Pojechaliśmy z Karoliną na jakieś totalne, nikomu nie znane odludzie, aby powłóczyć się po górach i oczyścić myśli. Takie Tatry, ale jak Bieszczady i to w marcu. Samochodem dało się dojechać tylko do lasu, więc wysiedliśmy na jego skraju i poszliśmy leśną ścieżką w kierunku, który wskazywał GPS. Wokół była gęsta, ciemna, jakby zanieczyszczona mgła. Oddychając mieliśmy wrażenie, że czujemy w ustach jej mleczno-gorzki smak. Choć na zegarku było około południa to wysokie jak bambusy drzewa zasłaniały skutecznie dostęp światła i dookoła panował półmrok. Atmosfera przyprawiała o dreszcze. Szliśmy w milczeniu. Z każdym krokiem roślinność zdawała się stawać coraz wyższa, a ścieżka węższa. Nie mówiliśmy o tym głośno, ale czuliśmy, że tylko kwestią czasu jest, gdy coś nas zaatakuje.

Odgłos szybkiego, równego biegu ciężkiego zwierzęcia słyszeliśmy już z daleka. Dudnienie było coraz głośniejsze. Zatrzymaliśmy marsz. Choć czułem, że serce bije we mnie coraz mocniej, bez słowa, spokojnie zdjąłem plecak i wyjąłem z niego nóż, odwróciłem się w kierunku odgłosów, a Karolina stanęła zaraz za mną. Wielki wilk wybiegł przed nas i w ułamku sekundy wyskoczył w górę na wysokość mojej głowy. Chwyciłem go za szyję i wbiłem szeroki nóż w jego brzuch tak mocno i bez wyczucia, że rękojeść, razem z moją dłonią weszła w jego ciało. Docisnąłem go do ziemi, dla pewności przekręcając ostrze jeszcze kilka razy. Położyłem na nim nogę i szybkim ruchem wyciągnąłem dłoń z jeszcze ciepłego truchła. Za ręką, niespodziewanie pociągnęły się wnętrzności zwierza wydając przy tym obrzydliwy odgłos bulgotania i odór trawionych resztek jedzenia. Zrobiłem kilka kroków w tył wstrzymując powietrze. Po chwili je wypuściłem i spod nosa wycedziłem ciche, soczyste „kurrrrwa”.

Popatrzyłem na Karolinę, która stała bez ruchu z obojętną miną, jakby nic się nie stało. Na jasnej bluzie, która zawsze kojarzyła mi się z amerykańskimi cheerleaderkami były poprzeczne plamy krwi, układem podobne do jednego z wcieleń Bowiego. Dopiero, gdy odwróciła głowę w moją stronę dostrzegłem, że krew zwierzęcia jest także na jej twarzy. Chyba ją poczuła, bo wyjęła z kieszeni jakiś skrawek materiału i starła ją. Była przy tym zupełnie niewzruszona, jak Rosamund Pike w jednej z ostatnich scen „Gone Girl”. Popatrzyła na mnie zimno, a jej wzrok pytał z wyrzutem „- Dlaczego nie idziemy dalej?”.

Wrzuciłem na siebie z powrotem plecak. Przebiegł po mnie dreszcz, gdy odchodząc spojrzałem jeszcze raz na poharatane zwierzę. Przyśpieszyłem kroku, aby dogonić Karolinę. Nie schowałem noża, a jedynie obróciłem jego rękojeść w drugą stronę, bo tak uczył mnie ojciec, gdy chodziliśmy razem na grzyby. Mówił, że dzięki temu, gdy się potknę to nie nadzieję się na niego. Wkrótce miałem mieć okazję przekonać się, że miał rację.

(…)

Według GPS, od wejścia do lasu do teraz pokonaliśmy idąc przez las, cały czas pod górę, już prawie 3 000 m. wysokości. Minęło wiele godzin, byliśmy wykończeni, ale wiedzieliśmy, że już prawie jesteśmy na miejscu. Zostawiliśmy za sobą trzy trupy, z których tylko pierwszy był stworzeniem, którego gatunek potrafiliśmy nazwać. Karolina, choć ciągle milcząca, wydawała się już bardziej pogodna, słyszałem jak nuci coś pod nosem, ale nie mogłem rozpoznać melodii. Nie wiedziała jeszcze, że wspiąłem się tutaj nie tylko po to, aby odpoczywać i oczyścić myśli. Miałem też spotkać tu kobietę znaną jako Zielarka, aby pomogła mi “nawrócić się”, cokolwiek to znaczy. Mówili, że jest starsza od wszystkich znanych im ludzi, ale w jakiś magiczny sposób wygląda na zaledwie pełnoletnią. Ponoć tylko jej mądre, niebieskie oczy zdradzają, że to złudzenie.

Doszliśmy do końca lasu. Stanęliśmy na szczycie pod kamienną, symboliczną bramą, a przed nami rozpościerał się widok na zupełnie inne miejsce – na wielką, jasną, zieloną polanę w dolinie, za którą znajdowały się rozsiane jak rozsypany mak zabudowania okolicznych domów, a nad nimi na całym horyzoncie – błękitne niebo. Zaproponowałem, abyśmy chwilę odpoczęli, nim pójdziemy dalej. Karolina uśmiechnęła się i skinęła głową. Wyjąłem wodę, podałem jej i zaczekałem, aż skończy pić. Potem sam wziąłem kilka tak głębokich łyków, że pewnie słychać mnie było nawet w lesie. Odrzuciłem plecak i nóż, położyłem się na plecach na trawie i wykończony, zadowolony zamknąłem oczy.

Zdaje się, że na chwilę przysnąłem, bo zdezorientowany usłyszałem nad sobą agresywne mruczenie jakiegoś wielkiego kota, zapewne czegoś podobnego do pumy lub równie groźnego i szybkiego. Siłą zostałem przywrócony do świadomości. Nie otwierałem oczu, tkwiłem bez ruchu, aby go nie sprowokować. Miałem wrażenie, że na podstawie wydawanych dźwięków już go zlokalizowałem i siedzi tuż nad nami, na kamiennej bramie, pod którą wcześniej przeszliśmy. Wydawało mi się, że serce bije mi już tak mocno, że dzikie zwierzę za chwilę je usłyszy i rzuci się na nas. Nie pamiętałem, w którą stronę odrzuciłem plecak i nóż. Jakby tego było mało, ziemia zaczęła pode mną drżeć. „- Czy tak zaczyna się trzęsienie ziemi?” – pomyślałem. Nie mając wyjścia i czasu do stracenia błyskawicznie otworzyłem oczy i pozostając bez ruchu – niespokojnie, z zaciśniętymi zębami rozejrzałem się.

Byłem w swoim mieszkaniu. Pokój spowijał mrok, a za moją głową, na oparciu łóżka leżała nie dzika, czarna puma, która chce rozszarpać mi gardło, a kot Harry, mruczący hipnotycznie w najlepsze. Drgania, które powodował były wyczuwalne na całym łóżku.
„- Trzęsienie ziemi. Pffff…!”. Przekręciłem się na brzuch, pogłaskałem kota, westchnąłem i pomyślałem „- Nigdy-więcej-Sapkowskiego przed snem”.