W 2008 r., a mieszkałem wtedy w Lublinie miałem okazję poznać kilku przedstawicieli klubu miłośników fantastyki Grimuar. Mają oni w zwyczaju zbierać się na mniej lub bardziej oficjalnych spotkaniach tematycznych, na których spędzają czas w bardzo nietypowy sposób. Nie pamiętam już jak zostałem wkręcony w jedno z takich spotkań, ale latem 2008 r. znalazłem się na terenie zamkniętym po dawnym europejskim gigancie – odlewni żeliwa Ursus, która kosztowała komunistyczną Polskę (pożyczone) 75 mln dolarów i nigdy nie została ukończona. Miejsce – ruina wręcz doskonałe do odgrywania tematyki wybranej przez przedstawicieli Grimuaru, a była nią – postapokalipsa:

fot. arturgrabias.com

fot. arturgrabias.com

fot. arturgrabias.com

fot. arturgrabias.com

fot. arturgrabias.com

fot. arturgrabias.com

fot. arturgrabias.com

fot. arturgrabias.com

fot. arturgrabias.com

fot. arturgrabias.com

fot. arturgrabias.com

fot. arturgrabias.com

fot. arturgrabias.com

fot. arturgrabias.com

fot. arturgrabias.com

fot. arturgrabias.com

fot. arturgrabias.com

fot. arturgrabias.com

fot. arturgrabias.com

fot. arturgrabias.com

fot. arturgrabias.com

fot. arturgrabias.com

fot. arturgrabias.com

fot. arturgrabias.com

fot. arturgrabias.com

fot. arturgrabias.com

fot. arturgrabias.com

fot. arturgrabias.com

fot. arturgrabias.com

fot. arturgrabias.com

fot. arturgrabias.com

Żałuję, że pstrykając powyższe zdjęcia dopiero uczyłem się obsługiwać aparat cyfrowy, przez co delikatnie mówiąc nie w pełni wykorzystałem możliwości sytuacji. Sesja na pewno była czymś wyjątkowym i mam nadzieję, że jeszcze kiedyś ktoś wkręci mnie w coś podobnego. Tymczasem przeglądając informacje o lubelskiej odlewni trafiłem na artykuł, którego autor twierdzi, że dwa i pół roku po powyżej przedstawionym spotkaniu, Państwowa Agencja Atomistyki zauważyła, że ktoś skroił z Ursusa radioaktywny kobalt. Drogie Koleżanki i Koledzy z Grimuaru, po pierwsze: gdy zapraszaliście mnie na tę sesję nie wspominaliście, że będą tam materiały radioaktywne. Po drugie: my wtedy nic ze sobą nie wynosiliśmy, prawda? ;-)