o czystość aparatu”, który brudził się właśnie przez to, że próbując użyć czytnika linii papilarnych dotykałem soczewki.

2. Zbędny przycisk fizyczny Bigsby

Mogę sobie tylko próbować wyobrazić jak bardzo ktoś w Samsungu naciskał na dodanie tego przycisku. Bez instalacji dodatkowego softu nie można go programować, a mi często zdarzało się przypadkowo wciskać. Tymczasem funkcja jest po prostu zbędna i przez swoje wyeksponowanie – irytująca.

3. Domyślnie włączone przekłamanie kolorów zdjęć i filmów

Pierwsza myśl podczas przeglądania zdjęć czy filmów to „- Wow! Jakie żywe kolory ma wyświetlacz! Jaki kontrast!”.

– Nope.

Wszystkie zdjęcia i filmy, które odtwarzamy mają „podbite” kolory i kontrast, co znaczy, że gdy oglądacie zdjęcia znajomych na Instagramie to widzicie je nie tak, jak chcieli autorzy, ale z nałożonym dodatkowym filtrem. Każdy, kogo interesuje fotografia uzna, że to słabo, bardzo słabo. Na szczęście można to wyłączyć.

fot. http://www.androidauthority.com/samsung-galaxy-s8-red-tint-fix-768219/

 

4. Śmieci od producenta

Już pierwszego dnia usunąłem oprogramowanie operatora i wgrałem oryginalne Samsunga, aby pozbyć się „śmieci”, czyli zbędnego softu i wizualizacji operatora. Niestety, nawet po tej operacji pozostał soft Samsunga – podobnie, jak w przypadku softu od operatora – w większości zbędny i robiący bałagan. Jest kilka fajnych funkcji, np. odblokowywanie smartfona skanerem tęczówek czy korekta dźwięku dostosowana do naszego słuchu i jakości słuchawek, ale większość jest zbędna.

5. Dublowanie funkcji Androida

Niektóre domyślnie zainstalowane aplikacje dublowały się funkcjami. Chyba. Nawet po paru dniach nie udało mi się tego do końca rozgryźć. Zmiany wyglądu systemu mogłem dokonywać z androidowego menu ustawień oraz przez aplikację od Samsunga. I to nie było to samo. Użycie obu sprawiało, że niektóre wizualizacje były z jednej aplikacji, a inne z ustawień.

6. Mnogość i nieintuicyjność ustawień

Czy wiecie jak w Androidzie w S8 włącza się bardzo przydatną funkcję rozmów przez WiFi? – Nie, nie wchodzi się w ustawienia systemu i nie szuka się ustawień połączeń. W ustawieniach WiFi też nie ma. Trzeba wejść w aplikację do wykonywania połączeń i tam zmienić ustawienia.
Wydawać by się mogło, że ogromne możliwości konfiguracji to duży plus w stosunku do dość zamkniętego iOSa, ale z drugiej strony to przekleństwo, bo aby dostosować system do swoich potrzeb trzeba naprawdę dużo się nagimnastykować. Ustawienia domyślne pozostawiają wiele do życzenia.

7. Brak „swipe” w nawigacji

Możliwe, że to przez jakieś patenty Apple, ale w Androidzie nie można nawigować po funkcjach przesuwając ekran w lewo lub w prawo. Tak, jest przycisk Wstecz, ale jest dla mnie znacznie mniej wygodny i intuicyjny niż „swipe left”. No i przycisku „do przodu” już nie ma.

8. Kilka aplikacji o takiej samej nazwie

Niektóre aplikacje w systemie miały te same nazwy. True story, nie wiem dlaczego Android w S8 na to pozwala. Miałem np. dwie aplikacje o nazwie Kalendarz. Jedna, z której korzystam na co dzień – zainstalowana samodzielnie z Google Play i druga, która była chyba zainstalowana w systemie. Problem łatwy do rozwiązania, wystarczy skasować nieużywaną appkę, ale tego problemu w ogólnie nie powinno być.

9. Niezbyt ładny design niektórych funkcji systemowych

Jasne, ktoś powie, że to kwestia gustu, ale porównajcie klawiaturę Androida i iOS. Dla mnie – bez wątpienia ta druga jest ładniejsza i bardziej czytelna. Podobnie, jeśli porównamy ich animacje. Takiego nie do końca ładnego designu jest więcej.


fot. https://www.androidcentral.com/what-keyboard-are-you-using-your-galaxy-s8

 

10. Niedoskonała kopia zapasowa i przenoszenie zawartości

Android w S8 domyślnie pozwala zrobić kopię zapasową zawartości telefonu, aby odtworzyć ją z chmury – w razie utraty telefonu lub wymiany na inny. Niestety, działa to wybiórczo i o ile podstawowe informacje, kontakty, pliki oraz aplikacje są przenoszone to już ustawienia aplikacji nie i konieczne było ich ponowne konfigurowanie. To w Androidzie naprawdę sporo pracy.

W tym miejscu przypomina mi się grzech nr. 5 – w telefonie można znaleźć dwie kopie zapasowe – jedna Androida i jedna Samsunga. Czym się różnią? Nie jestem pewny.

Tymczasem w iOS – WSZYSTKO odtwarza się 1:1. Apple robi to od lat tak doskonale, że po odtworzeniu kopii zapasowej moglibyśmy nawet nie zauważyć, że zmieniliśmy telefon.

 

Inne

Problemy z Android Pay
To jedna z najbardziej irytujących rzeczy, choć celowo umieszczam ją poza listą grzechów Samsunga, bo możliwe, że przyczyna leżała gdzie indziej, np. po stronie banku.

Otóż dość często, bo w ok. 10-20% przypadków – przy próbie płatności przez Android Pay (mBank) – aplikacja nie pozwalała mi dokonać płatności i wyświetlała ekran nakazujący skorzystanie z czytnika linii papilarnych lub podanie kodu odblokowania systemu:

 

 

Oczywiście działo się to przy odblokowanym ekranie.

Po przyłożeniu palca / wpisaniu kodu – nic się nie zmieniało – podobnie płatność była odrzucana i wyskakiwał ten sam komunikat. Następnego dnia, w tym samym czytniku kart – problemu nie było.

Nawet jeśli to problem z bankiem to uważam, że aplikacja powinna poinformować mnie, że coś jest nie tak po jego stronie.

 

Podsumowanie

Z wszystkimi wymienionymi grzechami można byłoby żyć na co dzień po prostu się do nich przyzwyczajając. Nie twierdzę, że iOS jest lepszy niż Android. Przeciwnie: w ciągu kilku lat Android zrobił ogromny skok jakościowy i brawa mu za to.  Wydaje mi się, że oba systemy mają obecnie porównywalną liczbę „małych grzechów”, za to modyfikacje Samsunga odczuwalnie psują „czystego robota” i w wyścigu smartfonów przechylają szalę zwycięstwa na stronę Apple.

 

Gdy po tygodniu z Galaxy S8 przełożyłem kartę SIM z powrotem do leciwego iPhone’a – odetchnąłem z ulgą i uśmiechnąłem się zadowolony, że mogę wrócić do iOS. Całkowicie minęła mi ochota na migrację do Androida, choć niewykluczone, że wróci, gdy pojawi się Pixel 2.

 

Ciekawostka: na kanale znanego youtubera, jeszcze we wrześniu (2017) będzie streaming z próby samodzielnego naprawienia pękniętego ekranu w S8, co wymaga m.in. podgrzania elementów urządzenia do ponad 100°C. Jeśli chcecie to zobaczyć to dodajcie kanał Handy do obserwowanych na YT :)

Xiaomi Mi Band Plus (1S) na iPhonie – recenzja

Osobom zainteresowanym gadżetami nie trzeba przedstawiać firmy Xiaomi, która jakiś czas temu wypuściła na rynek urządzenie z kategorii „smart band” – opaskę Mi Band. To urządzenie bez wyświetlacza „jedynie” mierzyło ilość zrobionych kroków oraz „jakość” naszego snu (na podstawie ruchów) i wibracjami powiadamiało nas o przychodzących połączeniach. Opaska szybko zdobyła popularność głównie za sprawą świetnej ceny – w polskich sklepach internetowych kosztuje ok. 80-100 zł.

W ostatnim czasie pojawiła się druga generacja tych urządzeń – Mi Band Pulse znana również jako Mi Band 1S, która poza znanymi do tej pory funkcjami posiada wbudowany pulsometr. Zachowana została niska cena – w polskich sklepach internetowych można ją dostać za ok. 150 zł.

Mi Band Pulse

Mi Band Pulse

Wbrew pozorom nie jest łatwo znaleźć oficjalne informacje na jej temat jeśli nie znacie chińskiego. Anglojęzyczny opis produktu i specyfikację znajdziecie na stronach xiaomi-mi.com. Nie będę powielał tych informacji, a jedynie po krótce opiszę jak mają się do rzeczywistości, bo nie wszystko jest tak piękne jak opisuje to Xiaomi :-)

Opaski używałem z iPhonem 5:

+ pulsometr działa i to chyba przyzwoicie

Po założeniu Mi Band Pulse i Apple Watcha na jedną rękę wyniki prowadzonych przez kilka minut pomiarów były zbliżone.

pomiaru pulsu można dokonywać tylko „na życzenie”

Nie ma możliwości ustawienia, aby pomiar był dokonywany co jakiś określony czas. Musimy uruchomić aplikację i przejść do odpowiedniej funkcji. Co prawda jednej z nocy po przebudzeniu zauważyłem, że pomiar uruchomił się sam (sygnalizują to migające diody po wewnętrznej stronie opaski), ale nie znalazłem wyników na liście pomiarów, więc pewnie aplikacja wykorzystuje je jedynie do określania „jakości” snu.

+ opaska jest wygodna i odporna na przemoczenie

Mi Band nie jest tak lekki, aby nie było go czuć na ręku, ale też zupełnie nie przeszkadza. Według producenta jest „odporna na zachlapania” i choć nie miałem okazji przetestować jej na basenie to nie zdejmowałem jej idąc pod prysznic i ciągle działa bez zarzutu.

+ wizualnie Mi Band daje radę

Choć ogólnie to nie mój styl to czarna, gumowa, hipoalergiczna opaska wraz ze srebrnym urządzeniem na środku nie wyglądają źle i nie rzucają się w oczy. We wszystkich sklepach, w których widziałem nową Mi Band była sprzedawana z czarną opaską, ale można osobno dokupić oryginalne opaski w innych kolorach oraz dedykowane opaski w przeróżnych stylach. Jeśli będziecie szukać opaski dla siebie to póki co jesteśmy skazani na zagraniczne sklepy czy serwisy typu AliExpress. Co ważne – Mi Band Plus ma odrobinę inne wymiary od swojego poprzednika, więc opaski z pierwszej generacji nie pasują do drugiej.

Mi Band Pulse

Mi Band Pulse

– nie działa na rowerze

Niby oczywiste, w końcu to tylko działający w oparciu o ruchy ręki krokomierz, ale na swojej stronie Xiaomi informuje: „Evening biking? All the better! Do not forget to wear Mi Band, and all the information about your mileage will be displayed on the smartphone screen.”. Może ta opcja jest dostępna tylko na Androidzie, albo czegoś nie ogarnąłem? W iPhonie w żaden sposób nie udało mi się przekonać Mi Fit (oficjalnej aplikacji dla opaski) do zliczania odległości pokonanej na rowerze.

+ bateria to mistrz

Po dwóch dniach BARDZO intensywnego używania – stan baterii wynosił ok. 90%. Pewnie za kilka dni, gdy przestanę bawić się opaską i będę „tylko” jej używać zużycie baterii znacznie się zmniejszy i opaska wytrwa obiecane przez producenta – 3-4 tygodnie i to jest super!

pasek jest zbyt długi dla drobnych kobiet

Pasek, wg. zapewnień producenta powinien być uniwersalny. Na moim ręku zapina się mniej więcej w połowie i jest bardzo ok. Niestety na ręku mojej dziewczyny nawet po maksymalnym skróceniu (ok. 15 cm) jest zbyt luźny i jeśli będzie chciała mieć podobną to bez mechanicznego skrócenia czy poszukania zamiennika się nie obędzie:

Mi Band Pulse

w iOS powiadamianie wibracją tylko o przychodzącym połączeniu

Niestety oryginalne oprogramowanie na iOS pozwala, aby opaska wibrowała powiadamiając nas tylko o przychodzącej rozmowie. Żadne inne notyfikacje na iPhone’ach, np. nowe wiadomości czy inne powiadomienia – nie są obsługiwane. Zdaje się, że aplikacja na Androida ma większe możliwości,  ale akurat nie miałem pod ręką żadnego „robota”, więc nie mogę tego potwierdzić.

+ budzenie wibracją jest bardzo miłe

Oprogramowanie opaski pozwala na ustawienie budzika poprzez wibrowanie opaski o określonej porze i to z kontrolą fazy snu. To działa i nie spodziewałem się, że budzenie przez wibrację na ręku jest o tyle przyjemniejsze od budzenia dźwiękiem :)

automatyczne odblokowywanie ekranu telefonu nie działa w iOS

Nie jest zaskoczeniem, że ta funkcja działa tylko z Androidami (minimum 5.0), ale dodaję tę informację na wypadek, gdyby ktoś po lekturze materiałów reklamowych Xiaomi miał wątpliwości.

ładowanie tylko przez specjalny kabel

Jeśli chcemy naładować Mi Band to wsuwamy go w specjalny kabel. Nie ma możliwości naładowania go typową ładowarką do smartfonów. Zdecydowanie więc lepiej nie zgubić tej ładowarki, przynajmniej dopóki nie są łatwo dostępne w Polsce.

– nie współpracuje z popularnymi aplikacjami, jednak wysyła dane do Apple Health

Niestety, przynajmniej na razie Mi Band współpracuje na iOS tylko z oficjalną aplikacją Mi Fit. Endomondo, RunKepper czy inne popularne na iOS aplikacje do mierzenia aktywności fizycznych nie znajdują opaski i nie pozwalają wykorzystywać jej do liczenia kroków czy pomiarów pulsu. Małym plusem jest wysyłanie danych (kroków, snu, energii i wagi) do aplikacji Zdrowie, czyli oficjalnego Apple Health.

Podsumowując:

Opaska działa i to zdecydowanie najlepsze co możemy dostać w tej, a nawet nieco wyższej kategorii cenowej. To bardzo udany sprzęt, ale póki co mocno kuleje oprogramowanie do niej (zwłaszcza na iOS), które nie wykorzystuje wystarczająco jej możliwości.

Mi Band Pulse pojawił się na rynku niedawno, więc mam nadzieję, że oprogramowanie wkrótce stanie się znacznie bardziej funkcjonalne, zacznie lepiej obsługiwać powiadomienia, a i zewnętrzni twórcy będą mogli dodać obsługę opaski do swoich aplikacji. Gdy tak się stanie będę mógł powiedzieć, że Mi Band Pulse to najlepszy dostępny na rynku monitor aktywności dla niewymagających użytkowników.

Pierwszy raz na rowerze towarowym

Jakiś czas temu na stronie Pełnomocnika Prezydenta m.st. Warszawy ds. komunikacji rowerowej​ przeczytałem, że w Warszawie można za darmo wypożyczać rowery towarowe (tzw. cargo bikes). W tej chwili jest ich 9 i są rozmieszczone w różnych częściach miasta, aby każdy miał do nich możliwie blisko.

Tak się złożyło, że Aga musiała odebrać większe gabarytowo zakupy, więc to była świetna okazja, aby przetestować to rozwiązanie. Upewniliśmy się, że rower jest dostępny w interesującym nas terminie i wybraliśmy się do klubokawiarni Państwomiasto, bo tam mieliśmy najbliżej. Na miejscu wypełniliśmy formularz, otrzymaliśmy kluczyki do zamka​ i ruszyliśmy w drogę.

Okazało się, że na rowerze towarowym jeździ się zaskakująco łatwo. Można nim z powodzeniem przewozić nie tylko zakupy, ale także np. dzieci. Skrzynia w rowerach Urzędu Miasta jest ogromna i wytrzyma nawet do 100 kg, a rower jest tak sprytnie skonstruowany, że nie odczuwa się wiezionego ciężaru, więc jest świetną alternatywą dla kosztownego w utrzymaniu samochodu.

Kto w ogóle chciałby jeździć samochodem, gdy na rowerze jest tyle frajdy?? :-))

My, w drodze po zakupy bawiliśmy się świetnie.

Zdecydowanie polecam! Jeśli ktoś z Was chciałby wypożyczyć rower towarowy w Warszawie to wszystkie potrzebne informacje znajdzie na stronach rowerowych Urzędu Miasta.

Z kolei osoby chcące spotkać ludzi poruszających się na takich rowerach na co dzień i poznać praktyczne zastosowania „cargo bikes” – powinny wybrać się 3 października 2015 r. na CargoWawaFest – I zjazd rowerów towarowych​.

O rowerach towarowych można też poczytać na blogu Jeden samochód mniej.

fot. © Urząd m.st. Warszawy

„Black mirror”. Co nam zrobisz, nowoczesny świecie?

black mirror

Choć wg opisu producenta historie przedstawiane w „Black Mirror” umiejscowione są w przyszłości, to niektóre mogłyby zdarzyć się już dziś, a pozostałe w przyszłości wcale nie tak odległej, jak mogłoby się to w pierwszej chwili wydawać. To właśnie jest najbardziej niepokojące, przecież już każdy z nas na co dzień spotyka się z tytułowym „czarnym lustrem”…

„If technology is a drug – and it does feel like a drug – then what, precisely, are the side-effects? This area – between delight and discomfort – is where Black Mirror, my new drama series, is set. The „black mirror” of the title is the one you’ll find on every wall, on every desk, in the palm of every hand: the cold, shiny screen of a TV, a monitor, a smartphone.”

Każdy odcinek tego brytyjskiego mini-serialu, który w 2012 r. otrzymał statuetkę Emi w kategorii „najlepszy mini serial” posiada innych bohaterów i integralną fabułę. Łączy je to, że przedstawiają potencjalny i ukazany w przyszłości, wyolbrzymiony (czy aby na pewno?) wpływ nowych technologii i „społecznego internetu” na wybrany aspekt życia społecznego. W serialu znajdziemy wątki o sile współczesnych mediów i reklamy, globalnej komunikacji w social mediach, samotności w cyberświecie, o zachwianym, współczesnym postrzeganiu sztuki, ogłupianiu ludzi w masowych, nie tylko telewizyjnych przekazach nieadekwatnymi do ludzkich wartościami i regułami, o grywalizacji wdrożonej w niemal wszystkie aspekty codzienności, relacjach damsko-męskich w dobie „Wielkiego Brata”, o zastępowaniu bliskich nam ludzi sztuczną inteligencją i o produkowaniu tylko dla konsumpcji (trudno nie dostrzec nawiązań do „Podziemnego kręgu” Palahniuka).

Całość utrzymana jest w świetnym, psychologicznym klimacie i oglądając niemal czuje się w sobie okrutne wyobcowanie w świecie, w którym znaleźli się bohaterowie. To serial nie tylko dla fanów „Roku 1984” Orwella. To pozycja absolutnie obowiązkowa dla miłośników nowych technologii będących także fascynatami zmian w społeczeństwie informacyjnym. Na pewno zainteresuje także badaczy zachowań tłumu (m.in. w ujęciu Le Bona), obserwatorów współczesnych mediów i komunikacji społecznej, a także osoby wyłącznie interesujące się nowinkami technicznymi. Poza tym to po prostu dobry thriller :)

To serial zdecydowanie godny polecenia, dla mnie – fenomenalny, chwilami wstrząsający i dawno nie oglądałem czegoś tak dobrego. Ze względu na specyficzną realizację serialu oraz jego nieco geekową tematykę – z pewnością nie wszystkim się spodoba, ale mimo to – polecam.

Do dziś premierę miały 2 serie mające tylko po 3 odcinki i niedawno zakończyła się emisja drugiej serii. Odcinki były emitowane w HBO i część z nich jest obecnie dostępna w HBO GO. Pozostałe można znaleźć już chyba tylko w „internetowej wypożyczalni”… Wszystkim, którzy przymierzają się do obejrzenia życzę niesamowitych wrażeń!

update:
Osobom, którym bliska jest tematyka serialu z pewnością spodoba się film pełnometrażowy „Ona” z 2013 r. Trudno nie mieć wrażenia, że fabuła tego filmu czerpie z jednego z odcinków „Black Mirror” :)

Ribbon Hero 2, czyli patent na zostanie mistrzem PowerPointa, Excela, Worda…

Pamiętacie tego gościa? :D

clippy

Tak! To Clippy, czyli Spinacz ze starych wersji Office’a :)) Pracował dzielnie, ale jak pewnie pamiętacie był strasznie wszędobylski, a przez to irytujący i w końcu… stracił pracę. Przestał pomagać użytkownikom począwszy od Office 2003, nie mając środków do życia zamieszkał z mamą, ale i jego mama w końcu straciła cierpliwość i kazała mu wyruszyć z domu w poszukiwaniu pracy. Na jego szczęście szybko trafiło się ciekawe ogłoszenie…

Ribbon Hero 2

W świecie humorystycznej, komiksowej fabuły pomagamy więc Clippiemu przygotować ładne CV, a potem… przez gapowatość sympatycznego Spinacza wybieramy się w podróż wehikułem czasu, podczas której poznajemy ciekawostki świata, odwiedzamy m.in. dwór króla Artura, piramidy egipskie, Woodstock i starożytną Grecję. Zupełnie przy okazji, z wykorzystaniem elementów grywalizacji uczymy się używać funkcji pakietu Office i zdobywamy nowe poziomy, którymi możemy dzielić się ze znajomymi.

Ribbon Hero 2

Wszystko po to, aby połączyć zabawę z nauką i to się naprawdę udaje! Ribbon Hero 2 polecam nie tylko osobom, które do dziś nie oswoiły się z nowym (począwszy od wersji 2007) pakietem Office, ale także tym, którym tak jak mi wydawało się, że znają już ten pakiet bardzo dobrze. Nie dotarłem jeszcze do końca fabuły, a już odkryłem masę nowych funkcji i jestem przekonany, że jeśli trochę pogracie to też stwierdzicie, że nowe pakiety Microsoftu są znacznie bardziej funkcjonalne i prostsze w użyciu od poprzednich :))

Gra jest bezpłatna, wydał ją Microsoft i można ją pobrać z tej strony:
http://www.ribbonhero.com/

Musicie mieć zainstalowany na komputerach Office 2007 lub nowszy. Szkolenie jest dostępne tylko w języku angielskim, ale można je instalować także na polskojęzycznych wersjach Office. Gra jest tak sympatyczna, że na pewno nie pożałujecie poświęconego jej czasu, a przy okazji podszkolicie swój office’owy skill, który jak wiadomo w „biurowych” zawodach, a nawet już na studiach bywa bardziej niż przydatny. Bawcie się dobrze, tylko ostrożnie, bo ta gra wciąga! :))

P.S. Gdyby pod wpływem gry ktoś z Was zatęsknił za Clippim i chciał go spotykać na co dzień to jest sposób na dodanie go do nowych pakietów Office… (link).

Król bankowości internetowej powrócił – nowy mBank

Choć przywitał posypanym ekranem logowania:

nowy mbank

to jednak drobiazg (wyczyszczenie cache, czyli kombinacja klawiszy CTRL + R pomogło) i potem było już tylko dobrze. Nowy serwis transakcyjny mBanku, który został dziś udostępniony zdecydowanie „daje radę”. Jest prosty, intuicyjny, ergonomiczny, a mimo to naprawdę szybki (!). Wprowadza kilka bardzo użytecznych drobiazgów, np. darmowe potwierdzenia e-mail czy logowanie za pośrednictwem nazwy użytkownika. Jest też kilka większych funkcji, które dopiero odkrywam, ale już na pierwszy rzut oka wydają się przydatne – np. przekazywanie przelewów bez znajomości numeru konta bankowego odbiorcy (!) czy narzędzie do zarządzania domowym budżetem w oparciu o planowane wydatki. W nowym serwisie oczywiście nie zabrakło mechanizmów grywalizacji, które są nienachalne i wierzę, że mogą spełnić swoją rolę. Moim zdaniem najważniejszą jednak cechą wyróżniającą nowy mBank jest to, że ten serwis naprawdę działa i to działa bez zarzutu – w przeciwieństwie do bezpośredniej konkurencji, która w ubiegłym roku wypuściła nowoczesny, ale niedopracowany produkt, w którym do dziś nie wszystko funkcjonuje prawidłowo.

Nowy mBank ma jeszcze jedną ważną zaletę: jest… po prostu śliczny :-) Otrzymał ładny design zgodny z bardzo udaną, nową komunikacją wizualną marki i ma się miłe wrażenie, że wszystko tu pływa – od chwili zalogowania korzystanie z serwisu zdecydowanie sprawia przyjemność.

mbank.2png

Do mBanku mam duży sentyment, bo był nie tylko pierwszym internetowym bankiem w Polsce, ale także moim pierwszym bankiem w ogóle :) Nie będę się jednak rozwodził o moim postrzeganiu marki, bo to temat na osobny wpis, a ten dotyczy tylko nowego serwisu transakcyjnego. Ten, od kilku lat był w stagnacji i w ubiegłym roku dał się mocno wyprzedzić konkurencji. Po pierwszych testach stwierdzam jednak, że mBank nie tylko odrobił pracę domową i nadrobił zaległości, ale wyszedł przed szereg i znowu wyraźnie wyprzedził pozostałych.

Błahol, czyli dobroci z materiału nie tylko dla kurierów rowerowych

Na Facebooku napisali, że znajdę ich pod adresem Solec 18/20. Świetnie! – pomyślałem. Ta ulica jest jakieś 500 m od mojego mieszkania na warszawskim Powiślu, więc wyruszam w pierwszej wolnej chwili. Na miejscu niespodzianka – pod tym adresem jest znany klub 1500m2. Przypinam rower do metalowej barierki i zaczynam się rozglądać. Tuż za wejściem widzę niebieskie logo i strzałkę, na które wcześniej będąc w tym klubie nie zwróciłem uwagi. Oznaczenia kierują do piwnicy. Schodzę. W porównaniu do upału na zewnątrz, tu panuje przyjemny chłód. Długi, ciemny korytarz jest wypełniony rowerami, zapewne pozostawionymi dla pracowni serwisowej kolektywu Cech, a z końca korytarza dobiega muzyka i tajemniczy stukot. Nieco niepewnie kieruję się w jego stronę. Na samym końcu znowu logo i skręcam w prawo. W pomieszczeniu, do którego trafiam, pomiędzy stertami materiałów, szkiców, nalepek i notatek widzę dwóch młodych facetów, takich zupełnie współczesnych, modnie ubranych ziomków, ale siedzących przy… klasycznych maszynach do szycia :)) Widok tak zaskakujący, że przez chwilę nie wiedziałem co powiedzieć. Nie pamiętam kiedy ostatni raz widziałem kogoś przy takim retro sprzęcie, a na pewno nigdy nie widziałem przy niej tak młodych ludzi, tym bardziej facetów. O całym tym dysonansie zapomniałem już po chwili, gdy jeden ze szwaczy przerwał pracę, wstał od maszyny, podszedł do mnie i powiedział:

– Siema, jestem Błahol.

Błahol, fot. Patryk Wiśniewski

fot. Patryk Wiśniewski

„Drugie nożyczki” to Wojtek. Chłopaki przede wszystkim robią świetne torby kurierskie, ale w ich asortymencie rowerowym znajdują się też inne „dobroci z materiału”: plecaki, t-shirty, pasy na u-locki, torby biodrowe, osłony ramy, a nawet „ocieplacze” u-locka i wiele, wiele innych. Wszystko szyte przez nich ręcznie (!). Zobaczcie zresztą wzorce sami na blahol.pl. Ja od razu zdecydowałem się na pas do u-locka w bardzo dobrej cenie (55 zł) i sam wybrałem kolor podszycia. Efekt jest taki:

arturgrabias.com

arturgrabias.com

arturgrabias.com

arturgrabias.com

arturgrabias.com

arturgrabias.com

arturgrabias.com

arturgrabias.com

arturgrabias.com

arturgrabias.com

Jestem bardzo zadowolony i już po kilku godzinach jeżdżenia z tym pasem zdecydowałem się na wymontowanie z ramy roweru zaczepu na u-locka, zastanawiam się jak wcześniej mogłem jeździć bez czegoś tak przydatnego? Nie dość, że pas jest bardzo funkcjonalny (oprócz u-locka można przyczepić do niego np. klucze, a nawet torbę biodrową) to już na pierwszy rzut oka widać, że szwy są zrobione starannie i niełatwo byłoby je zniszczyć. Do tego wszystkiego pas wygląda świetnie! Czy można chcieć czegoś więcej? :)) Jeśli ktoś jednak chciałby to warto wiedzieć, że Błahol podejmuje się także indywidualnych projektów, można np. zamówić torbę z własnym wzorem.

Z ekipą Błahola gada się świetnie, a interesy robi z nimi szybko i bez napinki. Rozwiewając potencjalne wątpliwości dodam, że to NIE jest „wpis sponsorowany” :) Powstał tylko po to, aby polecić świetne produkty i ludzi, którzy jarają się tym, co robią i robią to dobrze. Ja jestem pod wrażeniem i wróżę im karierę. Kontaktować się z nimi można przez Facebooka, mailowo pisząc na [email protected], a także telefonicznie: 698 996 513. Sam z pewnością do nich wrócę, co i Wam polecam. Bierzcie póki woda sodowa nie uderzyła im do głowy i mają przyzwoity cennik! ;))

update: 27 czerwca 2013

Tak jak planowałem wróciłem do Błahola i po dwóch tygodniach oczekiwania na realizację indywidualnego zamówienia do kolekcji dołączył dziś „hip bag”, czyli torba zaczepiana do pasa. Wyszła im lepiej niż się spodziewałem! Tak jak w przypadku pasa mógłbym pisać o jej wykonaniu same dobroci, ale już sobie odpuszczę wszystkie „ochy i achy”. Zdjęcie tym razem już tylko jedno, a do tego z komórki i przemaglowane przez Instagram:

blahol - hip bag

French Connection – kampania reklamowa 2009/2010

Założona w 1972 r. brytyjska firma odzieżowa French Connection swoje kampanie reklamowe rozpoczęła niezbyt elegancko – od 1997 r. zaczęła znakować swoje wyroby słowem „fcuk”, będącym akronimem od „French Connection United Kingdom” i kojarzącym się z wulgarnym „fuck”. Na tym również opierała się kontrowersyjna kampania promocyjna, podczas której na T-shirtach drukowano hasła takie jak „fcuk this”, „hot as fcuk”, „lucky fcuk”, „fcuk on the beach” czy „fcuk off”. Skargi konsumentów spowodowane skojarzeniami z akronimem spowodowały jednak, że w 2006 r. marka przestała być promowana w dotychczasowy sposób i powrócono do komunikowania pełnej nazwy firmy, czyli French Connection.

Na przełomie 2009/2010 r. pojawiła się pierwsza po latach kampania tej firmy, a wraz z nią całkowite repozycjonowanie marki i zmiana docelowego odbiorcy na bardziej zamożnego i wymagającego klienta z młodej klasy średniej. Przygotowana przez agencję Fallon London komunikacja w formie spotów wideo, a także fotografii została skierowana zarówno do kobiet jak i do mężczyzn.

Seria przygotowywanych w tym samym klimacie filmów w odcieniach szarości przedstawia „kwintesencję kobiety i mężczyzny” i podzielona jest na filmy prezentujące zawsze tego samego modela lub tę samą modelkę. Do tej pory w kampaniach na tym rynku panował schemat męskiego modela, który był albo zniewieściałym, idealnie ogolonym chłopcem albo niecodziennie przystojnym brunetem – amantem z dwudniowym zarostem. Czy nie macie wrażenia, że reklamy produktów dla mężczyzn najczęściej nie są do nich kierowane? Czy agencje poddają się stereotypowi, według którego mężczyźni nie dbają o własny wygląd i należy kierować reklamy do ich partnerek albo… matek? A może dopiero teraz, ze względu na powiększającą się grupę singli i częstsze przywiązywanie uwagi do własnego wyglądu także przez mężczyzn producenci zmuszani są do zmiany strategii i kierowania komunikacji bezpośrednio do „płci brzydkiej”? Kampania French Connection z końca 2009 r. była ogromnym zaskoczeniem, gdyż męski model tej marki jest zupełnie inny – wygląda jak „rasowy przedstawiciel paryskiej bohemy artystycznej – z obfitą brodą, długimi włosami i nieco chmurnym obliczem”.

Z kolei „the woman of all women”, czyli kobieta w kampanii reklamowej French Connection jest delikatna, piękna, zamyślona, czasami egocentryczna ale absolutnie urocza i romantyczna.

Kanałami komunikowania kampanii były telewizja, prasa, outdoor oraz oczywiście strony w portalu społecznościowym Facebook (French Connection Man oraz French Connection Woman), a także profil w portalu YouTube. Spoty były emitowane także w kinach – materiały przedstawiające kobietę pojawiały się przed typowo kobiecymi filmami, a emisja spotów przedstawiających mężczyznę odbywała się przed „męskimi seansami”. Przed filmami nie skierowanymi wyraźnie do odbiorców konkretnej płci prezentowane były oba typy spotów. Kampania wykorzystuje specyficzny, nieco archaiczny, staranny język, nieużywany na co dzień. Przedstawiając stereotypowe czy też tradycyjnie postrzegane postaci kobiety i mężczyzny copywriterzy nie starają się, jak to zwykle bywa budować przekaz na prostych komunikatach, aby dotrzeć do jak największej liczby osób. Zdecydowanie dali się ponieść zabawie słowami jednak nie przesadzili i zgrabnie operują niedopowiedzeniami brzmiącymi w połączeniu z obrazem niemal jak poezja. Prawie we wszystkich spotach pojawia się anglojęzyczny narrator, który spokojnym, niskim, dostojnym głosem z francuskim akcentem (nawiązanie do nazwy marki) całkowicie rekompensuje brak dominującej muzyki w tle i opisuje przedstawianą scenę, np.:

„The woman and the nature. Do they rearrange such things? How else to explain the blue of the coat with the brown of the leaves. Wind playing with hair and hem. Stars shining sequin, shadow shaping skirt. Trees in attendance with wind, the sun, and the woman amongst them. Forever waiting. Conspiring.”

„The woman and the coat spend the winter together. The coat enduring the cold. The woman enduring the men.”

„Where does the woman take us? The ballet? The disco-tech? It matters not.”

„The man. He feels like wolf. Sometimes pig. Mostly wolf. But what wolf can kung fu? Or foresee things… like the cold. See the man equips himself. Shirt. Trousers. Dog. Now the man can stride were he likes. And raise fist to the cold.”

“The man thinks that Calorie is the name of a woman he once… met.”

French Connection

 

 

Przekaz kampanii jest jasny: pojawiające się w narracji lub przedstawiane na zdjęciach i filmach detale odzieży kierują uwagę odbiorcy na ubiór modeli, a skoro „This is the woman” czy „This is the man” – rozpoczynający większość filmów przedstawia „prawdziwą kobietę” i „prawdziwego mężczyznę”, a spoty kończy logo marki to z pewnością mają oni na sobie ubrania French Connection. Grupa docelowa ma identyfikować się z tymi „prawdziwymi przedstawicielami płci”, a zatem i ubierać tak jak oni. Przywiązanie do szczegółów, niesamowicie magnetyczna atmosfera filmów, głębokie nawiązanie do legendarnego świata kultury, do którego aspiruje wiele osób z grupy docelowej, błyskotliwy, dowcipny język, operowanie niedopowiedzeniami i trafienie w czuły punkt odbiorców przesądziły o sukcesie kampanii. W pół roku po jej powstaniu nastąpiła jej kontynuacja. Nie było trudno operować na tak dobrym copy. Zmiany w nowych spotach to pojawienie się filmów w kolorze oraz bardziej dowcipny, choć ciągle błyskotliwy język narracji.

Oryginalność kampanii reklamowej French Connection dosłownie urzeka i gdyby marka ta była bardziej dostępna w Polsce, to po poznaniu tej kampanii, przy pierwszej potrzebie zaopatrzenia się w „okrycie wierzchnie” zapewne skierowałbym swoje kroki do sklepów sygnowanych tą marką, choćby z ciekawości. Jeśli przyjmiemy, że byłem „targetem” twórców kampanii to czyż nie świadczy to o jej wysokiej skuteczności? Na zakończenie zauważmy, że w przeciwieństwie do sytuacji jeszcze sprzed kilkunastu lat, nie dbający o siebie mężczyźni już bynajmniej nie są postrzegani jako „męscy”. Daleko mi również do popierania metroseksualizmu – przecież grunt to odpowiednie wyczucie, ale kampania French Connection z końca 2009 r. niech będzie dowodem na to, że można wyglądać jak mężczyzna jednocześnie wyglądając dobrze.

powrót


disclaimer: powyższy tekst napisałem będąc na pierwszym roku studiów. Wszelkie błędy nie były zamierzone ;-)
Źródła oraz fotografie:
Torin Douglas: Times called on FCUK posters; BBC News, 2001-04-04
http://www.frenchconnection.com
http://zapiskibrandmanagera.bloog.pl
http://www.youtube.com/user/frenchconnection
http://www.facebook.com/pages/French-Connection-Man/288762241251
http://www.facebook.com/pages/French-Connection/36004768305

Książki do słuchania, czyli magiczny posmak audiobooków (wywiad)

audiobooki

rozmawia Magdalena Chojnacka:

Poszerzając horyzonty coraz częściej sięgamy po książki do słuchania, czyli tzw. audiobooki. W ostatnim czasie stały się one najbardziej esencjonalną formą książki i czymś na kształt kulturowego przeboju. Ruszyła seria wznowień klasycznych dzieł, które można posmakować na płytach CD. Wygląda na to, że każda linijka zagrana na strunie ludzkiego głosu bardziej angażuje emocje i utrzymuje wyobraźnię w świeżości.

W tej estetyce coraz sprawniej porusza się Artur Grabias (Grakaj), który na swojej stronie posluchaj.grakaj.com czyta dzieciom i dorosłym. Z unikalną charyzmą i inwencją Grakaj przenosi nas w magiczny świat książek. Kto rozsmakuje się w tym artystycznym słuchowisku, z pewnością będzie chciał tam wracać częściej. Kolekcja stale się powiększa i można tam posłuchać teksty m.in. Antoine de Saint-Exupery’ego, Grzegorza Ciechowskiego, Marcina Świetlickiego czy Rafała Wojaczka.

Grafiki zasypiania

– „Grakaj czyta dzieciom” narodził się jak większość rzeczy „z potrzeby” – mówi Artur. Bliskie mi osoby stwierdziły kiedyś, że lubią słuchać mojego głosu i „chciałyby, abym czytał im bajki na dobranoc”. Bardzo lubię czytać, jeszcze bardziej sprawiać komuś przyjemność, zatem czasami czytałem im przez telefon, zdarzało się nawet, że ktoś zasypiał.

Ze względu na różne „grafiki zasypiania” często czytanie nie było możliwe, zatem pożyczyłem od jednej z tamtych osób mikrofon, nagrałem pierwszy fragment opowiadania i wysłałem e-mailem. Jedna z osób, które otrzymały nagranie, bez mojej wiedzy przesłała je dalej z moim adresem. Pojawiło się kilka przychylnych głosów i gdy minęło już moje zawstydzenie, zacząłem budować w myślach projekt, który pozwoliłby nie tylko udostępnić książki do słuchania szerszemu gronu, ale także w którym mógłbym wyrazić siebie, między innymi przez wybór tekstów. Gdy już się przełamałem, opublikowałem Grakaj Czyta Dzieciom dla wszystkich.

Atak melodramatycznie – bajecznych tekstów – książki do słuchania

– W osobowości każdego z nas jest dorosły, rodzic i dziecko. Pamiętam, że gdy byłem małym chłopcem, mama bardzo często czytała mi lub opowiadała bajki na dobranoc. Do tej pory potrafię przywołać w sobie pamięć o uczuciach, o światach, o tych wszystkich baśniowych rzeczywistościach, które się we mnie rodziły. Nie wszystko jednak co jest lub będzie na stronie może być dla dzieci przeznaczone. Strona jest utrzymana w konwencji dzieciństwa, bo kieruję ją do „wiecznych dziewczynek” i do „wiecznych chłopców”. Tak nazywam tych, którzy tak jak ja tęsknią za magią dzieciństwa, za rozterkami młodości, za zakochiwaniem się i wyprawami w niezbadane tereny. Za rodzeniem się wszystkich pierwszych emocji i za czasami, gdy nie mogąc zrozumieć tak wielu rzeczy nie tłumaczyliśmy wszystkiego racjonalnie, a tworzyliśmy niezwykłe, magiczne światy. „Grakaj czyta dzieciom” posiada tylko mały pierwiastek z takiego świata, jest przecież tworzony przez dorosłą osobę.

Artur zajmuje się również fotografią, więc te działania wokół których kręci się jego codzienność wypełniają szczelnie wolne chwile.

– Nie mam trudności z wygospodarowaniem wolnej chwili. Rzekłbym raczej, że to odpowiedni czas znajduje mnie. Gdy pojawia się wewnątrz mnie potrzeba zrobienia czegoś, na przykład nagrania fragmentu konkretnej książki do słuchania, rzucam wszystko co mogę i nagrywam. Nie mógłbym wyznaczać sobie na to czasu, bo potrzebuję do tego odpowiedniego uczucia, emocji w sobie, a one niestety nie przychodzą na zawołanie. – kontynuuje Artur. Punktem wyjścia w tym spontanicznym akcie twórczym zawsze jest improwizacja, wyczucie, balansowanie między skrajnościami, ale i szczerość. Czy jest w tym również spora dawka kreacji?

Według Ervinga Goffmana cały nasz świat to teatr, w którym każdy gra główną rolę. Zdajemy sobie sprawę jak nasze działania, zachowanie mogą wpłynąć na innych i zwykle organizujemy je myśląc o tych następstwach. Choć kreacja postrzegana bywa negatywnie, nie chciałbym i nie zamierzam ukrywać, że zarówno nagrania jak i zdjęcia znajdujące się na stronie popatrz.grakaj.com, są przemyślane pod tym względem. Części fotografii i nagrań nie ma na stronie, są dla mnie zbyt intymne, zbyt osobiste bym odważył się podzielić nimi z całym światem, a chyba również i reakcji „świata” nieco się obawiam.

Cała strona jest pod kontrolą autora, to on decyduje o jej zawartości i o tym co inni będą mogli na niej znaleźć, zatem niewątpliwie jest to kreacja. – Niemniej materiały na stronie zamieszczane są nieprzypadkowo. Tak jak dla jednych formą wyrazu są na przykład słowa wpisywane do pamiętnika czy internetowego blogu, tak dla mnie jest to wybór i nagranie konkretnych tekstów, które są przynajmniej częściowo odzwierciedleniem moich uczuć w danej chwili. Nie mógłbym nagrać niczego, z czym nie byłbym w zgodzie, co nie stanowiłoby dla mnie wartości. To, co pojawia się na stronie, swoją genezę ma w emocjach, musi być zatem szczere, choć wraz z upływem czasu może tracić na aktualności.

Forma audiobooków na „Grakaj czyta dzieciom” bardzo Arturowi odpowiada i nie sądzi on, aby kiedykolwiek zamienił głos na coś innego. – Niemniej „ciągła niemożność i wieczne niespełnienie” towarzyszy mi od zawsze, nieustannie poszukuję nowych form i boję się stagnacji. Z pewnością grakaj.com będzie ewoluować, choć jeszcze nie wiem, w którym kierunku.

Dziecko szczęścia?

– Nie zdarza mi się narzekać na brak ogólnie pojętego szczęścia. Należę raczej do tych, którzy jak dzieci cieszą się codziennością i mają swoje małe – wielkie radości. Zwłaszcza w ostatnim czasie, gdy przyglądam się mozaice tych moich małych szczęść wplecionych w barwy jesieni, odczuwam autentyczną, głęboką radość istnienia. Skutecznie eliminuje ona wszelkie złe myśli. Jest mi dobrze i nie proszę o więcej, ale liczę po cichu na jeszcze trochę.

– Fascynują mnie ludzie, choć zdecydowanie nie jestem duszą towarzystwa – wolę herbatę w cztery oczy, podczas której mogę skupić się na osobie, z którą rozmawiam, niż grupowe spotkania. Fascynują mnie ludzie realni z wszystkimi swoimi zaletami i wadami. I dlatego to o nich najbardziej lubię czytać, o ich codzienności, rozterkach, emocjach i ich światach, wśród których każdy z nich jest inny.

Plany, marzenia

W najbliższych dniach powstaną kolejne książki do słuchania i Grakaj rozpocznie czytanie „dzieciom” słów zmarłego we wrześniu, duńskiego pisarza Willy’ego Breinholsta. Książkę „Jak cało i zdrowo przyszedłem na świat” czytałem po raz pierwszy w wieku 5 lat i zapewne sporą część mojego pokolenia wprowadzała ona w tajniki poczęcia. Jest dziennikiem dziecka rozwijającego się w łonie matki, począwszy od chwili poczęcia aż do dnia narodzin. Jest absolutnie zabawna i mam nadzieję, że spowoduje uśmiech jeszcze u wielu osób.

– Moje plany nie sięgają zbyt daleko. Marzenia z kolei aż za horyzont, ale nie chciałbym głośno mówić o szczegółach. Mogę jedynie pół żartem, pół serio zdradzić, że będąc dzieckiem marzyłem o podkładaniu głosów do kreskówek. W swoich dążeniach do spełniania marzeń nie spieszę się jednak nigdzie. Raczej spaceruję przyglądając się okolicy i zastanawiając, na której ławce usiąść.

Odpoczywam w samotności. Gdy jestem już mocno zmęczony budzi się we mnie introwertyzm. Jeśli odpoczynek ma przynosić ukojenie duszy, oczyszczenie myśli, to dla mnie jednoznacznie kojarzy się z wyjazdem do rodzinnego domu, z przebywaniem w miejscach, w których się wychowałem, gdzie są jeszcze takie zakamarki, w których trudno o spotkanie jakichkolwiek innych, ludzkich istnień. Odpoczywam z myślami otulonymi szalikiem z nut, bo tylko muzykę zabieram ze sobą wszędzie. Żadnego pośpiechu i spraw niecierpiących zwłoki.

Żeby określić „moją filozofię” życia, musiałbym wybrać to, co najważniejsze, a ja nie lubię i nie chcę wartościować.

Inspirujące przestrzenie

Nie poznałem jeszcze miejsca, w którym chciałbym zostać na stałe. Lubię zmiany i nie przywiązuję się do miejsc w taki sposób, abym nie mógł ich opuścić. Często odwiedzam Kraków, który pozwala mi nawdychać się anonimowości i dostać przyjemnej zadyszki od szeroko rozumianej, wszędobylskiej w tym mieście kultury. Niedawno odkryłem niezwykły pierwiastek Lublina, w którym mieszkam na co dzień. Pierwiastek ten sprawił, że miasto nabrało dla mnie barw i chciałbym jeszcze przez chwilę tu zostać.

A co wzrusza i bawi Artura Grakaja? – Takich rzeczy jest mnóstwo! Nie chcę i nie potrafię bronić się przed pozytywnymi emocjami. Bywają nawet takie dni, gdy jak w „Delikatnieniu” Świetlickiego „byle reklama zmusza mnie do płaczu”.

Rozmawiała Magda Chojnacka.

Fragmenty rozmowy ukazały się 28 listopada 2009 r. w Dzienniku Wschodnim.

Projekt „Grakaj czyta dzieciom” w lipcu 2011 r. został zakończony, zastąpiły go Nagrania Lektora, a sam autor przeprowadził się do Warszawy, w której się z miejsca zauroczył.