audiobooki

Polaroid – Artur Grabias

Ostatni tydzień lata. Lał deszcz tak silny, jakby ktoś wylewał go setkami wiader z nieba. To już nawet nie były krople, a strumienie wody tak gęste, że miałem wrażenie, jakby przygniatały powietrze do ziemi. Jechałem bardzo szybko, tak szybko, jak tylko rowerem było to możliwe. Dookoła nie było nikogo, bo kto przy zdrowych zmysłach wychodziłby teraz na zewnątrz? A może po prostu nikogo nie widziałem, bo strugi deszczu wylewając się na gorący asfalt od razu odparowywały i tworzyły gęstą, mleczną mgłę. Słyszałem szum opon przebijających się przez powietrze. Było już prawie ciemno, jechałem na pamięć pomiędzy ciemnoszarymi konturami kamienic, widząc tylko tyle, na ile pozwalały rozświetlające niebo co kilka-kilkanaście sekund błyskawice. Gdy się pojawiały, niemal w tym samym momencie następował głośny grzmot. Choć wiedziałem, iż to oznacza, że jestem w epicentrum tej burzy nie budziło to we mnie obaw, najważniejsze było to, abym zdążył.

Woda spływała po mnie ciurkiem z czubka głowy, przez twarz, klatkę piersiową, nogi i mokre buty, do ziemi. Czułem w rozchylonych ustach jej słony, wymieszany z potem smak. Jezdnia zamieniła się w płytki strumyk. Rytmicznie, mocno naciskałem na pedały utrzymując maksymalną prędkość. Ręce kurczowo zaciskałem na kierownicy wiedząc, że jeden błąd może sprawić, że stracę panowanie nad Otto i wyląduję na ziemi, a na to nie mogę sobie pozwolić. Wtedy z pewnością bym nie zdążył.

Skręciłem w Tamkę i wykorzystując stromy zjazd przyśpieszyłem jeszcze bardziej. Minąłem naziemne przejście dla pieszych i wtem, w ułamku sekundy zrobiło się biało, jakby ktoś flashem aparatu wystrzelił mi prosto w twarz. Niemal natychmiast nastąpił ogłuszający huk i poczułem, że leżę na jezdni, a woda przepływa wzdłuż mojego prawego boku w stronę stóp i głowy omijając mnie jak zbyt krótką tamę. Całe otoczenie natychmiast ucichło, słyszałem w głowie jedynie dziwny, stłumiony, jednostajny świst dobiegający gdzieś z daleka. Straciłem przytomność.

Gdy obudziłem się, poczułem w powietrzu poburzowy ozon wymieszany z egzotycznym zapachem tytoniu. Otworzyłem oczy. Świtało. Na zachodnim niebie jeszcze skrzyły się gwiazdy, ale niebo po przeciwnej stronie było już waniliowe. Przy mnie, na krawężniku jezdni siedziała dziewczyna. Miała pochyloną głowę, rude włosy i pomalowane różową szminką usta. Nie widziałem jej oczu. W dłoni trzymała wypalonego do połowy djaruma. Wziąłem głęboki, słyszalny wdech, a ona nie odwracając się podała mi swojego papierosa.
– Witaj, Art. Czekałam na ciebie. – powiedziała. Wahając się wyciągnąłem dłoń po papierosa. Gdy go chwytałem poczułem opuszki jej palców. Nie podnosząc się z ziemi popatrzyłem w górę i zaciągnąłem się dymem. Nade mną było miejsce, gdzie kolor nocnego nieba stapiał się z waniliowym świtem. Wypuściłem dym, który w przejrzystym powietrzu wydawał się tak gęsty, że przez chwilę miałem wrażenie, jakbym wypuszczał z siebie coś jeszcze. Zaniepokojony oddałem jej papierosa. Intuicja podpowiadała mi, że widzimy się nie po raz pierwszy, próbowałem więc dojrzeć jej twarz, aby ją rozpoznać. Uniosła głowę patrząc gdzieś w dal, ale jej oczy ciągle były ukryte w cieniu włosów. Przyłożyła djaruma do różowych ust i powoli się zaciągnęła. Po kilku sekundach wypuściła z ust dym, a ja wyraźniej poczułem zapach goździków.

Pierwsze promienie słońca pospacerowały po jej nie wiadomo dlaczego bosych stopach, po dłoni trzymającej papierosa, po odkrytym ramieniu. Zatrzymały się na jej twarzy. Gdy zdecydowałem się podnieść, odwróciła do mnie głowę. Zamiast wstać usiadłem po turecku. Teraz widziałem wyraźnie jej szczupłą twarz, rozchylone usta wypuszczające dym i duże oczy z nieludzkimi, ciemnoniebieskimi tęczówkami, które sprawiały wrażenie, jakby tworzyło je mnóstwo pojedynczych kryształków. Patrzyła na mnie spokojnie, przenikliwie. Tak jak patrzą bardzo inteligentni, ale nieco wycofani, introwertyczni ludzie. Ludzie, którzy mają tajemnice. Było w niej coś niepokojącego. Gdy onieśmielony opuściłem wzrok, w dłoniach nie trzymała już papierosa. Podniosła do góry aparat, skierowała go w moją stronę i nim zdążyłem zaprotestować wcisnęła spust migawki. Już po sekundzie z polaroida wysunęła się kwadratowa odbitka. Wyjęła ją długimi, smukłymi palcami i wyciągnęła w moją stronę dłoń trzymającą fotografię. – Musisz wiedzieć, Art, że teraz nie wszystko jest takie samo. – spojrzałem na nią i powoli wyciągnąłem dłoń po zdjęcie.

Odbitka była jeszcze czarna, zacząłem delikatnie nią poruszać. Z głębokiej czerni, w lewym górnym rogu najpierw wyłonił się leżący za mną Otto. To, co zobaczyłem po chwili, wstrzymało mój oddech. Na zdjęciu ukazał się około 70-letni mężczyzna z półdługimi, siwymi włosami, zmarszczonym czołem i siwą, gęstą brodą. Miał moje oczy. Podniosłem głowę i popatrzyłem zdezorientowany na dziewczynę, która sprawiała wrażenie, jakby była z innego świata. – Nie bądź zdziwiony, Art. – Przecież wiesz, że nim właśnie jesteś – dodała po chwili. Popatrzyłem znowu na zdjęcie. Przeniosłem dłoń na swoją twarz, a na policzku poczułem obcą mi, szorstką brodę. Gdy w końcu wydobyłem głos, aby coś powiedzieć, rudowłosej dziewczyny już nie było, świat jakby dopiero teraz zaczął się budzić, usłyszałem ptaki na okolicznych drzewach i odgłosy miasta z daleka, a w głowie pojawiły się powtarzane w kółko trzy zdania: „Ciągła niemożność. Wieczne niespełnienie. Intymność małych zaświatów…”

fot. M. Sylwestrzak