Pierwszy raz na Teneryfie

Gdy jakiś czas temu Karolina powiedziała mi „– Lećmy na Teneryfę!” – od razu wyobraziłem sobie hotel pełny potykających się o siebie turystów i ludzi leżących cały dzień na plaży i sączących drinki z all inclusive.

– Nie, nie, nie. Nic z tego. – protestowałem. Potem opowiedziała mi o wulkanach i wędrowaniu. Zapewne użyła też jakichś kobiecych sztuczek i… w drugiej połowie kwietnia 2017 r., gdy w Warszawie był jeszcze schyłek zimy, siedzieliśmy w samolocie lecącym na hiszpańską wyspę.

 

Najważniejsze, czego nauczył mnie ten tygodniowy wyjazd:

  1. Teneryfa to nie tylko ocean i plaża. To wulkany i wulkaniczne twory. To lasy. To autostrada dookoła wyspy i miłe miasteczka. Miejsce zdecydowanie nie tylko dla leniuchów.
  2. Jeśli wydaje Ci się, że umiesz ruszać samochodem na wzniesieniu, ale do tej pory jeździłeś tylko w Polsce – to tylko Ci się wydaje.
  3. To był mój pierwszy lot samolotem (sic!). Gdy uświadomisz sobie, że szansa na wypadek samochodowy jest pewnie kilka tysięcy razy większa niż szansa na katastrofę lotniczą – jest spoko i bez stresu, choć bycie zamkniętym w metalowej puszce 10 km nad ziemią nie jest zbyt komfortowe.
  4. Jeśli jesteś facetem to pewnie nie znosisz smarować się czymkolwiek, ale gdy wchodzisz na dużą wysokość (np. na Pico del Teide) to już daj sobie porządnie posmarować kremem z filtrem wszystkie odsłonięte części ciała. W przeciwnym razie będziesz o tym myśleć cierpiąc przez całą noc.

 

Pełną relację z wyjazdu możecie zobaczyć w naszym albumie Google:

 

ZapiszZapisz

ZapiszZapisz

O tej, której nie ma

Poniższy wpis to literacka fikcja. Ot wynik zbyt dużej ilości alkoholu i wolnego czasu ;) Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń jest przypadkowe.

Leżałem na podłodze w małym, wynajętym mieszkaniu w Warszawie. Na ostatnim piętrze, z widokiem na wieżowce w Centrum. W środku panował niemal mrok, a jedyne światło dochodziło z latarni za oknem. Przebijając się między żaluzjami tworzyło na suficie długie prostokąty, na które patrzyłem, gdy otwierałem oczy. Na głowie miałem słuchawki wypełnione fortepianem Nilsa Frahma, a w moich myślach płynęły twarze, piersi i dłonie kobiet, z którymi dane mi było kiedyś być. Zastanawiałem się co we mnie zmieniły, co obudziły i jak wiele błędów z nimi popełniłem. Czy któraś z nich była idealna? – Na pewno nie. Czy żałuję, że z którąś z nich już nie jestem? Jakie cechy powinna mieć idealna dla mnie kobieta? Które cechy moich partnerek lubiłem najbardziej?

Powinna być wrażliwa. Może nawet nieco nadwrażliwa – pomyślałem. Chyba powinna też czuć sztukę w każdym wydaniu, choć ja sam potrafię poczuć tylko muzykę, słowa, filmy i zdjęcia. Niech lubi zwierzęta i najlepiej jak ja niech ich nie je, ale nie chciałbym, aby wytaczała wojny tym, którzy to robią. Niech będzie raczej introwertyczna, ale nie niemożliwa do otwarcia się przede mną. Niech dzieli się ze mną tym, co budzi w niej emocje. Niech inspiruje. I niech mówi poprawną polszczyzną, nie używa niepotrzebnie zdrobnień i niech nie robi błędów ortograficznych. Niech dostrzega i cieszy się z małych przyjemności. I niech obejmuje mnie „tak rozpaczliwie przez sen”.  I niech będzie empatyczna, szanuje innych ludzi i niech będzie dla nich dobra. Niech lubi celebrować winem i papierosami, albo oduczy mnie palić i pić w ogóle. Niech wpada czasami w melancholię i w pasję, gdy przypomni sobie czegoś fragment i szuka jego źródła. Niech nie wstydzi się przy mnie swej nagości i niech będzie głośno, gdy się ze mną kocha. Niech nie obawia się mówić mi, czego potrzebuje i niech pamięta, że choć czasami nie będę się z nią zgadzał, to zawsze będę po jej stronie. Niech będzie zazdrosna i niech to pokazuje. Niech jeździ na rowerze i kocha swój rower i wolność, którą daje. Gdyby czasami ze mną biegała byłoby mi miło bardzo. Niech łatwo, ale niepretensjonalnie się wzrusza.

Kiedyś wydawało mi się, że żaden z moich związków nie przetrwał dłużej niż 2-3 lata, bo spotykałem się z trudnymi kobietami – takimi, które mają dużo nie tylko egzystencjalnych problemów. Dla których mogę być wsparciem i czuć się im potrzebny. W których emocje – także te złe – często szaleją. I choć z niektórymi z nich byłem krótszymi i dłuższymi chwilami byłem szczęśliwy kompletnie to postanowiłem (tak, byłem już na tyle „dorosły”, że mogłem to postanowić) zacząć spotykać się z kimś, kto będzie znacznie prostszy, bezproblemowy i tak zwyczajnie – radosny życiowo, jak wiele osób myśli o mnie.

Gdy jednak spotkałem taką kobietę okazało się, że ona nie potrafi „tak rozpaczliwie obejmować przez sen”. Że brakuje mi w niej emocji, które mógłbym przyjmować od

niej, dodawać swoje i oddawać w zabójczej mieszance, która

 jak kilka kolejek Long Island Ice Tea powalałaby ich oboje na ziemię. Najwyraźniej ich siła, dojrzałość i intensywność, biorą się w jakiejś mierze z egzystencjalnych problemów, z ich roztrząsania w sobie. Ich brak, brak myślenia siebie, także krytycznie, może sprawiać, że ludzie nie znają i nie potrafią tworzyć tych emocji. I, choć próbowałem obudzić je w tej radosnej kobiecie, którą poznałem, na nic się to zdało i czułem się przy niej, jakbyśmy rozmawiali tylko o pogodzie. Zacząłem mieć wyrzuty sumienia, że zbyt wiele od niej oczekuję i zbyt intensywnie analizuję każde jej słowo i gest doszukując się w nich drugiego dna, inteligentnie przekazanych emocji, których… jednak nie było.

Postanowiłem oddalić się. Nie tylko od niej, ale w ogóle od damsko-męskich relacji. Nie pierwszy raz zresztą. Zacząłem rozumieć, że to nie z tymi kobietami było coś nie tak, tylko stworzyłem potrzeby niemożliwe do spełnienia, bo wykluczające się nawzajem. Jaki wpływ na to miała kultura? Które wzorce skierowały mnie na drogę człowieka niepotrafiącego zbudować trwałej relacji? Może to dlatego, że dorastałem na przegadanym i wyidealizowanym „Dawson’s Creek”, a jednocześnie wielbiłem twórczość Nicka Cave’a i Toola?

Choć czasami czuję się samotny, to potrafię zapanować nad tym uczuciem i na co dzień czuję się dobrze, bardzo dobrze. Może jest to możliwe i wystarczy odciąć się od „myślenia siebie”, po prostu żyć zamiast myśleć o tym jak żyję?

Jak większość z nas chciałbym zakochać się, tak bardzo intensywnie jak mi się już zdarzało, ale nie muszę. Zwłaszcza, że kończenie z nieracjonalnych przyczyn każdego związku, w którym byłem, zawsze odbierało mi część poczucia, że jestem dobrym człowiekiem. Bardzo chcę nim pozostać.

O uśmiechaniu się do nieznajomych i „rogalu” na twarzy Gąski

Często bez powodu uśmiecham się do nieznajomych. Może robię to dlatego, bo całkiem nieźle wychodzi mi bycie szczęśliwym człowiekiem, albo po prostu… mam trochę nie po kolei w głowie. Tak czy inaczej jest to przypadłość na tyle rzadko spotykana, że mogę tylko domyślać się, co chodzi po głowach osób, które mijam:

– Co ten gość brał? – Jakiś stuknięty typ. – Czy ja go w ogóle znam? – Z czego on się tak cieszy? – Zrobiłam coś zabawnego? – Chyba mu się podobam.

Ludzie, do których się uśmiecham czasami mnie ignorują, ale częściej odpowiadają uśmiechem. Najbardziej przechlapane mają rowerzystki, które mijam na Otto Blau, bo gdy jeżdżę rowerem, zwykle aż kipi ze mnie radość, energia i dobre samopoczucie, ale to już temat na inny monolog.

Gdy po raz pierwszy spotkałem Martę zwaną Gąską wręcz uderzyła mnie jej pozytywna energia. Od razu wiedziałem, że to nie jest nasze ostatnie spotkanie, jednak dopiero rok później udało nam się wybrać na wycieczkę rowerową, podczas której w kilka minut powstała spontaniczna, jesienna seria zdjęć. Poznajcie Gąskę i jej zaraźliwy, czarujący uśmiech:

Processed with VSCOcam with e8 preset

Processed with VSCOcam with e8 preset

Processed with VSCOcam with e8 preset

Processed with VSCOcam with e8 preset

Processed with VSCOcam with e8 preset

Processed with VSCOcam with e8 preset

Processed with VSCOcam with e8 preset

Processed with VSCOcam with e8 preset

Processed with VSCOcam with e8 preset

Processed with VSCOcam with e8 preset

Processed with VSCOcam with e8 preset

Processed with VSCOcam with e8 preset

Processed with VSCOcam with e8 preset

Processed with VSCOcam with e8 preset
Processed with VSCOcam with e8 preset

Processed with VSCOcam with e8 preset

Oprócz tego, że ta naturalna dziewczyna ma w sobie mnóstwo pozytywnej energii, słucha też niezłej muzyki, jeździ na rowerze i robi to z niesamowitą radością! Zobaczcie sami:

Może powiecie, że jestem naiwny, ale jestem przekonany, że gdybyśmy spotykali na co dzień więcej tak pozytywnych i serdecznie nastawionych ludzi to wszyscy czulibyśmy się szczęśliwsi i tego nam – zupełnie bez okazji – życzę :-)

Mój pierwszy raz w Tatrach

Do Zakopanego po raz pierwszy trafiłem 5 lat temu. Wtedy pogoda nam nie dopisała i spontanicznie wyruszyliśmy do Pragi. W sobotę 26 września 2014 r. historia miała się powtórzyć, bo już w Kuźnicach przywitał nas deszcz.

kolejka na Kasprowy Wierch

Gdy wjeżdżaliśmy kolejką na Kasprowy Wierch było tylko gorzej – zamiast pięknych widoków, za szybą roztaczała się biała, gęsta mgła.

kolejka na Kasprowy Wierch

fot. Zbyszek Łokaj

Koniec trasy przywitał nas śnieżycą. Nieco zniechęceni usiedliśmy w lokalu, podładowywaliśmy baterie i zastanawialiśmy się co dalej.

Kasprowy Wierch - tabliczka 1987 m n.p.m.

Postanowiliśmy głosować. Miałem twarde, racjonalne argumenty za tym, aby zostać i czekać na lepszą pogodę:

  • moje zerowe doświadczenie w górach (umówmy się – Bieszczady to nie góry ;-) )
  • moje niewyleczone do końca zwichnięcie stopy
  • brak jakiegokolwiek profesjonalnego ekwipunku (nie licząc plecaka, ale o tym później)
  • „perspektywa zera zachwytów” – widoczność ok. 50 m pozwalała oglądać tylko kamienie pod nogami

Zbyszek i Paweł byli znacznie bardziej wyluzowani:

  • „- Damy radę!”
  • „- Kto, jak nie my?!”
  • „- Nie pękaj, bro!”

Przegrałem w głosach 2:1. „Fuck it! Idziemy!”

Wychodząc z punktu turystycznego na Kasprowym Wierchu, napiliśmy się z przypadkowo spotkanymi turystkami Zbyszkowej wiśniówki domowej roboty i ruszyliśmy w drogę na Świnicę. Miałem dopiero się przekonać co to dla nas oznacza.

Po 30-minutowym, monotonnym marszu w śniegu, ciągle w dobrych humorach podążaliśmy czerwonym szlakiem wzdłuż granicy polsko-słowackiej.

fot. Zbyszek Łokaj

fot. Zbyszek Łokaj

Nasze buty bardzo szybko przemokły. Po minięciu przełęczy Liliowe teren stawał się coraz bardziej wymagający. Nie widziałem kamieni pod śniegiem, więc co jakiś czas ześlizgiwałem się z nich, a lewa stopa przypominała mi, że jeszcze powinienem ją oszczędzać. Paweł i Zbyszek nadali marszowi szybkie tempo. Gdy straciłem ich z oczu, pierwszy raz pomyślałem, aby zawrócić. Wiedziałem jednak, że samotny powrót w taką pogodę to jeszcze większe ryzyko. Przynajmniej tak mi się wydawało.

Co jakiś czas zatrzymywaliśmy się na chwilę. Oczywiście nie po to, aby podziwiać widoki. Przed wyjazdem chłopaki roztaczali przede mną wizję leżenia na górskiej polanie i picia wina w słońcu. Jak bardzo mnie oszukali! W praktyce, gdy choć na chwilę przestawał padać śnieg, wyglądało to tak (możecie kliknąć w „Zobacz w Mapach Google”, a potem obracać zdjęcie o 360 stopni za pomocą strzałek na klawiaturze):

Byłem już bardzo mocno zniechęcony, a teren sprawiał wrażenie coraz trudniejszego. Gdy do pójścia dalej zaczęło być konieczne podpieranie się rękami lub trzymanie łańcucha w marznących dłoniach, a wędrówka coraz bardziej przypominała wspinaczkę, zacząłem martwić się o nasze zdrowie i zastanawiać jakie mamy szanse na powrót w jednym kawałku.

Świnica

fot. Zbyszek Łokaj

Świnica

fot. Zbyszek Łokaj

To był istny koszmar i byłem trochę przestraszony, ale bardziej zły, że moja asertywność zawiodła i przystałem na bardzo nierozsądny pomysł pójścia w góry w taką pogodę. Zaciskałem zęby i myślałem o sposobach, na jakie będę mógł „zamordować” moich towarzyszy podróży, gdy uda nam się dotrzeć do schroniska ;-)

I wtedy stał się pierwszy cud.

Świnica

fot. Zbyszek Łokaj

Na trasie dogoniliśmy Martę i Tadka – niesamowicie pozytywnych podróżników, którzy wędrując w tak okrutnych warunkach, śmiali się, żartowali i widać było, że to nie jest ich pierwszy raz, są dobrze przygotowani i mają z tego mnóstwo radości. Czyli nie tylko my jesteśmy na tyle szaleni, aby w taką pogodę wychodzić w góry! Podróżnicy zatrzymali się z nami na wymianę trunków, powygłupialiśmy się, zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcia i to mi dodało otuchy. Dziękuję Wam!

Razem weszliśmy na Świnicę – jak się później dowiedziałem – jeden z bardziej wymagających szczytów w Tatrach (sic!).

http://marta-ulanska.blogspot.com/

fot. Marta Ulańska

fot. Marta Ulańska

fot. Marta Ulańska

fot. Marta Ulańska (http://marta-ulanska.blogspot.com/)

fot. Marta Ulańska

fot. Marta Ulańska (http://marta-ulanska.blogspot.com/)

fot. Marta Ulańska

 

Niech ten uśmiech Was nie zmyli. Choć w znacznie lepszym nastroju, to ciągle byłem wykończony, przemoknięty, obolały i martwiłem się o to, czy dotrzemy do schroniska w jednym kawałku.

Wtedy stał się drugi cud.

Schodząc ze Świnicy spotkaliśmy na jednym ze stromych przejść przerażoną parę turystów. Ona – drżąca i zapłakana, sparaliżowana strachem, nie mogła ruszyć się ani do przodu, ani do tyłu. On – również nieźle przestraszony, ale stara się z marnym skutkiem jakoś ją uspokoić. Czekają, aż dotrą do nich ratownicy TOPR, po których wcześniej zadzwonili. Widząc beznadziejność sytuacji, wszyscy zaczęli z serdecznością uspokajać i pocieszać biedaków. Nawet ja – do tej pory – delikatnie mówiąc – mocno zaniepokojony sytuacją, rozluźniłem się i jakby automatycznie poczułem, że nie mogę pokazać, że widzę dla nas zagrożenie – zacząłem pewnym siebie głosem żartować razem z resztą i z uśmiechem na ustach zgrywać doświadczonego taternika.

Marta założyła dziewczynie swoją uprząż, którą była połączona z Tadkiem i zaczęliśmy powoli schodzić w dół. Niedługo później dotarli do nas ratownicy TOPR i przejęli nierozsądną parę. Wkrótce z żalem rozstaliśmy się także z Martą i Tadkiem – uścisnęliśmy się na pożegnanie i nasze drogi się rozdzieliły.

Tatry dolina

fot. Zbyszek Łokaj

Ze Zbyszkiem i Pawłem, wykończeni i przemoknięci od stóp do głów, ale cali i zdrowi dotarliśmy do schroniska w Dolinie Pięciu Stawów. I to był trzeci cud.

Na miejscu okazało się, że tylko mój rowerowy plecak przetrwał test na wodoodporność (Ortlieb Velocity – polecam!). Zbyszka zapasowe spodnie były przemoczone prawie jak te, które miał na sobie. Niestety, mimo że wszystko w moim plecaku było suche, to swoje zapasowe spodnie zostawiłem… w samochodzie w Zakopanem. I tak oto pośród brodatych turystów górskich i twardych turystek, których spotkaliśmy w schronisku, Zbyszek paradował w rajstopo-getrach, a ja w bluzie przewiązanej wokół pasa, która wyglądała jak spódnica. Gender pełną gębą!

Byłem wykończony i wstydziłem się wstać z miejsca, bo – co tu dużo mówić – nóg nie mam najlepszych ;-) Jakiś gitarowy maestro przygrywał stare hity, a rezydenci śpiewali razem z nim i bawili się w najlepsze. Zbyszek jak zawsze super wyluzowany – spał z głową na stole, co jakiś czas budził się i nie otwierając oczu brał łyka stojącego przed nim piwa, po czym dalej szedł spać, a ja i Paweł kończyliśmy wiśniówkę marząc już tylko o tym, aby zasnąć na brudnej podłodze.

schronisko w Dolinie Pięciu Stawów

Gdy obudziłem się rano, ubrałem się (jak bardzo można tęsknić za spodniami!), zszedłem po śniadanie i kubek kawy i postanowiłem zjeść na zewnątrz. Wyszedłem przed schronisko i zobaczyłem to:

Dolina Pięciu Stawów

Dolina Pięciu Stawów

Usiadłem i nie mogąc uwierzyć w ten zapierający dech w piersiach widok, siedziałem w błogiej ciszy bardzo długo. Koszmar poprzedniego dnia zniknął jak ręką odjął, śniadanie i kawa smakowały jak najlepsze na świecie i czułem się absolutnie szczęśliwy. Wiecie co? Życie jest piękne! :-)

Tatry

fot. Zbyszek Łokaj

Ten i następny dzień były już tylko (aż!) niesamowicie przyjemnym wędrowaniem pełnym zachwytu polskimi górami.

szlak przy PTTK Muranowiec

Małe podsumowanie:

  • nigdy nie wychodź w góry w kiepską pogodę, jeśli nie jesteś absolutnie pewny że wiesz, co robisz
  • zapasowe ubranie, naprawdę wodoodporny plecak i porządne buty to „must have” w górach, przynajmniej, gdy jest jakakolwiek szansa na opady
  • nie taszcz ze sobą lustrzanki, zamiast tego weź telefon z porządnym aparatem (wszystkie zdjęcia i film zrobiłem iPhonem 5, Nikona D90 praktycznie nie używałem)
  • jeśli chcesz oszczędzić baterię w telefonie, używaj  „trybu samolotowego” – pozwolił mi cały dzień robić zdjęcia i kręcić filmy na jednym ładowaniu
  • zajrzyjcie na stronę podróżniczki Marty, którą spotkaliśmy na szlaku (piękne zdjęcia z wypraw!)
  • Tatry są absolutnie urzekające. Dla mnie to była miłość od pierwszego drugiego wejrzenia. W przyszłym roku wracam na dłużej!

Na koniec jeszcze jedno zdjęcie sferyczne, które jest już w Mapach Google i choć odrobinę oddaje to, co w Tatrach zastałem. Tak jak wcześniej możecie kliknąć w „Zobacz w Mapach Google”, a potem obracać zdjęcie o 360 stopni za pomocą strzałek na klawiaturze:

Więcej zdjęć sferycznych, nie tylko z tego wyjazdu, znajdziecie na mojej stronie w Google.

Mały niedźwiadek przestaje być noworodkiem

Niedawno opublikowałem zdjęcia Tiny będącej w ostatnim etapie ciąży oraz krótkie wideo przedstawiające światu nowo narodzonego Alka. Tymczasem właśnie mija miesiąc od pojawienia się na świecie mojego siostrzeńca, co oznacza, że w jego życiu oficjalnie kończy się tzw. okres noworodkowy. Świąteczne odwiedziny domu rodzinnego były świetną okazją do uwiecznienia tego symbolicznego momentu na zdjęciach. Proszę Państwa, oto z pozdrowieniami od dumnego wujka i rodziców – Alek vel Mały Niedźwiadek i kilka z jego rozbrajających min :)

by arturgrabias.com

by arturgrabias.com

by arturgrabias.com

by arturgrabias.com

by arturgrabias.com

by arturgrabias.com

by arturgrabias.com

by arturgrabias.com

by arturgrabias.com

by arturgrabias.com

by arturgrabias.com

by arturgrabias.com

by arturgrabias.com

Wesołych Świąt! :))

Pocztówka dla Mi, czyli urodzinowe niekartony

Motyw przekazywania informacji za pomocą słów wypisanych na papierowych kartonach pojawił się już w przynajmniej kilku tworach kulturowych. Jednym z pierwszych był teledysk do „Subterranean Homesick Blues” Boba Dylana, a niedawno motyw ten odżył i spowodował szum w sieci za sprawą Podróżnickich „walczących” za pomocą kartonów z jednym z operatorów. Ja jednak, jako miłośnik nowych technologii nie mogłem się powstrzymać i na swoje potrzeby nieco zmodyfikowałem ten pomysł – w przeddzień ery tabletów, zamiast kartonów wykorzystałem… iPada. Zapraszam na krótki film urodzinowy przygotowany dla Mi:


Obchodzącej dziś urodziny Mi jeszcze raz życzę samych dobroci, a Pawłowi, Moni, Anie i Zosi dziękuję za mentalne wsparcie i cenne sugestie podczas realizacji pomysłu :-)

Wielkie, niebieskie oczy Agni

Możliwe, że Agnieszka jest największą znaną mi fanką Krzysztofa Kamila Baczyńskiego oraz największą miłośniczką twórczości Marcina Świetlickiego i Oscara Wilde’a. Gdyby żył Nietzsche, to niewątpliwie jarałby się faktem, że ma tak zdolną i piękną uczennicę.

fot. arturgrabias.com

fot. arturgrabias.com

fot. arturgrabias.com

fot. arturgrabias.com

fot. arturgrabias.com

Bohaterka dzisiejszych zdjęć jest jedną z najbardziej racjonalnych i inteligentnych osób jakie znam. To chyba jedyna znana mi na co dzień osoba, która godzinami potrafi prowadzić inspirujące dyskusje o filozofii, społeczeństwie, literaturze, kulturze… i przy której trzeba mieć się na baczności, bo jeden błąd logiczny w dyskusji niechybnie wykorzysta by powalić nas na łopatki ;-) Przy tym Agnieszka nie straciła ani grama z wrażliwości i słowo pisane, muzykę, obraz – potrafi odbierać całą sobą, choć to drobniutka kobietka jest ;-)

fot. arturgrabias.com

fot. arturgrabias.com

fot. arturgrabias.com

fot. arturgrabias.com

Agni ma fioła na punkcie nauki, a literki pochłania w mgnieniu oka. Właśnie kończy ostatni etap studiów przed doktoratem i jestem przekonany, że mimo, iż jest bardzo sympatyczną kobietą to będzie kiedyś z absolutną surowością maltretować kochających się w niej studentów ;-)

fot. arturgrabias.com

fot. arturgrabias.com

Poznaliśmy się, gdy mieszkałem jeszcze w Lublinie. Z całą pewnością mogę powiedzieć, że znamy się dobrze i długo i chyba właśnie dzięki masie wspólnych doświadczeń Agnieszka rozumie mnie tak dobrze, że jest niemal idealnym przyjacielem „do kieliszka”. „Niemal” tylko dlatego, że lubi gadać o polityce, której ja nie znoszę ;-)

fot. arturgrabias.com

Czekając na Alka, czyli Tina w ostatnim miesiącu ciąży

Pod koniec marca w swoim profilu na Facebooku zamieściłem zdjęcie maleńkiej, jasnej kropki:

Od badania USG, podczas którego zostało zrobione to zdjęcie minęło wiele tygodni i ten maleńki pływak ma już nawet wybrane najlepsze imię. Mój ulubiony i póki co jedyny i nienarodzony jeszcze siostrzeniec Alek (Aleksander) jest już wielokrotnie większy od tej małej kropki. Jego mama – Tina, planuje urodzić go lada moment – na początku listopada, jednak jak wiadomo ostateczna decyzja i tak należy do Alka :-) Kilka dni temu odwiedziłem ich obydwoje i korzystając z okazji, mimo niesprzyjających warunków (kiepskie oświetlenie, zastane nienajlepsze tło) zrobiłem im kilka spontanicznych zdjęć. Oto przyszła mama!

Prawda, że przyszła mama jest prześliczna, a brzusio ogromny? Osobiście nie mogę się na nich napatrzeć i zachodzę w głowę jak to możliwe, że z tak wielkim… hm… „utrudnieniem” przed nosem Tina porusza się niemal zupełnie normalnie i ma znacznie więcej energii niż śpiący obok podczas tej mini sesji tata Alka – Grześ. Trzymajcie ze mną kciuki, aby wszystko poszło dobrze i aby debiut porodowy poszedł Tinie możliwie gładko. To już za chwilę!
dumny wujek Art

 

update:

„Alkowi się nie śpieszy, on ma czas. tak ostatnio stwierdził Grześ. W sumie ma to po tatusiu, bo Grześkowi też się nigdy nie śpieszy. ja jestem typową kobietą chcę mieć coś już tu i teraz ;)”

No i ma. No i wszyscy mamy. 24 listopada Tina aka Najdzielniejsza Z Ludzi urodziła Alka. Najfajniejszy z facetów jest cały i zdrowy. Witaj, Młody Człowieku! Wkrótce Mama i Tata pokażą Ci świat. Niech będzie Ci na nim dobrze!

Eloise w magicznych odcieniach szarości

„To, co wielu ludzi nazywa kochaniem, polega na wybraniu jakiejś kobiety i ożenieniu się z nią. Wybierają ją! – przysięgam ci, sam widziałem. Tak jakby w miłości mogło się wybierać, tak jakby to nie był piorun, który strzela w ciebie i zostawia cię zwęglonego na środku patio. Powiedz, że wybierają, bo je kochają, ja myślę, że jest na odwrót. Nie wybiera się Beatryczy. Nie wybiera się Julii. Nie wybierasz ulewy, która zmoczy cię do suchej nitki, gdy wracasz z koncertu.”

„Gra w klasy” Julio Cortazara to jedna z książek, które z Eloise kojarzą mi się najbardziej. Z tą Eloise, którą znałem na przełomie 2007/2008 r., z którego również pochodzą poniższe fotografie. Prawie wszystkie z analogowej Prakticy.

20120916-115651.jpg

20120916-115707.jpg

20120916-115724.jpg

20120916-115809.jpg

20120916-115821.jpg

Zabawy w skojarzenia ciąg dalszy:

Poświatowska. Listy pisane odręcznie, schowane gdzieś w zielonym pudełku. „Zrób ze mną coś swojego” Leguta i czarna świnka goniąca ludzi na rynku w Bytomiu. Śląsk. Uliczki i kawiarnie Paryża. Magiczny Kraków i baldachim w wynajętym mieszkaniu. Pociągi relacji Lublin – Katowice. „Krótkie godziny szczęścia i długie godziny marzeń.” Śniadania na parapecie. Pado kolubię. Calineczkowe 156 cm i Mama baletnica. Na półce książki napisane przez Tatę. Płyta „Happiness is easy”. Marysia Peszek w deszczu maleńkich żółtych kwiatów. Múm i ich fortepianowa mapa. „The Million Dollar Hotel”. OFF Festival jeszcze w Mysłowicach. Lenny Valentino. Louis Armstrong. Street Art i sztuka w niemal każdym wydaniu. Sympatyczna, merdająca ogonem „beczka” w małym pokoju na wielkim łóżku z IKEI lub pod nim. Pianino, którego nigdy nie usłyszałem i Yann Tiersen. „Amelia”. „Harfa traw” i – w końcu – „krótka piosenka o rozstaniu”.

20120916-115833.jpg

20120916-115845.jpg

20120916-115858.jpg

20120916-115906.jpg

20120916-115917.jpg

20120916-115923.jpg

20120916-115930.jpg

Lublin – Zakopane – Praga

Na początku sierpnia 2009 r. razem ze Zbyszkiem i Sławkiem wybraliśmy się z Lublina do Zakopanego. Już na miejscu dołączyła do nas Angelika. Niestety tuż po przyjeździe okazało się, że pogoda – delikatnie mówiąc – nie rozpieszcza nas. Leje. Prognoza na najbliższe dni nie przedstawiała nawet jednego promyka słońca (kto by tam sprawdzał to przed wyjazdem). Nie byliśmy przygotowani na bieganie po Tatrach w takich warunkach, zwłaszcza, że Sławek zgrywał twardziela biorąc ze sobą tylko adidasy i… klapki. Siedząc w barze myśleliśmy, że kolejne dni spędzimy na oglądaniu gór „w cywilu”, czyli w telewizorze lub w najlepszym wypadku z poziomu uliczek Zakopanego.
(wybaczcie obciachowe podpisy na zdjęciach z adresem starej strony, nie mogłem znaleźć oryginalnych plików :-) )

fot. arturgrabias.com

Zakopane

Zakopane

Siedzenie w barze przy piwie nie było szczytem naszych wyjazdowych marzeń, za to najwyraźniej pozytywnie wpływało na kreatywność, bo wpadliśmy na pomysł wyjazdu do… czeskiej Pragi. Bo „przecież to tak blisko” i „skoro już jesteśmy w Zako…”.  Szybko sprawdziliśmy możliwe opcje dotarcia na miejsce przy ograniczonym budżecie i na spontaniczną wycieczkę namówiliśmy jeszcze Dominikę, z którą spotkaliśmy się w Krakowie. Z dawnej stolicy przejechaliśmy rozklekotanym busem do Cieszyna, w którym przekroczyliśmy granicę z Czechami.

Cieszyn

Stamtąd czekała nas podróż pociągiem wprost  do Pragi. Wcześniej dziwni ludzie i podejrzany klimat na dworcu nocą, gdzie najzwyczajniej w świecie bałem się wyciągnąć aparat i do męczenia współtowarzyszy pstrykaniem wróciłem dopiero w pociągu, w którym Domczaska i Sławek próbowali spać, podczas gdy Zbyszek i Angelika tradycyjnie już wygłupiali się.

fot. arturgrabias.com

fot. arturgrabias.com

fot. arturgrabias.com

fot. arturgrabias.com

fot. arturgrabias.com

fot. arturgrabias.com

fot. arturgrabias.com

Gdy dotarliśmy na miejsce, zmęczeni podróżą zaczęliśmy wojaże po Pradze w poszukiwaniu noclegu. Nie pamiętam już czy nie udało nam się nic znaleźć czy może z innych przyczyn zrezygnowaliśmy z zostania na noc w stolicy Czech. Pamiętam za to włóczęgę zupełnie po omacku po mieście, w której nie towarzyszył nam Sławek, bo biedaczek zatruł się jakąś kupioną po drodze konserwą. A Zbyszek ostrzegał: kupuj rybę, a nie świnię! ;-)

fot. arturgrabias.com

Praga

Praga - Alfons Mucha, Salvador Dali

Praga

Praga

fot. arturgrabias.com

fot. arturgrabias.com

Praga

Praga

fot. arturgrabias.com

Praga

Praga

fot. arturgrabias.com

fot. arturgrabias.com

Praga

Pociąg powrotny mieliśmy ok. 2 w nocy. Wykończeni byliśmy na praskim dworcu już ok. 23:00 i marzyliśmy, a przynajmniej niektórzy z nas o własnym łóżku i spokojnym śnie. Tymczasem ok. północy ku naszemu zaskoczeniu wyproszono nas z dworca ze względu na przerwę techniczną, więc razem z innymi podróżnymi, a także miejscowymi bezdomnymi rozbiliśmy się na trawniku przed dworcem drzemiąc na zmianę i co jakiś czas czując unoszący się w powietrzu zapach palonej marihuany, przez który można byłoby pomyśleć, że trafiliśmy do zupełnie innego miasta europejskiego… :-)

Dworzec w Pradze

Wyjeżdżając obiecywałem sobie, że wrócę do tego pięknego miasta, ale wtedy będę już znacznie lepiej zorganizowany. Może już czas spełnić tę obietnicę?