Artur Grabias

– Enthusiastic Explorer –

„Black mirror”. Co nam zrobisz, nowoczesny świecie?

black mirror

Choć wg opisu producenta historie przedstawiane w „Black Mirror” umiejscowione są w przyszłości, to niektóre mogłyby zdarzyć się już dziś, a pozostałe w przyszłości wcale nie tak odległej, jak mogłoby się to w pierwszej chwili wydawać. To właśnie jest najbardziej niepokojące, przecież już każdy z nas na co dzień spotyka się z tytułowym „czarnym lustrem”…

„If technology is a drug – and it does feel like a drug – then what, precisely, are the side-effects? This area – between delight and discomfort – is where Black Mirror, my new drama series, is set. The „black mirror” of the title is the one you’ll find on every wall, on every desk, in the palm of every hand: the cold, shiny screen of a TV, a monitor, a smartphone.”

Każdy odcinek tego brytyjskiego mini-serialu, który w 2012 r. otrzymał statuetkę Emi w kategorii „najlepszy mini serial” posiada innych bohaterów i integralną fabułę. Łączy je to, że przedstawiają potencjalny i ukazany w przyszłości, wyolbrzymiony (czy aby na pewno?) wpływ nowych technologii i „społecznego internetu” na wybrany aspekt życia społecznego. W serialu znajdziemy wątki o sile współczesnych mediów i reklamy, globalnej komunikacji w social mediach, samotności w cyberświecie, o zachwianym, współczesnym postrzeganiu sztuki, ogłupianiu ludzi w masowych, nie tylko telewizyjnych przekazach nieadekwatnymi do ludzkich wartościami i regułami, o grywalizacji wdrożonej w niemal wszystkie aspekty codzienności, relacjach damsko-męskich w dobie „Wielkiego Brata”, o zastępowaniu bliskich nam ludzi sztuczną inteligencją i o produkowaniu tylko dla konsumpcji (trudno nie dostrzec nawiązań do „Podziemnego kręgu” Palahniuka).

Całość utrzymana jest w świetnym, psychologicznym klimacie i oglądając niemal czuje się w sobie okrutne wyobcowanie w świecie, w którym znaleźli się bohaterowie. To serial nie tylko dla fanów „Roku 1984” Orwella. To pozycja absolutnie obowiązkowa dla miłośników nowych technologii będących także fascynatami zmian w społeczeństwie informacyjnym. Na pewno zainteresuje także badaczy zachowań tłumu (m.in. w ujęciu Le Bona), obserwatorów współczesnych mediów i komunikacji społecznej, a także osoby wyłącznie interesujące się nowinkami technicznymi. Poza tym to po prostu dobry thriller :)

To serial zdecydowanie godny polecenia, dla mnie – fenomenalny, chwilami wstrząsający i dawno nie oglądałem czegoś tak dobrego. Ze względu na specyficzną realizację serialu oraz jego nieco geekową tematykę – z pewnością nie wszystkim się spodoba, ale mimo to – polecam.

Do dziś premierę miały 2 serie mające tylko po 3 odcinki i niedawno zakończyła się emisja drugiej serii. Odcinki były emitowane w HBO i część z nich jest obecnie dostępna w HBO GO. Pozostałe można znaleźć już chyba tylko w „internetowej wypożyczalni”… Wszystkim, którzy przymierzają się do obejrzenia życzę niesamowitych wrażeń!

update:
Osobom, którym bliska jest tematyka serialu z pewnością spodoba się film pełnometrażowy „Ona” z 2013 r. Trudno nie mieć wrażenia, że fabuła tego filmu czerpie z jednego z odcinków „Black Mirror” :)

Efektywność kampanii na Facebooku – o tym dlaczego powinniśmy mierzyć ją inaczej

Kilka dni temu w polskim światku social mediowym zagotowało się od dyskusji z Erykiem „Twitterem” Mistewiczem, który swoim artykułem „włożył kij w mrowisko” oskarżając agencje socialowe, prowadzące strony na Facebooku o sprzedawanie firmom ściemy uzasadnianej złożonym ROI. Te „kalekie” oskarżenia szybko doczekały się mniej lub bardziej merytorycznych odpowiedzi nawiązujących do efektywności kampanii na Facebooku.

O ile w moim odczuciu artykuł Eryka Mistewicza był marną i niezbyt merytoryczną prowokacją to dostrzegam inny problem, który w obliczu działania EdgeRank nabiera szerszego wymiaru i zaczynam zastanawiać się, czy aby Eryk Mistewicz nie miał częściowo (i niechcący) racji pisząc o oszukiwaniu firm przez agencje socialowe.

Przechodząc do sedna: coraz częściej niepokoi mnie i irytuje sposób liczenia skuteczności fanpage’y i efektywności akcji promocyjnych na Facebooku. Obecnie (upraszczając) podstawowym ich wyznacznikiem jest liczba fanów oraz ich aktywność. Co do gromadzenia fanów, jeśli chodzi o większe firmy nie mam znacznych zastrzeżeń. Zaczynam jednak dostrzegać spory problem w zdobywaniu ich aktywności. Mam wrażenie, że na wielu znanych mi i najbardziej docenianych (w statystykach facebookowych) fanpage’y przeważają posty ledwie ocierające się o tematykę danej strony. W celu produkowania aktywności fanów administratorzy stron uciekają się do zamieszczania postów z d… typu „jaka u was pogoda?” czy innych okropności pokroju „kto tak jak my nie lubi poniedziałków ręka do góry!”. W moim odczuciu treści tego typu nie przedstawiają żadnej wartości, a mają jedynie nabijać aktywność. Gdy pojawiają się w moim feedzie, a jest to niestety częste, czuję się autentycznie zażenowany i traktowany jak kretyn.

Z jednej strony rozumiem agencje socialowe, bo przecież muszą pokazać firmie, która im płaci, wypasione statystyki będące obecnie standardem w social media, na których aktywność fanów jest na mega wysokim poziomie i wyróżnia się na tle konkurencji, ale przecież nie o to chodzi w komunikowaniu marki przez social media, prawda? Przecież strony marek na Facebooku powinny zamieszczać treści stricte związane z marką i jej produktami, powinny rozwijać postrzeganie marki, budować świetną obsługę klienta i powodować chęć do dyskusji o tejże marce, a nie o pogodzie za oknem.

Niestety w obliczu obecnego sposobu rozliczania skuteczności działań promocyjnych na Facebooku, niczym przez kiepsko zdefiniowane wskaźniki korporacyjne dochodzi do sytuacji, w której administratorzy stron walczą nie o cel firmy, dla której pracują, a o zapewnienie niewiele wartych, wysokich statystyk, które zrobią wrażenie na niezbyt rozumiejącym social kliencie i tworzą sztuczną efektywność kampanii na Facebooku. Problem powiększa niestety sam Facebook, który wprowadzeniem EdgeRanku zmusza do budowania aktywności fanów za wszelką cenę.

Podsumowując: wydaje się, że statystyki coraz bardziej przysłaniają komunikację, która przecież powinna pełnić w social mediach najistotniejszą rolę. Gdy widzę ranking „najlepszych” stron na Facebooku (mierzony zgodnie z obecnymi socialowymi standardami) nie jestem pewny, czy agencje administrujące tymi stronami rzeczywiście zgodnie z potrzebami swoich klientów najlepiej komunikują markę, czy może jedynie są świetne w wyciskaniu mało znaczących like’ów i komentarzy. Uważam, że światek social media potrzebuje nowego standardu mierzenia efektywności kampanii na Facebooku, który poprzez jakościowe badanie doświadczeń użytkowników weryfikowałby rzeczywiste postrzeganie marki, uaktywnianą sprzedaż i zaangażowanie, a nie ilościowe statystyki będące cyferkami, których firmy wcale nie potrzebują i to nie za nie chcą płacić. Mam wrażenie, że dla wielu to nie jest oczywiste.

Lubisz na podłodze? Ja lubię duże, jędrne i krągłe…

…pomidory, oczywiście.

Dlaczego o tym piszę? Bo codziennie w wypadkach samochodowych umiera na świecie 3 000 osób. Jak to się ma do dużych i krągłych pomidorów? Nijak, ale tekst mający kojarzyć się z seksualnością zainteresuje moich znajomych, będzie szokować i wywoła w sieci tzw. buzz.

To zamysł skierowanej do kobiet, międzynarodowej kampanii viralowej zorganizowanej przez fundację Susan G. Komen for the Cure. W swoich statusach na Facebooku kobiety odnotowują „gdzie lubią” świadomie nie dodając, że… chodzi o pozostawianie torebki po powrocie do domu. Powstają zatem wypowiedzi pokroju „Lubię na podłodze”, „Lubię na komodzie”, „Lubię na stole”, a nawet „Lubię na kołku od lustra”. Organizatorzy kampanii słusznie uważają, że tego typu wypowiedzi wzbudzą zainteresowanie. Niestety brakującym ogniwem jest niepowiązanie wspomnianych opisów z problematyką raka piersi: badaniami okresowymi, finansowaniem badań nad rakiem, pomocą chorym i ich rodzinom. Pojawia się pytanie: jak ma się „to, gdzie lubię zostawiać torebkę” do raka piersi? Nie można racjonalnie odpowiedzieć na to pytanie, bo związek z kobietami, których cechą są torebki i podatność na raka piersi to zdecydowanie za mało.

Szkoda, że fundacji zabrakło pomysłu (a może budżetu?) na powiązanie prowokujących statusów np. z linkiem do błyskotliwej strony traktującej o badaniach nad rakiem piersi lub interesującej aplikacji. Choć nie posiadam torebki, to mam teczkę i włączam się do zabawy, jak należałoby traktować tę nie do końca przemyślaną kampanię i oświadczam, że lubię na fotelu, parapet też jest „mru”, a tym tekstem świadomie przyczyniam się do narastania buzzu, bo przecież idea jest dobra, a i cel słuszny.

Update 6 września 2011 r.:
Mamy kolejną edycję. Tym razem centymetry i czas, np. „37 cm 15 min.”

„Drogie Panie i Panienki,

znowu nadszedł czas aby wzbudzać świadomość o raku piersi. Pamiętamy akcje z wcześniejszych lat, kiedy pisałyśmy na tablicy kolor biustonosza, czy też o miejscu, gdzie zwykle kładziemy w domu swoje torebki. W tym roku robimy coś innego. Na tablicy podajemy w cyfrach rozmiar swoich butów i dalej piszemy „cm” po czym dodajemy czas, jaki nam zajmuje zrobienie włosów/fryzury. Pamiętajmy, że w latach ubiegłych w akcji wzięło udział tak wiele kobiet, że nawet w dziennikach telewizyjnych, radiowych i prasie o tym mówiono. Ponawiajmy wpis na tablicy, aby przypomnieć wszystkim, dlaczego to robimy. Nie tłumaczmy żadnemu mężczyźnie, co nasz wpis oznacza. Niech się sami domyślają. Skopiuj tę wiadomość i wklej do skrzynek wszystkich swoich koleżanek/przyjaciółek. Zróbmy akcję większą, niż ubiegłoroczna.
Ja zrobiłam swoje… teraz kolej na Ciebie! Do dzieła … i pozwólmy sobie wywołać ponownie ciekawość panów i ich domysły!”

Czy ten pomysł już się nam nie przejadł? Czy nie jest nudny? Mam wrażenie, że dla wielu osób jest i bynajmniej nie będzie tak efektywny, jak w poprzednich „edycjach”. Susan G. Komen for the Cure dla utrzymania popularności przydałaby się świeża i równie ekspansywna akcja viralowa, czego tej organizacji oczywiście życzę.

Update 21 lutego 2013 r.:

hello
Niech ogony mają do myślenia ahahah…
Okay moje piękne panie. To o tej porze roku jeszcze raz ….koncentrujemy się na RAKU PIERSI!
Pamiętacie, w zeszłym roku? Kiedy w polu statusu, pisałyśmy jaki mamy kolor biustonosza?. W ubiegłym roku było tak wielkie zainteresowanie uczestników, że został wywołało to niezły szum
Takie ciągłe uaktualnianie statusu przypominało wszystkim, dlaczego to robimy i skupia uwagę na ważnym temacie.
Nie wolno Wam o tym powiedzieć żadnemu mężczyźnie. Niech sami zgadują.
A teraz do działania.
Proszę skopiujcie ten tekst i wyślijcie go do wszystkich
swoich znajomych koleżanek (jako prywatna wiadomość!).
Akcja: W polu statusu wpisujesz gdzie jedziesz i ile miesięcy Cię
nie będzie. Jest to już ustalone.
To gdzie jedziesz to miesiąc, w którym się urodziłaś a dzień miesiąca, w którym się urodziłaś oznacza liczbę miesięcy jak długo Cię nie będzie. Np. jeśli urodziłaś się 21 stycznia to wpisujesz: „Jadę do Meksyku, na 21 miesięcy.”
Wyślij tę wiadomość tylko do kobiet i zobaczymy ile szumu wywoła to w tym roku.
Styczeń – Meksyk
Luty – Londyn
Marzec – Miami
Kwiecień – Dominikana
Maj – Francja
Czerwiec – Petersburg
Lipiec – Austria
Sierpnia – Niemcy
Wrzesień – Nowy Jork
Październik – Amsterdam
Listopad – Las Vegas
Grudzień – Kolumbia
Naprzód! Pokaż, że Ci zależy!!!
przeczytaj to będziesz wiedzieć

French Connection – kampania reklamowa 2009/2010

Założona w 1972 r. brytyjska firma odzieżowa French Connection swoje kampanie reklamowe rozpoczęła niezbyt elegancko – od 1997 r. zaczęła znakować swoje wyroby słowem „fcuk”, będącym akronimem od „French Connection United Kingdom” i kojarzącym się z wulgarnym „fuck”. Na tym również opierała się kontrowersyjna kampania promocyjna, podczas której na T-shirtach drukowano hasła takie jak „fcuk this”, „hot as fcuk”, „lucky fcuk”, „fcuk on the beach” czy „fcuk off”. Skargi konsumentów spowodowane skojarzeniami z akronimem spowodowały jednak, że w 2006 r. marka przestała być promowana w dotychczasowy sposób i powrócono do komunikowania pełnej nazwy firmy, czyli French Connection.

Na przełomie 2009/2010 r. pojawiła się pierwsza po latach kampania tej firmy, a wraz z nią całkowite repozycjonowanie marki i zmiana docelowego odbiorcy na bardziej zamożnego i wymagającego klienta z młodej klasy średniej. Przygotowana przez agencję Fallon London komunikacja w formie spotów wideo, a także fotografii została skierowana zarówno do kobiet jak i do mężczyzn.

Seria przygotowywanych w tym samym klimacie filmów w odcieniach szarości przedstawia „kwintesencję kobiety i mężczyzny” i podzielona jest na filmy prezentujące zawsze tego samego modela lub tę samą modelkę. Do tej pory w kampaniach na tym rynku panował schemat męskiego modela, który był albo zniewieściałym, idealnie ogolonym chłopcem albo niecodziennie przystojnym brunetem – amantem z dwudniowym zarostem. Czy nie macie wrażenia, że reklamy produktów dla mężczyzn najczęściej nie są do nich kierowane? Czy agencje poddają się stereotypowi, według którego mężczyźni nie dbają o własny wygląd i należy kierować reklamy do ich partnerek albo… matek? A może dopiero teraz, ze względu na powiększającą się grupę singli i częstsze przywiązywanie uwagi do własnego wyglądu także przez mężczyzn producenci zmuszani są do zmiany strategii i kierowania komunikacji bezpośrednio do „płci brzydkiej”? Kampania French Connection z końca 2009 r. była ogromnym zaskoczeniem, gdyż męski model tej marki jest zupełnie inny – wygląda jak „rasowy przedstawiciel paryskiej bohemy artystycznej – z obfitą brodą, długimi włosami i nieco chmurnym obliczem”.

Z kolei „the woman of all women”, czyli kobieta w kampanii reklamowej French Connection jest delikatna, piękna, zamyślona, czasami egocentryczna ale absolutnie urocza i romantyczna.

Kanałami komunikowania kampanii były telewizja, prasa, outdoor oraz oczywiście strony w portalu społecznościowym Facebook (French Connection Man oraz French Connection Woman), a także profil w portalu YouTube. Spoty były emitowane także w kinach – materiały przedstawiające kobietę pojawiały się przed typowo kobiecymi filmami, a emisja spotów przedstawiających mężczyznę odbywała się przed „męskimi seansami”. Przed filmami nie skierowanymi wyraźnie do odbiorców konkretnej płci prezentowane były oba typy spotów. Kampania wykorzystuje specyficzny, nieco archaiczny, staranny język, nieużywany na co dzień. Przedstawiając stereotypowe czy też tradycyjnie postrzegane postaci kobiety i mężczyzny copywriterzy nie starają się, jak to zwykle bywa budować przekaz na prostych komunikatach, aby dotrzeć do jak największej liczby osób. Zdecydowanie dali się ponieść zabawie słowami jednak nie przesadzili i zgrabnie operują niedopowiedzeniami brzmiącymi w połączeniu z obrazem niemal jak poezja. Prawie we wszystkich spotach pojawia się anglojęzyczny narrator, który spokojnym, niskim, dostojnym głosem z francuskim akcentem (nawiązanie do nazwy marki) całkowicie rekompensuje brak dominującej muzyki w tle i opisuje przedstawianą scenę, np.:

„The woman and the nature. Do they rearrange such things? How else to explain the blue of the coat with the brown of the leaves. Wind playing with hair and hem. Stars shining sequin, shadow shaping skirt. Trees in attendance with wind, the sun, and the woman amongst them. Forever waiting. Conspiring.”

„The woman and the coat spend the winter together. The coat enduring the cold. The woman enduring the men.”

„Where does the woman take us? The ballet? The disco-tech? It matters not.”

„The man. He feels like wolf. Sometimes pig. Mostly wolf. But what wolf can kung fu? Or foresee things… like the cold. See the man equips himself. Shirt. Trousers. Dog. Now the man can stride were he likes. And raise fist to the cold.”

“The man thinks that Calorie is the name of a woman he once… met.”

French Connection

 

 

Przekaz kampanii jest jasny: pojawiające się w narracji lub przedstawiane na zdjęciach i filmach detale odzieży kierują uwagę odbiorcy na ubiór modeli, a skoro „This is the woman” czy „This is the man” – rozpoczynający większość filmów przedstawia „prawdziwą kobietę” i „prawdziwego mężczyznę”, a spoty kończy logo marki to z pewnością mają oni na sobie ubrania French Connection. Grupa docelowa ma identyfikować się z tymi „prawdziwymi przedstawicielami płci”, a zatem i ubierać tak jak oni. Przywiązanie do szczegółów, niesamowicie magnetyczna atmosfera filmów, głębokie nawiązanie do legendarnego świata kultury, do którego aspiruje wiele osób z grupy docelowej, błyskotliwy, dowcipny język, operowanie niedopowiedzeniami i trafienie w czuły punkt odbiorców przesądziły o sukcesie kampanii. W pół roku po jej powstaniu nastąpiła jej kontynuacja. Nie było trudno operować na tak dobrym copy. Zmiany w nowych spotach to pojawienie się filmów w kolorze oraz bardziej dowcipny, choć ciągle błyskotliwy język narracji.

Oryginalność kampanii reklamowej French Connection dosłownie urzeka i gdyby marka ta była bardziej dostępna w Polsce, to po poznaniu tej kampanii, przy pierwszej potrzebie zaopatrzenia się w „okrycie wierzchnie” zapewne skierowałbym swoje kroki do sklepów sygnowanych tą marką, choćby z ciekawości. Jeśli przyjmiemy, że byłem „targetem” twórców kampanii to czyż nie świadczy to o jej wysokiej skuteczności? Na zakończenie zauważmy, że w przeciwieństwie do sytuacji jeszcze sprzed kilkunastu lat, nie dbający o siebie mężczyźni już bynajmniej nie są postrzegani jako „męscy”. Daleko mi również do popierania metroseksualizmu – przecież grunt to odpowiednie wyczucie, ale kampania French Connection z końca 2009 r. niech będzie dowodem na to, że można wyglądać jak mężczyzna jednocześnie wyglądając dobrze.

powrót


disclaimer: powyższy tekst napisałem będąc na pierwszym roku studiów. Wszelkie błędy nie były zamierzone ;-)
Źródła oraz fotografie:
Torin Douglas: Times called on FCUK posters; BBC News, 2001-04-04
http://www.frenchconnection.com
http://zapiskibrandmanagera.bloog.pl
http://www.youtube.com/user/frenchconnection
http://www.facebook.com/pages/French-Connection-Man/288762241251
http://www.facebook.com/pages/French-Connection/36004768305