Poniższy wpis to literacka fikcja. Ot wynik zbyt dużej ilości alkoholu i wolnego czasu ;) Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń jest przypadkowe.

Leżałem na podłodze w małym, wynajętym mieszkaniu w Warszawie. Na ostatnim piętrze, z widokiem na wieżowce w Centrum. W środku panował niemal mrok, a jedyne światło dochodziło z latarni za oknem. Przebijając się między żaluzjami tworzyło na suficie długie prostokąty, na które patrzyłem, gdy otwierałem oczy. Na głowie miałem słuchawki wypełnione fortepianem Nilsa Frahma, a w moich myślach płynęły twarze, piersi i dłonie kobiet, z którymi dane mi było kiedyś być. Zastanawiałem się co we mnie zmieniły, co obudziły i jak wiele błędów z nimi popełniłem. Czy któraś z nich była idealna? – Na pewno nie. Czy żałuję, że z którąś z nich już nie jestem? Jakie cechy powinna mieć idealna dla mnie kobieta? Które cechy moich partnerek lubiłem najbardziej?

Powinna być wrażliwa. Może nawet nieco nadwrażliwa – pomyślałem. Chyba powinna też czuć sztukę w każdym wydaniu, choć ja sam potrafię poczuć tylko muzykę, słowa, filmy i zdjęcia. Niech lubi zwierzęta i najlepiej jak ja niech ich nie je, ale nie chciałbym, aby wytaczała wojny tym, którzy to robią. Niech będzie raczej introwertyczna, ale nie niemożliwa do otwarcia się przede mną. Niech dzieli się ze mną tym, co budzi w niej emocje. Niech inspiruje. I niech mówi poprawną polszczyzną, nie używa niepotrzebnie zdrobnień i niech nie robi błędów ortograficznych. Niech dostrzega i cieszy się z małych przyjemności. I niech obejmuje mnie „tak rozpaczliwie przez sen”.  I niech będzie empatyczna, szanuje innych ludzi i niech będzie dla nich dobra. Niech lubi celebrować winem i papierosami, albo oduczy mnie palić i pić w ogóle. Niech wpada czasami w melancholię i w pasję, gdy przypomni sobie czegoś fragment i szuka jego źródła. Niech nie wstydzi się przy mnie swej nagości i niech będzie głośno, gdy się ze mną kocha. Niech nie obawia się mówić mi, czego potrzebuje i niech pamięta, że choć czasami nie będę się z nią zgadzał, to zawsze będę po jej stronie. Niech będzie zazdrosna i niech to pokazuje. Niech jeździ na rowerze i kocha swój rower i wolność, którą daje. Gdyby czasami ze mną biegała byłoby mi miło bardzo. Niech łatwo, ale niepretensjonalnie się wzrusza.

Kiedyś wydawało mi się, że żaden z moich związków nie przetrwał dłużej niż 2-3 lata, bo spotykałem się z trudnymi kobietami – takimi, które mają dużo nie tylko egzystencjalnych problemów. Dla których mogę być wsparciem i czuć się im potrzebny. W których emocje – także te złe – często szaleją. I choć z niektórymi z nich byłem krótszymi i dłuższymi chwilami byłem szczęśliwy kompletnie to postanowiłem (tak, byłem już na tyle „dorosły”, że mogłem to postanowić) zacząć spotykać się z kimś, kto będzie znacznie prostszy, bezproblemowy i tak zwyczajnie – radosny życiowo, jak wiele osób myśli o mnie.

Gdy jednak spotkałem taką kobietę okazało się, że ona nie potrafi „tak rozpaczliwie obejmować przez sen”. Że brakuje mi w niej emocji, które mógłbym przyjmować od

niej, dodawać swoje i oddawać w zabójczej mieszance, która

 jak kilka kolejek Long Island Ice Tea powalałaby ich oboje na ziemię. Najwyraźniej ich siła, dojrzałość i intensywność, biorą się w jakiejś mierze z egzystencjalnych problemów, z ich roztrząsania w sobie. Ich brak, brak myślenia siebie, także krytycznie, może sprawiać, że ludzie nie znają i nie potrafią tworzyć tych emocji. I, choć próbowałem obudzić je w tej radosnej kobiecie, którą poznałem, na nic się to zdało i czułem się przy niej, jakbyśmy rozmawiali tylko o pogodzie. Zacząłem mieć wyrzuty sumienia, że zbyt wiele od niej oczekuję i zbyt intensywnie analizuję każde jej słowo i gest doszukując się w nich drugiego dna, inteligentnie przekazanych emocji, których… jednak nie było.

Postanowiłem oddalić się. Nie tylko od niej, ale w ogóle od damsko-męskich relacji. Nie pierwszy raz zresztą. Zacząłem rozumieć, że to nie z tymi kobietami było coś nie tak, tylko stworzyłem potrzeby niemożliwe do spełnienia, bo wykluczające się nawzajem. Jaki wpływ na to miała kultura? Które wzorce skierowały mnie na drogę człowieka niepotrafiącego zbudować trwałej relacji? Może to dlatego, że dorastałem na przegadanym i wyidealizowanym „Dawson’s Creek”, a jednocześnie wielbiłem twórczość Nicka Cave’a i Toola?

Choć czasami czuję się samotny, to potrafię zapanować nad tym uczuciem i na co dzień czuję się dobrze, bardzo dobrze. Może jest to możliwe i wystarczy odciąć się od „myślenia siebie”, po prostu żyć zamiast myśleć o tym jak żyję?

Jak większość z nas chciałbym zakochać się, tak bardzo intensywnie jak mi się już zdarzało, ale nie muszę. Zwłaszcza, że kończenie z nieracjonalnych przyczyn każdego związku, w którym byłem, zawsze odbierało mi część poczucia, że jestem dobrym człowiekiem. Bardzo chcę nim pozostać.